Ciche prychnięcie, które niemal
natychmiast opuściło moje usta po jej pytaniu było jasnym sygnałem, że dyskusję
uważam za zakończoną. Chciałbym uważać, że mam nadal dużo sił, że cały świat
nie kręci się dookoła własnej osi w moich oczach, że najwidoczniej straciłem
naprawdę dużo krwi, zanim ktoś zamknął moją ranę. Nie mogłem jednak udawać, że
wszystko jest w porządku. Z pewnością moja skóra była blada jak świeży
pergamin, a oczy mocno podkrążone. Nawet moje ciało z każdym gestem chciało
udowodnić swoją słabość. Nienawidziłem słabości. Nie mogłem ścierpieć własnego
niedołęstwa i niemocy. Musiałem je zaakceptować, przełknąć jak gorzkie ziarno.
Wdawanie się w dyskusję na temat tego, że mężczyźnie a kobiecie inna postawa
przystoi musiało poczekać na lepszą okazję.
W pierwszej chwili, kiedy tylko
zorientowałem się, co kapłanka planuje zrobić naturalną reakcją była walka z
jej zamiarami. Moje mięśnie napięły się ostrzegawczo, a psychika zawyła
zupełnie bezgłośnie wewnątrz mojej głowy. Nie, nie, nie! Nie chcę pomocy, nie
chcę opieki, nie potrzebuję nikogo, niczego, nie jestem przecież sparaliżowany!
A jednak, szybko straciłem siły i choć wiedziałem, że muszę się poddać, to nie
mogłem przyjąć tego do świadomości. Ta jawna słabość była czymś, do czego nie
chciałem się przyznawać. Nie trwało to długo. Choć ramię nie bolało już tak jak
wcześniej, prawdopodobnie dzięki kolejnym medykamentom uśmierzającym ból, to
nie było we mnie wystarczająco dużo energii. Opadłem na jej dłoń, a twarz
wygięła się w brzydkim grymasie, oczy omijały jej spojrzenie. Siedzisz tu i
jesteś świadkiem mojej słabości. Czy to nie czyni mnie w twoich oczach bardziej
bezwartościowym? Czy nie urodziłem się po to, żeby wszystkim udowodnić, że nic
nie jest w stanie mnie zgiąć, przybić do łoża? Czy to naprawdę akurat Esja
musiała patrzeć na to wszystko, tyle dni!... Całe cztery dni śniłem w gorączce,
rozganiałem senne mary, a ona była tutaj i widziała moje cierpienie. Moją
niemoc. Nie potrafiłem podnieść spojrzenia, nagle przytłoczony nieprzyjemnym,
obcym niczym coś obślizgłego uczuciem wstydu. I złości. Palącego wściekłością
poczucia upokorzenia.
Woda spłynęła w dół mojego gardła,
kilka kropel także po podbródku skapnęło na tors. Chłód źródlanej cieczy był
otrzeźwiający, nie sprawił jednak, że nagle odzyskałem siły. Świat też nie przestał
wirować, a ból nie zelżał. Mimo wszystko spragnione ciało przyjęło ten dar z
wdzięcznością, której nie potrafiłem po sobie pokazać.
Trwałem w milczeniu, kiedy ona powoli
myła zmęczone ciało. Pod jasną skórą nadal napinały się wyrzeźbione mięśnie.
Przymknąłem oczy, oddając się temu delikatnemu zabiegowi. Kiedy ponownie je
otworzyłem, słowa praktycznie same uformowały się na moim języku.
— Miałem wielu mistrzów, którzy uczyli
mnie posługiwania się mieczem — zacząłem rzeczowo, przełykając własne
zmęczenie.
Nawet rozmowa w tym stanie wydawała się
być osobliwym rodzajem walki z własną słabością. Mimo niedomagań ciała jednak
mój umysł wydawał się być tak samo bystry. Nie podano mi żadnych narkotyków, to
dobrze. Febiasz znał moje rozkazy i szanował je ponad własne życie. Dobre
podejście. Gdyby tak nie było, sam mógłby je świadomie skazać na przedwczesny
koniec.
— Jeszcze mieszkając w stolicy, kiedy
byłem małym dzieckiem. Było ich naprawdę dużo, a każdy władał bronią lepiej,
niż ja kiedykolwiek będę. — Tym razem przerwa trwała nieco dłużej. Nie dlatego,
że musiałem zastanawiać się nad każdym słowem, a raczej dlatego, że każde z
nich przechodziło z trudem przez gardło. — Każdy miał inne podejście do nauki.
Jeden sprawiał, że po każdym treningu musiałem iść do medyka, który mieszkał w
naszej posiadłości. Nienawidziłem go z całego serca… — Na to wspomnienie
niespodziewany, lekki uśmiech pojawił się na moich ustach. Zerknąłem przelotnie
na twarz swojej rozmówczyni, pierwszy raz, od kiedy ona zamilkła. — Byłem
dzieckiem, ale nienawiść znałem lepiej, niż większość dorosłych. Było ich
więcej, mistrz szermierki, mistrz łucznictwa… Żaden jednak — zawiesiłem się na
moment, z lekko otwartymi ustami, przeniosłem spojrzenie na przeciwległą ścianę
namiotu. Słowa uwięzły mi w gardle i kłuły, jakby już nigdy miały się nie
wydostać. — Nikt nie nauczył mnie się poddawać. Nikt nigdy nie pokazał mi, jak
to jest się mną opiekować. Dlatego obawiam się, że nie potrafię ci pozwolić — zakończyłem,
marszcząc brwi.
Nie chodziło o upór czy o dziecinne
zacięcie. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że nie mam wiele sił, że
prawdopodobnie nie mógłbym nawet samodzielnie wstać z łóżka. Rana musiała być
naprawdę poważna. Nie potrafiłbym jednak, niezależnie od tego, jak moje życie
byłoby zagrożone, nikomu go powierzyć. Tak byłem wychowany. To było jedyne, co
znałem. To było to, czego mogłem się usilnie starać uczepić. Przymknąłem na
moment powieki, nadal pamiętając, że muszę się jeszcze odezwać, że mam coś do
powiedzenia. Dotyk miękkiej szmatki i delikatnych rąk był bardzo przyjemny,
kojący wręcz.
Przed oczami nadal miałem jaskrawe
niebo tamtego poranka, ostatnie wspomnienie sprzed długotrwałej utraty
przytomności. Te pagórki na rozżarzonym niebie. Przez chwilę znowu leżałem na
suchej, twardej ziemi, która łapczywie piła moją krew, jakby ta właśnie posoka
miała uratować ją przed suszą. Nie trwało to długo, bo chwilę później przede
mną znikąd wyrosły wysokie mury z czarnego kamienia, surowe i płaskie, tak
śliskie, że nie dałoby się niczego uchwycić, wdrapać na wysokie flanki.
Wszystko było szare, tylko te mury miały przerażający odcień. I chociaż budowla
kładła głęboki cień na całe otoczenie, chociaż wiedziałem, że została zbudowana,
żeby przerażać, ja… Poczułem miłe ciepło. Dom. Mój dom. Miejsce, w którym
próbowano mi uświadomić, że do niczego się nie nadaję.
Przez chwilę byłem dzieckiem, leżałem
na czerwonym dywanie. Miękki pod moimi palcami, był jedynym akcentem
kolorystycznym w pomieszczeniu. Nagle jednak wielkie wrota otworzyły się z
hukiem, a przez rażący, czarny otwór wleciało całe stado kruków kraczących
rozpaczliwie. Dywan zamienił się w kałużę krwi.
Krzyk wydarł się głęboko z mojego
gardła. Krzyk przerażonego dziecka zamienił się w krzyk dorosłego. Brutalnie
wyrwał mnie ze snu. Musiało już świtać, bo w namiocie zrobiło się jasno i to
nie za sprawą zapalonych lamp naftowych i świec. Rana zapiekła przeszywającym
bólem. Rozglądnąłem się instynktownie, jakby w poszukiwaniu zagrożenia, ale moje
oczy natrafiły jedynie na Esję. Przysnęła pochylona nad biurkiem, z policzkiem
przyklejonym do leżących na nim pergaminów. Teraz jednak mój krzyk musiał
przyciągnąć ją do świadomości.
— Koszmary… — mruknąłem, pokonując
spierzchnięte usta i pieczenie w przełyku. — Koszmarna rana… — dodałem, a
głowie pozwoliłem opaść na posłanie.
Byłem jeszcze bardziej zmęczony, niż
wczoraj po przebudzeniu się. Nie byłem pewny, czy to możliwe, ale najwidoczniej
nocne wizje wyczerpały mnie bardziej, niż czarny, bezowocny sen.
— Muszę porozmawiać z medykiem —
rzuciłem rzeczowo, chociaż nadal walczyłem z obrazami, które wracały przed moje
oczy, ile razy na dłużej zamknąłem powieki. — Trzeba mi ograniczyć środki
przeciwbólowe. Wolę ból niż to, co widzę za każdym razem, kiedy tylko zasnę. —
W moim głosie czuć było surowość, ale także coś innego. Zmęczenie. Może nawet
rozdrażnienie. Wolałem zapomnieć o wszystkim, co łączyło się z moją
przeszłością, o domu rodzinnym i wszystkim, co mnie z nim wiązało.
Przypominanie sobie tamtych czasów w tym stanie było katastrofalnym błędem.
Nie wrócę do domu. Nigdy już nie wrócę
do tamtego życia.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz