sobota, 30 czerwca 2018

CCXXXII


        Opuściłem ramiona, czując jak przy wykonywaniu tego gestu to zranione przeszyło całą lewą część mojego ciała ostrym bólem. Nie dałem po sobie tego znać, przyzwyczajony do maskowania słabości, odnajdując w tym coś bardzo znajomego i bezpiecznego. Pozwoliłem jej podejść do siebie i nadal naturalnie ignorowałem wzrok ludzi, który skupiał się na mnie, jakby nie było w tym nic dziwnego. Ludzie muszą mieć czas, żeby nad wszystkim przejść do normalności. Nie znaczyło to jednak, że nagle zamierzam traktować ich wszystkich inaczej, albo zwracać uwagę na ludzi, którzy zazwyczaj byli jedynie podwładnymi. Oni także musieli widzieć, że ten uraz niczego nie zmienił, że nadal jesteśmy na tym samym szlaku, na tej samej wyboistej ścieżce, z której nie ma drogi na skróty. Miałem na sobie jedynie luźne, skórzane ubranie przewiązane charakterystyczną szarfą w pasie, z luźnymi rękawami czarnej koszuli i spodniami zapinanymi zamszowymi paskami. Żadnej zbroi i dodatkowego oręża. Spod materiału koszuli przy szyi wystawały białe bandaże, odcinające się kontrastowo od opalonej skóry i ciemnych materiałów odzienia.
       Prychnąłem cicho na jej pierwsze słowa i wzrok, ale nie zamierzałem komentować. Potrzebowałem odrobinę samodzielności i samotności, która miała przygotować mnie nie tylko do powrotu do swoich obowiązków, ale też do przyjęcia wiadomości, które mogły już na mnie czekać. To prawda, Aelnea nie odwiedziła mnie przez cały ten czas – przynajmniej nie w czasie mojej świadomości. To mogło znaczyć, że możemy ukraść jeszcze trochę tego cennego czasu. Nadzieja jednak nigdy nie była tym, czego lubiłem się chwytać. Odetchnąłem ciężko  skinąłem głową, wybierając kierunek naszego spaceru, układając wszystko inne w głowie po kolei.
        Coś jednak w całym tym obrazku mi nie pasowało. Być może nie skupiałem się na postawie Esji, ale nagle coś się wyczuwalnie zmieniło, coś, czego nie potrafiłem nazwać.
        — Nie chodziło o to, czy twoja obecność mi odpowiada, kapłanko — rzuciłem, mrużąc przy tym lekko oczy. W moim głosie był ten chłód i swoista swoboda, ale także dystans. — Ale Esjo, jak wytłumaczyłabyś udział bogów w zmianie mojego odzienia medykowi? Może wręcz powinienem był to zrobić tylko po to, żeby posłuchać tych tłumaczeń — dodałem złośliwie, przenosząc poważne spojrzenie na jej twarz. Nadal wydawało mi się, że coś jest nie w porządku. Coś w wyrazie jej twarzy, a może tego, jak jej spojrzenie uciekało na boki. Coś w sztywności ruchów.
        W obozie o tej porze było dużo ludzi. Praktycznie na każdym kroku mijaliśmy małe grupki żołnierzy i służących, którzy przygotowywali już popołudniową strawę. Nie bardzo myślałem o tym, o czym mówię i do kogo. To rozluźnienie i brak samodyscypliny teraz stawał się niebezpieczny. I nigdy nie powinienem sobie na niego pozwalać. Głównie dlatego, choć moje słowa były dosadnie personalne, to wyraz twarzy obojętny, wręcz surowy; jakbym rozmawiał z kolejnym ze swoich podopiecznych. Szacunku na próżno byłoby we mnie szukać, choć to także częściowo było częścią grania pozorów. Nigdy nie będę w stanie uwierzyć, że to bogowie sprowadzili na mnie ozdrowienie. Inną sprawą jednak było poświęcenie dziewczyny w oddanej opiece i sam ten fakt sprawiał, że czułem rosnący respekt. Wdzięczność. Nie potrafiłem sprecyzować tych uczuć.
       — Eliah, w rzeczy samej, jest naprawdę niezastąpiony. Nie miałem wątpliwości, że stanie na wysokości zadania i poprowadzi obóz pod moją nieobecność. Mam też nadzieję… — zawiesiłem na chwilę głos, wbijając spojrzenie w przestrzeń przed sobą. — Że nikt zbytnio ci się nie narzucał, nie licząc upartego medyka, kiedy leżałem pozbawiony świadomości. — Myśl, że pod moją „nieobecność” ktoś mógłby chcieć ją wykorzystać nie była miła. Sprawiała, że zbierały się we mnie ciężkie, burzowe chmury.
        Nie miałem ochoty rozmawiać o tym, że niedługo będzie musiała opuścić to miejsce. Że to nie jest miła nowina, że zdążyła się zadomowić. Ten fakt dręczył mnie od momentu, kiedy tylko miałem wystarczająco siły, żeby jeść samodzielnie posiłki, ale nie chciałem nią obciążać także blondynki. Faktycznie wyglądała na zadowoloną. Stąpała lekko, z włosami tworzącymi woalkę dookoła jej twarzy, w jasnej sukience. W błyszczącej ekscytacją twarzy, bez śladów zmęczenia, jakie były tam każdego z ostatnich dni. Wyszliśmy za teren namiotów, na drogę, która prowadziła w okolice wąwozu, rzeki i stajni. Dopiero tutaj zrobiło się luźniej. Zwolniłem lekko kroku i wyciągnąłem dłoń, łapiąc nią Esję za łokieć, tym samym zmuszając ją też do przystanięcia.
        — O co chodzi, Esjo? Zachowujesz się, jakby fakt, że nie leżę już bez sił u siebie w namiocie był ci co najmniej niezręczny. Cała się spięłaś, nawet ci się stawy kolanowe nie zginają swobodnie, kiedy chodzisz — powiedziałem z nutką żartobliwości w tonie głosu, teraz także zatańczyła ona nawet w kąciku moich ust. — Coś się stało? — w tym pytaniu słychać było także coś innego. Pewną twardość, postanowienie, albo może i obietnicę. Że jeśli ktoś jej coś zrobił, kiedy nie mogłem opuścić namiotu, albo że jest coś, co przede mną ukrywa, to prędzej czy później się dowiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/