sobota, 16 czerwca 2018

CCXXVI


        Kiedy kolejny raz otworzyłem oczy i złapałem kontakt z rzeczywistością, przez lniany, podszyty skórą materiał namiotu do wnętrza sączyło się filtrowane światło. Pierwszą świadomą myślą było to, że musiało minąć dużo czasu, ale nie znałem żadnego wyznacznika. Nie było już żadnych snów, nie było wizji, gorączka musiała ustąpić, ale nie było też żadnego wyznacznika. Ile czasu minęło, dzień, dwa? Tydzień czy może miesiąc? Przez kilka pierwszych chwil po przebudzeniu po prostu leżałem bez ruchu, pozwalając sobie na pochłanianie otoczenia, które przecież w podświadomości było tak dobrze znajome, które przywoływało wiele wspomnień, choć ten obóz nie był tu rozbity jeszcze długo. Wydawało mi się, wbrew logice i rozsądkowi, które nie przebiły się jeszcze ponad powierzchnię snu, że wszystko to, co działo się dookoła zajęło zaledwie sekundę. Że kiedy ja się zatrzymałem, kiedy ja umarłem dla świata, on również zamarł, oczekując. Zamrugałem podwójnie, ale to nie pomogło w złapaniu ostrości.
        Dopiero z opóźnieniem dotarło do mnie, że nie jestem sam. Co więcej, że ktoś śpiewa, melodyjnie przechodzi z tonu na ton, krząta się po pomieszczeniu. Pod przymkniętymi powiekami pojawił się obraz twarzy kapłanki i na powrót uderzyła mnie wczorajsza wizja. Wiedziałem, że nie mam sił zmagać się teraz jeszcze dodatkowo z uczuciami, ale ona była tak blisko, trzymała moją dłoń z wyraźną czułością i w końcu poczułem, że nie mogę dłużej udawać, że śpię.
        Ból również zelżał, zapewne dzięki lekom podanym wieczorem. Nie otumaniał jednak już moich pozostałych zmysłów.
       — Kochasz — powtórzyłem po niej, obracając na posłaniu głowę w jej kierunku i były to dwa pierwsze znaki, że nie śpię. Moje gardło było suche jak wiór, wydawało się ponownie, że szeptam, nie mówię.
        Zawahałem się na moment, śledząc wzrokiem rysy jej twarzy, jakby miały się rozpłynąć w kolejnej nocnej marze. Teraz jednak były przed moimi oczami i wyglądały tak realistycznie, że nie mogłem uwierzyć, że to tylko kolejny sen, zesłany przez chory umysł i zmęczone walką ciało. Co mam ci powiedzieć? Przyznać, że moje wyznanie było płaskie, że nie miało żadnej prawdziwej wartości? Wyznać, że pospieszyłem się ze swoją deklaracją, a teraz dotarło do mnie, że mogłem najzupełniej w świecie kłamać? Nie chciałem teraz karmić jej takimi słowami. Mimo wszystko ono jedno zawisnęło między nam na dłuższą chwilę. W końcu uniosłem jeden kącik ust w marnej imitacji złośliwego, typowo swojego uśmiechu i wydawało mi się, że dostrzegam ulgę w jej oczach. Jakby tylko czekała, aż będę znowu sobą.
        Wysunąłem rękę nieco do przodu, pozwalając jej oprzeć policzek we wnętrzu swojej dłoni, a palce wsunąłem w jej włosy tuż przy skroni. Powietrze pachniało zapachowym olejkiem i wszystko wydawało mi się takie spokojne. Sielskie. Jakby nic się nie wydarzyło, jakby nie było zaszytej rany nad moim obojczykiem.
        — Ile czasu minęło? — zapytałem ponownie, tym razem zbierając w sobie siły po to, żeby podnieść się nieco do góry na łóżku. Były jeszcze inne sprawy. Inne problemy. Tyle problemów, a w centrum nich pergamin z wielką, dobrze mi znaną pieczęcią królewską. Przymknąłem oczy i pozwoliłem głowie opaść na posłanie. — Mam nadzieję, że mi się tylko przesłyszało i nie powiedziałaś, że chciałabyś być na moim miejscu. Nie ma tu nic ciekawego do doświadczenia — poderwałem nieco głos, teraz brzmiał znacznie donośniej niż wcześniej. Przymknąłem ponownie oczy i rozluźniłem dłoń, przenosząc ją na drugi policzek kapłanki. Palcami musnąłem ciepłą, miękką skórę, wodząc od skroni wzdłuż kości szczęki i zatrzymałem je na podbródku dziewczyny. — Musiałbym zabić każdego, kto śmiałby chcieć cię skrzywdzić w jakikolwiek sposób — wyznałem zupełnie szczerze i chociaż wcześniej na mojej twarzy jeszcze malowało się rozbawienie, tak teraz została jedynie powaga.
        Przyjemna była taka niewymuszona bliskość, taka czułość, do której nikt nigdy nie nauczył mnie przywyknąć. Wydawała się odrobinę niezręczna, ale Esja wcale nie wyglądała na zmieszaną. Westchnąłem ciężko, a wypełnione nagle płuca spowodowały, że poruszyłem ranną ręką. Ból przeciął mnie nagle, ale poza drobnym skrzywieniem twarzy nie dałem po sobie znać cierpienia.
        — Wyglądasz na zmęczoną — zauważyłem w końcu, a mój głos wyrażał, że wcale nie ona jedna. — Spałaś, prawda? Powinnaś odpocząć — dodałem, tym razem nieco ostrzej, bo chociaż nadal nie był to żaden rozkaz, to zależało mi na tym, żeby wiedziała, że mi na tym zależy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/