sobota, 30 czerwca 2018

CCXXX


        Westchnienie wyrwało się spomiędzy moich warg, jakby nawet fakt, że Esja się zawahała przy pierwszym sprzeciwie nie sprawił, że nie traciłem cierpliwości. Do wszystkiego; poczynając od silnego bólu, choć ten akurat w tej chwili pozwalał mi zachować świadomość i był najprzyjemniejszą z rzeczy nieprzyjemnych, po fakt bycia przykutym do łóżka, a także koszmarów i wizji, które nie odpuszczały. Jednocześnie chciałbym wstać z łóżka i naraz wiedziałem, że nie jestem w stanie tego zrobić. Był to naprawdę okropny stan zawieszenia w niemocy.
        Kolejne słowa kapłanki, takie spokojne i kojące, jakbym nie był wcale tutaj uwięziony, jakby moje ciało zeszłych dni nie walczyło o życie sprawiły, że poluzowałem nieświadomie napięte mięśnie. Syknąłem cicho, wzrokiem wodząc do wejścia z namiotu, a później już na dziewczynę i potrawę w jej dłoniach. Pachniała przyjemnie, parowała i roznosiła się po całym namiocie, ale ja nie byłem głodny. Żołądek sam zbuntował się nagłym skurczem, ale nie czułem ochoty, żeby coś zjeść.
        Zamiast drewnianej łyżki poczułem na swoich ustach delikatny pocałunek. Zmrużyłem lekko oczy. Bliskość nie trwała długo, ale zdawała się przypominać, że nadal jeszcze mam o co walczyć, że są ludzie, dla których muszę być silny, nawet jeśli nie potrafię być silnym dla samego siebie.
        — Mogłabyś zdzierać kolana sobie w innej sytuacji — wychrypiałem w końcu, uważnie śledząc wyraz jej twarzy. Satysfakcjonujące. To była jakaś forma powrotu do normalności, może nawet do przypomnienia jej, że nie jestem bezpiecznym człowiekiem. Wydawało mi się, że te słowa złamały atmosferę, że gdzieś rozprysnął się jej wcześniejszy ciężar i zapach krwi w powietrzu też wydawał się mniej znaczący. — Chociaż jeśli uważasz, że wykorzystanie kapłanki nie jest grzechem, to powinienem zastanowić się nad twoją szybko upadającą moralnością — dodałem, ściągając powieki, a na ustach pierwszy raz odkąd się obudziłem pojawił się cień uśmiechu, zamajaczył w jednym kąciku, który uniósł się nieznacznie.
        Byłem jeszcze okropnie słaby na ciele i z pewnością było to widać, ale ten okrutny, bezwzględny mężczyzna nadal żył we mnie, wracał do sił i wiedziałem, że to tylko kwestia dni, kiedy wstanę w końcu z tej pryczy. Na zewnątrz w obozie tętniło codzienne życie, jakby wszyscy przeszli już nad moją nieobecnością do codzienności, choć to tylko mogło tak wyglądać. Poza tym cieszyłby mnie taki stan rzeczy. Rysy mojej twarzy złagodniały w końcu i pozwoliłem sobie opaść na twardy zagłówek.
        — W porządku, możemy spróbować. Skoro tyle już poświęciłaś, jakim byłbym niewdzięcznikiem nie zgadzając się na twoje prośby? — uniosłem lekko brwi i krótkim gestem wskazałem na zupę na znak, że jestem gotowy przełknąć kilka jej łyków, chociaż głód wcale jeszcze się nie pojawił, rozsądek jasno mówił, że potrzebuję tego, żeby odzyskać siły.

        Kolejne noce faktycznie były spokojniejsze; czy to za sprawą śpiewu i obecności kapłanki, czy tego, że gorączka zdążyła opaść, a rana od nadzorem medyka nie została zainfekowana żadnym skażeniem, spałem spokojniej, a rankami byłem bardziej wypoczęty. Do tego stopnia, że po kilku dniach byłem w stanie wstać z łóżka o własnych siłach i ten postęp w leczeniu wyraźnie zadowolił Febiasza.
        — Silne ciało, oficerze — powiedział raz, przybierając na usta swój typowy uśmiech, który wyglądał na bardzo wymuszony. — Rana szybko się regeneruje, a leczenie przebiega zaskakująco szybko.
        Być może jego słowa sprawiły, że czułem dodatkową determinację, żeby szybciej wyzdrowieć. Niewielu ludzi wchodziło do mojego namiotu, niewielu miało do tego pozwolenie. Poza Esją, która spędzała tutaj praktycznie całe dnie i z pewnością też noce, codziennie pojawiał się medyk i raz przyszedł Eliah. Poza nimi nie widywałem się z nikim. Medycy mogli wierzyć, że nadmierny kontakt ze światem zewnętrznym sprawi, że rana nie będzie leczyła się dobrze, ja jednak przyjmowałem wszystko jako wymówkę od tego, żeby żołnierze w obozie nie widzieli mnie w tym stanie. Wystarczyło upokorzeń, wystarczyło tego, że kapłanka musiała mnie takim widzieć; bezradnym, zmagającym się ze słabością ciała. To, że Febiasz izolował mnie od życia w obozie było mi więc bardziej na rękę. W pewnym stopniu, bo na skraj własnej świadomości spychałem fakt, że muszę zmierzyć się z czymś jeszcze. Nie z osobą, nie z własnym bólem, nie z obowiązkami, które na pewno się nagromadziły przez czas, który spędziłem walcząc o życie. Wiedziałem, że będę musiał zmierzyć się z czymś innym, czymś groźniejszym, niż miecz wroga, czymś mniej namacalnym i jednocześnie takim, podświadomie wiedziałem, co może sprawić większy bol. W końcu Febiaszowi także przy jednej z coraz bardziej rutynowych wizyt w moim namiocie udało się namówić Esję, żeby wróciła do swojego namiotu wypocząć, zjeść i się wykąpać, a ja użyłem tej chwili, żeby z jego pomocą przebrać się, zmienić opatrunki i szwy. Mimo, że siły wracały mi w zaskakującym tempie, to nadal nie odzyskałem pełnej sprawności ramienia i wiele ruchów było poza moim zasięgiem. Nie raz także byłem świadkiem tego, z jakim godnym podziwu uporem stary mężczyzna starał się przekonać Esję, że powinna odpocząć i z jaką zapalczywością ona stawiała się jego prośbom. Sam nigdy nie uczestniczyłem w ich przekomarzaniu się i obrzucaniem coraz to nowszymi argumentami, nad którymi – dałbym wiarę – oboje zastanawiali się po każdej potyczce od nowa, kiedy tylko wcześniejsza się skończyła.
        Teraz z przyjemnością powitałem chwile samotności. Febiasz opuścił namiot bez słowa, skłoniwszy się jedynie na pożegnanie, a ja powoli rozruszałem spięte, sztywne mięśnie szyi, a później powoli całego ciała, które wręcz błagało o jakąś formę wysiłku. Zdecydowałem się na spacer po obozie, bo choć nadzieję i ochotę miałem ogromną, to zmęczone i osłabione ciało mogło zawieść w każdej chwili. Posłałem tęskne spojrzenie mieczowi, który leżał na biurku.
        Później przybrałem na twarz surowy wyraz obojętności i opuściłem namiot.
        Nie zdążyłem jednak zejść ze schodów, kiedy u wyjścia z uliczki pojawiła się ubrana jak zwykle na biało sylwetka, której jasna sukienka płynęła na wietrze z każdym krokiem. Przystanąłem na suchej, spękanej ziemi i wyprostowałem się; powoli, z godnością, którą odebrały mi ostatnie dni. Żołnierze przypatrywali mi się, byłem tego świadomy, ale ja patrzyłem tylko na jasnowłosą kapłankę, która teraz widząc mnie wydawało się, przyspieszyła jeszcze kroku. I tak wyglądała już, jakby płynęła tu na skrzydłach, niesiona jakąś niedoścignioną lekkością. W moim wzroku nikt nie dostrzegłby teraz tego ognia, który objął mnie na ten widok, bo upewniłem się, że jest on naprawdę głęboko schowany. Wyraz twarzy jedynie lekko złagodniał, kiedy założyłem dłonie za plecami i splotłem palce obu rąk.
        Pierwszy raz od dawna czułem, że teraz sam mogę rozłożyć skrzydła. Że słabość ciała nie ma już kontroli nad moim losem.
        Jednocześnie wiedziałem, że skrzydła zostaną podcięte jeszcze dzisiaj.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/