sobota, 16 czerwca 2018

CCXXVII



       Kiedy ponownie usłyszałam własne słowo, ale nie wypowiedziane już przeze mnie, serce zerwało mi się do szybszego bicia, jakby tylko czekało na taki znak. Otworzyłam oczy, kierując je równocześnie na jego twarz, na krwiste tęczówki. Potrzebowałam chwili, ale oswoić się z myślą, że teraz takie widoki będą już normalne, prawdziwe, a nie jedynie w mojej spragnionej jego osoby głowie. Naprawdę się obudził, a ja jeszcze bałam się do tego przyznać przed samą sobą. 
       Patrzyliśmy na siebie w ciszy, nie czułam potrzeby przerywania jej, jakbym obawiała się myśli, że mój głos mógłby mu zaszkodzić. W zasadzie w tej samej chwili zdałam sobie sprawę, że może nie przebudził się sam z siebie, ale przeze mnie i poczułam ukłucie poczuci winy. Niepotrzebnie śpiewałam, niepotrzebnie dotykałam go i mówiłam do niego. Tylko, że to obwinianie się zniknęło wraz z chwilą, z którą poruszył dłonią, wsunął ją w moje włosy, a ja znów przymknęłam oczy rozkoszując się tym gestem, jakby był on największą świętością, jakiej dane mi było doświadczyć. Ciepła, szorstka, znajoma, bezpieczna... po prostu jego. 
       Jego uśmiech, nawet jeśli nie był idealny, to sprowadził na mnie ulgę, jakiej nie przyniosły wczoraj nawet słowa Febiasza. Ja też się do niego uśmiechnęłam unosząc przy tym brwi, ale po chwili moje czoło zmarszczyło się nieco mocniej, kiedy zaczął zadawać pytania. Co gorsza już, ledwo się obudził, a próbował się podnosić, czego w zasadzie można się było po nim spodziewać. Tylko, że pamiętałam o tym, jak ruszył się wczoraj i od razu otworzył ranę, więc teraz w jednej chwili wzrokiem zjechałam do opatrunku, czując jak serce obija mi się przy tym o żebra. Byłam spięta, przez moment obserwując materiał, ale ten na całe szczęście nie zabarwił się na czerwono, oficer natomiast kontynuował. Chyba nawet, wbrew wszystkiemu, ponownie poczułam się lepiej, kiedy go usłyszałam. Po jego słowach wnioskowałam, że mimo fizycznych przeszkód, wraca do siebie, nawet pokręciłam lekko głową na boki w niemym komentarzu. Mógł mówić, co chce, ale nie kłamałam, wolałabym sama leżeć na jego miejscu, zastanawiając się, czy widząc mnie w takim stanie, znosiłby to lepiej. Próbowałam się cofnąć do wypadku z jaskinią, ale wtedy przecież... wtedy nie byliśmy sobie aż tak bliscy, prawda? 
       - Czy to oznacza, że ja też muszę teraz iść na front i zabić tych, którzy tobie źle życzą? - zapytałam spokojnie, po czym złapałam jego rękę delikatnie składając jej palce i te następnie ucałowałam, nie śpiesząc się przy tym. Musiałam odetchnąć, aby zebrać w sobie siły i zdecydować się na pewnego rodzaju stanowczość. Oszaleję, jeśli sam sobie będzie robił krzywdę. 
       Jego pytanie nie było mi szczególnie na rękę, a może chodziło raczej o ten ton, już nie taki słaby, jak pierwsze wypowiedziane przez niego słowo. Prawdę mówiąc byłam wdzięczna Mili, że namówiła mnie do kąpieli, z perspektywy tej wypowiedzi mężczyzny. Uznałam też, że okłamywanie go nie będzie dobrą opcją, a mówienie prawdy chyba jeszcze gorszą. Musiałam być delikatna, nie denerwować go, dlatego spojrzałam na niego ze spokojem wymalowanym na twarzy i odłożyłam ostrożnie jego rękę na materac. 
       - To tylko brak snu, zmęczenie. Proszę, myśl teraz o sobie, bo ja sobie poradzę - powiedziałam z pewnym naciskiem, po czym podniosłam się po szklankę z wodą, by zaraz przysiąść nieco bliżej jego głowy. Wiedziałam jaki jest, równocześnie miałam świadomość tego, że w obozie mało kto byłby tak głupi, aby mu się sprzeciwiać. Cóż, mi obawy o jego stan nieco przysłaniały trzeźwe myślenie, chociaż niepewność pozostawała. - Dziś jest czwarty dzień od czasu waszego ostatniego wymarszu - powiadomiłam go szybko schodząc na inny temat, nie chcąc mówić o mnie, kiedy to on ledwo wrócił do żywych. 
       Wsunęłam mu ostrożnie rękę pod głowę, stabilnie podtrzymując potylicę i kark. 
       - Pozwól mi się sobą zaopiekować - powiedziałam cicho, by następnie unieść mu głowę, ale czując, że niepotrzebnie mi w tym pomaga skrzywiłam się. - Nie - rzuciłam stanowczo, nieco głośniej. - Nie napinaj mięśni, jesteś słaby, wczoraj otworzyłeś ranę... Nevanie proszę, ten jeden raz chcę żebyś na mnie polegał... a teraz się napij - przystawiłam czarkę do jego ust pozwalając, aby do gardła mężczyzny spłynęła ciecz, której bez wątpienia potrzebowałam. 
       Odłożyłam naczynie na bok, by na powrót sięgnąć po misę z wodą, bez zawahania wykręcając miękki, jasny materiał. Odsunęłam włosy za ucho, aby mi nie przeszkadzały. Oczywiście, że miło byłoby po prostu siedzieć i go całować, głaskać, napawać wzrok jego widokiem. Tylko, że nie mogłam tak. Być znów bezużyteczną, słabą, niepotrzebną. Znienawidziłabym siebie za takie podejście i równocześnie, przez ostatnie dni żyłam w przeświadczeniu, że jeśli ja czegoś przy nim nie zrobię, to nie będzie to zrobione dobrze. Patrzyłam innym na ręce, kontrolowałam, byleby nikt mu nie zaszkodził. 
       - Wybacz, planowałem obmyć ci tors z krwi zanim się obudzisz, ale mnie ubiegłeś. Gdyby coś cię zabolało, proszę powiedz - dłoń mi się nieco zatrzęsła. Sama myśl, że mogłabym mu sprawić cierpienie... po prostu chciałam, aby już nic go nie bolało i naprawdę byłabym gotowa przyjąć to na siebie. Teraz natomiast, co najwyżej mogłam otrzeć jego skórę. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/