niedziela, 24 czerwca 2018

CCXXVIII


        Ciche prychnięcie, które niemal natychmiast opuściło moje usta po jej pytaniu było jasnym sygnałem, że dyskusję uważam za zakończoną. Chciałbym uważać, że mam nadal dużo sił, że cały świat nie kręci się dookoła własnej osi w moich oczach, że najwidoczniej straciłem naprawdę dużo krwi, zanim ktoś zamknął moją ranę. Nie mogłem jednak udawać, że wszystko jest w porządku. Z pewnością moja skóra była blada jak świeży pergamin, a oczy mocno podkrążone. Nawet moje ciało z każdym gestem chciało udowodnić swoją słabość. Nienawidziłem słabości. Nie mogłem ścierpieć własnego niedołęstwa i niemocy. Musiałem je zaakceptować, przełknąć jak gorzkie ziarno. Wdawanie się w dyskusję na temat tego, że mężczyźnie a kobiecie inna postawa przystoi musiało poczekać na lepszą okazję.
      W pierwszej chwili, kiedy tylko zorientowałem się, co kapłanka planuje zrobić naturalną reakcją była walka z jej zamiarami. Moje mięśnie napięły się ostrzegawczo, a psychika zawyła zupełnie bezgłośnie wewnątrz mojej głowy. Nie, nie, nie! Nie chcę pomocy, nie chcę opieki, nie potrzebuję nikogo, niczego, nie jestem przecież sparaliżowany! A jednak, szybko straciłem siły i choć wiedziałem, że muszę się poddać, to nie mogłem przyjąć tego do świadomości. Ta jawna słabość była czymś, do czego nie chciałem się przyznawać. Nie trwało to długo. Choć ramię nie bolało już tak jak wcześniej, prawdopodobnie dzięki kolejnym medykamentom uśmierzającym ból, to nie było we mnie wystarczająco dużo energii. Opadłem na jej dłoń, a twarz wygięła się w brzydkim grymasie, oczy omijały jej spojrzenie. Siedzisz tu i jesteś świadkiem mojej słabości. Czy to nie czyni mnie w twoich oczach bardziej bezwartościowym? Czy nie urodziłem się po to, żeby wszystkim udowodnić, że nic nie jest w stanie mnie zgiąć, przybić do łoża? Czy to naprawdę akurat Esja musiała patrzeć na to wszystko, tyle dni!... Całe cztery dni śniłem w gorączce, rozganiałem senne mary, a ona była tutaj i widziała moje cierpienie. Moją niemoc. Nie potrafiłem podnieść spojrzenia, nagle przytłoczony nieprzyjemnym, obcym niczym coś obślizgłego uczuciem wstydu. I złości. Palącego wściekłością poczucia upokorzenia.
        Woda spłynęła w dół mojego gardła, kilka kropel także po podbródku skapnęło na tors. Chłód źródlanej cieczy był otrzeźwiający, nie sprawił jednak, że nagle odzyskałem siły. Świat też nie przestał wirować, a ból nie zelżał. Mimo wszystko spragnione ciało przyjęło ten dar z wdzięcznością, której nie potrafiłem po sobie pokazać.
        Trwałem w milczeniu, kiedy ona powoli myła zmęczone ciało. Pod jasną skórą nadal napinały się wyrzeźbione mięśnie. Przymknąłem oczy, oddając się temu delikatnemu zabiegowi. Kiedy ponownie je otworzyłem, słowa praktycznie same uformowały się na moim języku.
        — Miałem wielu mistrzów, którzy uczyli mnie posługiwania się mieczem — zacząłem rzeczowo, przełykając własne zmęczenie.
        Nawet rozmowa w tym stanie wydawała się być osobliwym rodzajem walki z własną słabością. Mimo niedomagań ciała jednak mój umysł wydawał się być tak samo bystry. Nie podano mi żadnych narkotyków, to dobrze. Febiasz znał moje rozkazy i szanował je ponad własne życie. Dobre podejście. Gdyby tak nie było, sam mógłby je świadomie skazać na przedwczesny koniec.
        — Jeszcze mieszkając w stolicy, kiedy byłem małym dzieckiem. Było ich naprawdę dużo, a każdy władał bronią lepiej, niż ja kiedykolwiek będę. — Tym razem przerwa trwała nieco dłużej. Nie dlatego, że musiałem zastanawiać się nad każdym słowem, a raczej dlatego, że każde z nich przechodziło z trudem przez gardło. — Każdy miał inne podejście do nauki. Jeden sprawiał, że po każdym treningu musiałem iść do medyka, który mieszkał w naszej posiadłości. Nienawidziłem go z całego serca… — Na to wspomnienie niespodziewany, lekki uśmiech pojawił się na moich ustach. Zerknąłem przelotnie na twarz swojej rozmówczyni, pierwszy raz, od kiedy ona zamilkła. — Byłem dzieckiem, ale nienawiść znałem lepiej, niż większość dorosłych. Było ich więcej, mistrz szermierki, mistrz łucznictwa… Żaden jednak — zawiesiłem się na moment, z lekko otwartymi ustami, przeniosłem spojrzenie na przeciwległą ścianę namiotu. Słowa uwięzły mi w gardle i kłuły, jakby już nigdy miały się nie wydostać. — Nikt nie nauczył mnie się poddawać. Nikt nigdy nie pokazał mi, jak to jest się mną opiekować. Dlatego obawiam się, że nie potrafię ci pozwolić — zakończyłem, marszcząc brwi.
        Nie chodziło o upór czy o dziecinne zacięcie. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że nie mam wiele sił, że prawdopodobnie nie mógłbym nawet samodzielnie wstać z łóżka. Rana musiała być naprawdę poważna. Nie potrafiłbym jednak, niezależnie od tego, jak moje życie byłoby zagrożone, nikomu go powierzyć. Tak byłem wychowany. To było jedyne, co znałem. To było to, czego mogłem się usilnie starać uczepić. Przymknąłem na moment powieki, nadal pamiętając, że muszę się jeszcze odezwać, że mam coś do powiedzenia. Dotyk miękkiej szmatki i delikatnych rąk był bardzo przyjemny, kojący wręcz.
        Przed oczami nadal miałem jaskrawe niebo tamtego poranka, ostatnie wspomnienie sprzed długotrwałej utraty przytomności. Te pagórki na rozżarzonym niebie. Przez chwilę znowu leżałem na suchej, twardej ziemi, która łapczywie piła moją krew, jakby ta właśnie posoka miała uratować ją przed suszą. Nie trwało to długo, bo chwilę później przede mną znikąd wyrosły wysokie mury z czarnego kamienia, surowe i płaskie, tak śliskie, że nie dałoby się niczego uchwycić, wdrapać na wysokie flanki. Wszystko było szare, tylko te mury miały przerażający odcień. I chociaż budowla kładła głęboki cień na całe otoczenie, chociaż wiedziałem, że została zbudowana, żeby przerażać, ja… Poczułem miłe ciepło. Dom. Mój dom. Miejsce, w którym próbowano mi uświadomić, że do niczego się nie nadaję.
        Przez chwilę byłem dzieckiem, leżałem na czerwonym dywanie. Miękki pod moimi palcami, był jedynym akcentem kolorystycznym w pomieszczeniu. Nagle jednak wielkie wrota otworzyły się z hukiem, a przez rażący, czarny otwór wleciało całe stado kruków kraczących rozpaczliwie. Dywan zamienił się w kałużę krwi.
        Krzyk wydarł się głęboko z mojego gardła. Krzyk przerażonego dziecka zamienił się w krzyk dorosłego. Brutalnie wyrwał mnie ze snu. Musiało już świtać, bo w namiocie zrobiło się jasno i to nie za sprawą zapalonych lamp naftowych i świec. Rana zapiekła przeszywającym bólem. Rozglądnąłem się instynktownie, jakby w poszukiwaniu zagrożenia, ale moje oczy natrafiły jedynie na Esję. Przysnęła pochylona nad biurkiem, z policzkiem przyklejonym do leżących na nim pergaminów. Teraz jednak mój krzyk musiał przyciągnąć ją do świadomości.
        — Koszmary… — mruknąłem, pokonując spierzchnięte usta i pieczenie w przełyku. — Koszmarna rana… — dodałem, a głowie pozwoliłem opaść na posłanie.
        Byłem jeszcze bardziej zmęczony, niż wczoraj po przebudzeniu się. Nie byłem pewny, czy to możliwe, ale najwidoczniej nocne wizje wyczerpały mnie bardziej, niż czarny, bezowocny sen.
        — Muszę porozmawiać z medykiem — rzuciłem rzeczowo, chociaż nadal walczyłem z obrazami, które wracały przed moje oczy, ile razy na dłużej zamknąłem powieki. — Trzeba mi ograniczyć środki przeciwbólowe. Wolę ból niż to, co widzę za każdym razem, kiedy tylko zasnę. — W moim głosie czuć było surowość, ale także coś innego. Zmęczenie. Może nawet rozdrażnienie. Wolałem zapomnieć o wszystkim, co łączyło się z moją przeszłością, o domu rodzinnym i wszystkim, co mnie z nim wiązało. Przypominanie sobie tamtych czasów w tym stanie było katastrofalnym błędem.
        Nie wrócę do domu. Nigdy już nie wrócę do tamtego życia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/