Westchnienie
wyrwało się spomiędzy moich warg, jakby nawet fakt, że Esja się zawahała przy
pierwszym sprzeciwie nie sprawił, że nie traciłem cierpliwości. Do wszystkiego;
poczynając od silnego bólu, choć ten akurat w tej chwili pozwalał mi zachować
świadomość i był najprzyjemniejszą z rzeczy nieprzyjemnych, po fakt bycia
przykutym do łóżka, a także koszmarów i wizji, które nie odpuszczały.
Jednocześnie chciałbym wstać z łóżka i naraz wiedziałem, że nie jestem w stanie
tego zrobić. Był to naprawdę okropny stan zawieszenia w niemocy.
Kolejne słowa kapłanki, takie spokojne
i kojące, jakbym nie był wcale tutaj uwięziony, jakby moje ciało zeszłych dni
nie walczyło o życie sprawiły, że poluzowałem nieświadomie napięte mięśnie.
Syknąłem cicho, wzrokiem wodząc do wejścia z namiotu, a później już na
dziewczynę i potrawę w jej dłoniach. Pachniała przyjemnie, parowała i roznosiła
się po całym namiocie, ale ja nie byłem głodny. Żołądek sam zbuntował się
nagłym skurczem, ale nie czułem ochoty, żeby coś zjeść.
Zamiast drewnianej łyżki poczułem na
swoich ustach delikatny pocałunek. Zmrużyłem lekko oczy. Bliskość nie trwała
długo, ale zdawała się przypominać, że nadal jeszcze mam o co walczyć, że są
ludzie, dla których muszę być silny, nawet jeśli nie potrafię być silnym dla
samego siebie.
— Mogłabyś zdzierać kolana sobie w
innej sytuacji — wychrypiałem w końcu, uważnie śledząc wyraz jej twarzy.
Satysfakcjonujące. To była jakaś forma powrotu do normalności, może nawet do
przypomnienia jej, że nie jestem bezpiecznym człowiekiem. Wydawało mi się, że
te słowa złamały atmosferę, że gdzieś rozprysnął się jej wcześniejszy ciężar i
zapach krwi w powietrzu też wydawał się mniej znaczący. — Chociaż jeśli
uważasz, że wykorzystanie kapłanki nie jest grzechem, to powinienem zastanowić
się nad twoją szybko upadającą moralnością — dodałem, ściągając powieki, a na
ustach pierwszy raz odkąd się obudziłem pojawił się cień uśmiechu, zamajaczył w
jednym kąciku, który uniósł się nieznacznie.
Byłem jeszcze okropnie słaby na ciele i
z pewnością było to widać, ale ten okrutny, bezwzględny mężczyzna nadal żył we
mnie, wracał do sił i wiedziałem, że to tylko kwestia dni, kiedy wstanę w końcu
z tej pryczy. Na zewnątrz w obozie tętniło codzienne życie, jakby wszyscy przeszli
już nad moją nieobecnością do codzienności, choć to tylko mogło tak wyglądać.
Poza tym cieszyłby mnie taki stan rzeczy. Rysy mojej twarzy złagodniały w końcu
i pozwoliłem sobie opaść na twardy zagłówek.
— W porządku, możemy spróbować. Skoro tyle
już poświęciłaś, jakim byłbym niewdzięcznikiem nie zgadzając się na twoje
prośby? — uniosłem lekko brwi i krótkim gestem wskazałem na zupę na znak, że
jestem gotowy przełknąć kilka jej łyków, chociaż głód wcale jeszcze się nie
pojawił, rozsądek jasno mówił, że potrzebuję tego, żeby odzyskać siły.
Kolejne noce faktycznie były
spokojniejsze; czy to za sprawą śpiewu i obecności kapłanki, czy tego, że
gorączka zdążyła opaść, a rana od nadzorem medyka nie została zainfekowana
żadnym skażeniem, spałem spokojniej, a rankami byłem bardziej wypoczęty. Do
tego stopnia, że po kilku dniach byłem w stanie wstać z łóżka o własnych siłach
i ten postęp w leczeniu wyraźnie zadowolił Febiasza.
— Silne ciało, oficerze — powiedział
raz, przybierając na usta swój typowy uśmiech, który wyglądał na bardzo
wymuszony. — Rana szybko się regeneruje, a leczenie przebiega zaskakująco
szybko.
Być może jego słowa sprawiły, że czułem
dodatkową determinację, żeby szybciej wyzdrowieć. Niewielu ludzi wchodziło do
mojego namiotu, niewielu miało do tego pozwolenie. Poza Esją, która spędzała
tutaj praktycznie całe dnie i z pewnością też noce, codziennie pojawiał się
medyk i raz przyszedł Eliah. Poza nimi nie widywałem się z nikim. Medycy mogli
wierzyć, że nadmierny kontakt ze światem zewnętrznym sprawi, że rana nie będzie
leczyła się dobrze, ja jednak przyjmowałem wszystko jako wymówkę od tego, żeby
żołnierze w obozie nie widzieli mnie w tym stanie. Wystarczyło upokorzeń,
wystarczyło tego, że kapłanka musiała mnie takim widzieć; bezradnym, zmagającym
się ze słabością ciała. To, że Febiasz izolował mnie od życia w obozie było mi
więc bardziej na rękę. W pewnym stopniu, bo na skraj własnej świadomości
spychałem fakt, że muszę zmierzyć się z czymś jeszcze. Nie z osobą, nie z
własnym bólem, nie z obowiązkami, które na pewno się nagromadziły przez czas,
który spędziłem walcząc o życie. Wiedziałem, że będę musiał zmierzyć się z
czymś innym, czymś groźniejszym, niż miecz wroga, czymś mniej namacalnym i
jednocześnie takim, podświadomie wiedziałem, co może sprawić większy bol. W
końcu Febiaszowi także przy jednej z coraz bardziej rutynowych wizyt w moim
namiocie udało się namówić Esję, żeby wróciła do swojego namiotu wypocząć,
zjeść i się wykąpać, a ja użyłem tej chwili, żeby z jego pomocą przebrać się,
zmienić opatrunki i szwy. Mimo, że siły wracały mi w zaskakującym tempie, to
nadal nie odzyskałem pełnej sprawności ramienia i wiele ruchów było poza moim
zasięgiem. Nie raz także byłem świadkiem tego, z jakim godnym podziwu uporem
stary mężczyzna starał się przekonać Esję, że powinna odpocząć i z jaką
zapalczywością ona stawiała się jego prośbom. Sam nigdy nie uczestniczyłem w
ich przekomarzaniu się i obrzucaniem coraz to nowszymi argumentami, nad którymi
– dałbym wiarę – oboje zastanawiali się po każdej potyczce od nowa, kiedy tylko
wcześniejsza się skończyła.
Teraz z przyjemnością powitałem chwile
samotności. Febiasz opuścił namiot bez słowa, skłoniwszy się jedynie na
pożegnanie, a ja powoli rozruszałem spięte, sztywne mięśnie szyi, a później
powoli całego ciała, które wręcz błagało o jakąś formę wysiłku. Zdecydowałem
się na spacer po obozie, bo choć nadzieję i ochotę miałem ogromną, to zmęczone
i osłabione ciało mogło zawieść w każdej chwili. Posłałem tęskne spojrzenie
mieczowi, który leżał na biurku.
Później przybrałem na twarz surowy
wyraz obojętności i opuściłem namiot.
Nie zdążyłem jednak zejść ze schodów,
kiedy u wyjścia z uliczki pojawiła się ubrana jak zwykle na biało sylwetka,
której jasna sukienka płynęła na wietrze z każdym krokiem. Przystanąłem na
suchej, spękanej ziemi i wyprostowałem się; powoli, z godnością, którą odebrały
mi ostatnie dni. Żołnierze przypatrywali mi się, byłem tego świadomy, ale ja
patrzyłem tylko na jasnowłosą kapłankę, która teraz widząc mnie wydawało się,
przyspieszyła jeszcze kroku. I tak wyglądała już, jakby płynęła tu na
skrzydłach, niesiona jakąś niedoścignioną lekkością. W moim wzroku nikt nie
dostrzegłby teraz tego ognia, który objął mnie na ten widok, bo upewniłem się,
że jest on naprawdę głęboko schowany. Wyraz twarzy jedynie lekko złagodniał,
kiedy założyłem dłonie za plecami i splotłem palce obu rąk.
Pierwszy raz od dawna czułem, że teraz
sam mogę rozłożyć skrzydła. Że słabość ciała nie ma już kontroli nad moim
losem.
Jednocześnie wiedziałem, że skrzydła zostaną
podcięte jeszcze dzisiaj.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz