niedziela, 24 czerwca 2018

CCXXIX


       Nie byłabym na tyle głupia, aby wierzyć, że Nevan chętnie przyjmie moją pomoc, a już w ogóle sam o nią poprosi. Od samego początku wiadome było, że to ja będę musiała się starać, aby ją zaakceptował, albo raczej jej nie odrzucał, bo o akceptacji nie było mowy. Nie zamierzałam też oczekiwać wdzięczności, świadoma tego, że podziękowania za opiekę poraniłyby mu gardło. Chciałam tylko być tu dla niego i to mi wystarczało, ale, żeby wytrwać w tym postanowieniu musiałam być twarda. Miałam pewność, że nie będzie to łatwe i nieraz strach podejdzie mi pod gardło, gotowy popchnąć do rezygnacji. Dlatego stale powtarzałam sobie, że w tym stanie mężczyzna jest zbyt słaby, aby mi zagrozić, nawet jeśli będzie przez to wściekły, to z prezencją tej wściekłości musi się wstrzymać, aż do powrotu do zdrowia... cóż, jeśli wówczas będzie chciał dać mi nauczkę, przyjmę ją godnie. 
       Otarłam ze spokojem wodę, która spłynęła mu po szyi i wróciłam do swojego zajęcia, udając, że nie widzę, jak unika mojego spojrzenia. Jeśli tak było mu łatwiej, zamierzałam to uszanować, wszystkie swoje potrzeby odsuwając dalej, zabijając gdzieś w sobie chęć rzucenia mu się na szyję. Musiałam być cierpliwa, nawet teraz, kiedy już się obudził. Bardzo cierpliwa, wrócić do tego, co czułam mieszkając jeszcze w świątyni - wewnętrzny spokój. Wtedy ekscytacja była tak rzadkim zjawiskiem, tą poznałam dopiero przebywając w oddziale Tealvasha. Nevan nie potrzebował teraz dziewczyny, w jaką się przy nim zmieniłam, o wiele bardziej potrzebna była prosta kapłanka, świadoma swojej misji. 
       Uniosłam delikatnie brwi, nie bardzo wiedząc do czego zmierza i nieco obawiając się, że są to słowa świadczące o powrocie gorączki. Ton miał jednak racjonalny, zdania łączyły się w całość, a chociaż sama treść wypowiedzi nie była szczególnie przyjemna, to gdy skończył, zrozumiałam o co mu chodziło. Zacisnęłam lekko usta, pozwalając tym ułożyć się na dłuższą chwilę w prostą linię. 
       - Rozumiem oficerze - powiedziałam po kilku minutach, niezbyt głośno, bo jego twarz przybrała wyraz, który świadczył o tym, że coraz trudniej jest mu się utrzymać przy świadomości. - Doskonale się więc składa, że ten jeden raz nie potrzebuję twojego pozwolenia - dodałam jeszcze, nie wiedząc, czy mnie usłyszał, czy nie. Może nawet lepiej by było, gdyby ta deklaracja nie dotarła do jego uszu, bo zapewne nie przypadłaby mu do gustu. Zasnął ponownie, a ja nie zauważyłam kiedy, skupiona na obmywaniu ciała, które teraz było w nienagannym stanie. 
       Popołudniem do namiotu przybył Febiasz, opowiedziałam mu, że Nevan się obudził, rozmawiał przytomnie, podałam mu wodę. Widać było po medyku, że przyjął to z ulgą. Nie mogłam się do niego nie uśmiechnąć. 
       - Następnym razem powinien coś zjeść, może nie mieć apetytu, ale i tak powinien. Jeśli będziesz miała problem z przekonaniem oficera, poślij po mnie, albo po Eliaha. Nie musisz się tak zamęczać, najświętsza - wiedziałam już do czego mężczyzna zmierza, więc, co było ostatnio pewną normą, uniosłam dłoń, aby w czas mu przerwać. 
       - Zastosuję się do tych poleceń, proszę się nie obawiać, bogowie nam sprzyjają - skinęłam delikatnie głową, znów się na tym łapiąc. Przez ostatnie dni bardzo często nadużywałam boskich argumentów dla własnej korzyści. Modliłam się, a w modłach zarówno prosiłam o opiekę nad Nevanem, jak i przepraszałam za swoją pychę, mimo to... czułam, że coraz częściej sięgając w rozmowie po kapłańskie przywileje, nie myślałam wcale o sprawach duchowych. Byłam gotowa powiedzieć wszystko, byleby nikt mi się nie sprzeciwił i nie zapomniał, kim jestem. Bo w taki sposób mogłam się opiekować oficerem bez najmniejszych przeszkód. Tym razem również podziałało.  
       - Jak uważasz, pani. Jesteśmy ci wdzięczni - skłonił się jeszcze i opuścił pomieszczenie. 
       Czas mijał powoli, ale nie przeszkadzało mi to. Brak zajęcia, jak i sprowadzanie mojego świata do tego jednego namiotu. Już kiedyś tak było, prawda? Już kiedyś żyłam w zamknięciu, ale wtedy nie miało to większego sensu... nie, nie wolno mi tak mówić. Wtedy robiłam to dla bogów, a teraz dla Nevana. Nie powinnam tak dotkliwie przyznawać przed sobą, że obecny powód wydaje mi się ważniejszy. Było to świętokradztwem... kolejnym z wielu, których już się dopuściłam. Po tej jednej myśli opadłam na kolana przy posłaniu mężczyzny i modliłam się długi czas, łkając, prosząc i przepraszając, aż nie zabrakło sił, aż nie zapadła noc. Miałam usiąść tylko na moment za biurkiem, ale moment... przerodził się w dłuższą chwilę. 
       Podniosłam się nagle, z niemym wrzaskiem, kiedy to cudzy krzyk przerwał ciszę. Do mojego polika przykleiła się kartka leżąca wcześniej na biurku, ale nim ją odkleiłam, rozpoczęłam poszukiwanie źródła krzyku. Zamrugałam, uspokajając się nieco, a następnie napotkałam spojrzenie czerwonych oczu. Nevan nie spał, mówiła, a ja oddychałam szybko, tak jak on. Przełknęłam ślinę, delikatnie kiwając głową, a następnie odkleiłam upierdliwy pergamin i podniosłam się na nogi, zakładając włosy za uszy.                  
       Po drodze do mężczyzny sięgnęłam po szklankę wody, ale zamiast dojść do Nevana wychyliłam głowę z namiotu i nakazałam strażnikom posłać po Milę i przekazać, że ma przynieść porcję jedzenia dla oficera. Specjalnie mówiłam cicho, aby nie denerwować Tealvasha, który nie był w szczególnie dobrym humorze. 
       - Nie wiem, czy to... - przysiadłam tuż przy jego głowie, wsuwając pod nią dłoń. Miał wilgotne włosy, ale nie przejęłam się tym wcale. Po prostu przystawiłam mu czarkę z wodą do ust, podając ją pomału. - dobry pomysł. - przełknęłam ślinę, kończąc tą myśl. 
       W zasadzie serce mi się krajało na widok go w takim stanie. Sam fakt, że męczyły go jakieś wizje i było to czymś, na co nie mogłam nic poradzić. No chyba że... otworzyłam szerzej oczy, ale szybko zrozumiałam, że nie wiem do końca, jak miałabym mu to przekazać. Odstawiłam naczynie z wodą na bok i położyłem dłoń na jego poliku, zarośniętym nieco bardziej, niż zwykle. Igiełki zarostu przyjemnie drażniły moje opuszki, a przy okazji nie pozwalały mi zapomnieć o zdecydowanej postawie z wczorajszego dnia. 
       - W bólu miałeś silną gorączkę. Naprawdę parzyłeś w dotyku i tak okrutnie się miotałeś - powiedziałam niezbyt głośno, nabierając powietrza do płuc. - Kiedy w świątyni młode kapłanki zmagały się z koszmarami, często śpiewałam im do snu, gładząc ich włosy. To pomaga, ciało odpoczywa, a świadomość nie ucieka za daleko, kiedy w bliskim otoczeniu ma na czym się skupić - starałam się brzmieć rzeczowo. - Może spróbujemy? Jeśli to w żaden sposób nie zadziała, nie będę się spierać z twoim osądem - prawdę mówiąc czułam się nieco winna, że zasnęłam i to tak daleko od niego. Gdybym nie spała, mogłabym wcześniej zareagować, mówić do niego, uspokajać go. 
       Drgnęłam, gdy usłyszałam głos Mili za kotarą, a po chwili siedziałam już z powrotem przy Nevanie z miską wypełnioną potrawką, która silnie parowała, więc trzeba było poczekać, aż nieco ostygnie. 
       - Musisz coś zjeść - oznajmiłam na początku. - Ale może najpierw chciałbyś mi powiedzieć, jakie koszmary ciebie dręczą? Może rozmowa pomoże? - uniosłam spojrzenie do jego oczu, odkładając miseczkę obok czarki z wodą, a potem... potem nieco zarumieniona pochyliłam się nad nim i powoli musnęłam wargami te należące do niego, spierzchnięte, ale znajome, nadal tak samo znane i pewne. - Jestem tutaj dla ciebie i w obecnym stanie musisz to zaakceptować, bo potrafię być uparta - delikatnie, naprawdę ostrożnie potarłam czubek nosa swoim własnym, uśmiechając się przy tym. - To nie grzech, wykorzystać nieco kapłankę, mogę więc robić rzeczy przydatne, albo zdzierać sobie kolana podczas modłów, wybór należy do ciebie, oficerze -[/color] zakończyłam, nadal nie odrywając spojrzenia od czerwonych oczy, z bliska nie widziałam rany, jasnej skóry, sinych cieni na twarzy. Była tylko znana czerwień, tą, którą tak uwielbiałam. Jedyny szkarłat, jaki chciałam widzieć na jego ciele. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/