wtorek, 24 lipca 2018

CCXL


        To irytujące, być zmuszonym do zatrzymywania się. Nie o sam fakt bycia zmuszonym chodzi – przecież nie raz już w moim życiu, ba, w całej służbie wojskowej musiałem robić rzeczy, których robić nie chciałem. Co innego jednak przyjmować rozkaz od rodziców, do których powinno się mieć szacunek, co innego odebrać go z ust dowódcy, któremu niesubordynacja równa się z wysoką, prawdopodobnie bolesną karą. A zupełnie czymś innym jest stająca na mojej drodze kapłanka, która swoją osobą naciska na mnie, wywiera pewnego rodzaju presję. I nie podobał mi się obrót spraw. Syknąłem cicho wypuszczając powietrze pomiędzy ustami, z rozdrażnieniem przyglądając się twarzy, która zmaterializowała się przede mną tak nagle i dość niespodziewanie. Oczywiście zatrzymałem się w miejscu, będąc zmuszonym do tego małego ustępstwa. I faktycznie, zirytowało mnie to.
        Mogłem ją wyminąć, sprawnie wywinąć się spod jej postawy i słów, którymi teraz szafowała sprawniej, niż kiedykolwiek wcześniej i być może później mieczem. Mogłem zrobić paradę, unik, kilka kroków w bok, a później spróbować ciąć płasko, w bok albo w szyję. W miękkie. Celować tak, żeby zadać śmierć. Dokładnie tak, jak mnie uczono. Powstrzymywanie instynktów i tej chęci ucieczki było batalią samą w sobie trudniejszą, niż poddanie się głosowi, który polecał mi się bronić. Zatrzymanie się w miejscu i ta prosta, spokojna postawa z dłońmi zaplecionymi za plecami podczas kiedy ktoś tak otwarcie celował we mnie swoją najskuteczniejszą bronią wymagało więcej samokontroli niż nagły, automatyczny atak. Atak, by zabić. Zamrugałem szybko, ale niepotrzebnie, bo adrenalina już nienaturalnie wyostrzyła obraz przed moimi oczami, pozwalając reszcie spektrum widzenia się zamazać. Mięśnie szczęki drgnęły niebezpiecznie i zacisnąłem zęby, ściągając przy tym brwi. Te trzy drobne zmiany były jedynymi, jakie wymknęły mi się spomiędzy palców w reakcji na nagłą postawę dziewczyny.
        Oczywiście… Każdy atakuje tym, czym włada najlepiej. Każdy wciąga innych w swoją grę, na swoje terytorium, które zna lepiej, niż własną kieszeń. Nie byłem tylko pewny, czy ona, ta blondwłosa kapłanka odziana w jasną, czystą suknię działała na takiej samej zasadzie. Czy to w ogóle był atak? Czy ona wiedziała, jak atakować? Jak wymagać od kogoś wychowanego w zupełnej izolacji, w zamkniętej twierdzy nazwanej patetycznie świątynią naturalnych, ludzkich odruchów przypisanych całej populacji? Nagle wydawało mi się to paskudnie nieodpowiednie. Może nawet… Niesprawiedliwe.
        Dłonie na mojej twarzy były zaskakująco ciepłe. Wydawać by się mogło, że potrafiłyby skuć ten lód, który odkąd pamiętam otaczał grubą palisadą moje serce. Tylko, że ja tego nie chciałem. Nie zamierzałem być znowu tym słabym głupcem, nie po to przeszedłem już tyle w swoim życiu! Nie po to, żeby tracić to wszystko, nad czym udało mi się już zapanować, nie po to, żeby się zmieniać, żeby dopasować się do cudzych oczekiwań. I nawet, jeśli kapłanka o to nie prosiła – ba, jej głos daleko leżał od jakiejkolwiek prośby, bo bliżej mu było rozkazowi – to czułem, że powoli te ciepłe ręce roztaczają dookoła mnie poczucie niebezpieczeństwa i zagrożenia.
        Półparada, odepchnięcie miecza przeciwnika. Obrót, krótki taniec na ugiętych kolanach. I miękko, Nevanie, miękko. Płynnie, nie tracić tempa. Skok i obrót, znowu parada. Szybki cios z zaskoczenia. Lekkie pchnięcie do wytrącenia z równowagi.
        Przymknąłem ledwo oczy. Nie ze strachu przed tym, co mogła w nich odczytać ale raczej z niepewności, co mógłbym jej pokazać. Jak paskudne i puste wnętrze odkryć.
        Dopiero, kiedy się odsunęła udało mi się nabrać pełne płuca powietrza. Twarz już dawno straciła ostrość i wygładziła się, nie zostawiając żadnej pamiątki po uczuciach i emocjach, które po niej przeszły. Doprawdy, jeśli ktoś jest w stanie wywołać taką ich falę we mnie, to najprawdopodobniej tylko Esja będzie w stanie tego dokonać. Odetchnąłem raz i drugi, nie poruszając się jednak ani nie odwracając spojrzenia od dziewczyny.
        — To tak nie działa, Esjo — odezwałem się w końcu po długiej chwili milczenia, nie pozwalając jej odwrócić spojrzenia; a przynajmniej próbując jej nie pozwolić jeszcze odejść. Nie podjąłem wcześniejszego marszu. — To tak nie działa — powtórzyłem, nie dla niej, ale teraz bardziej do siebie. — Tyle mówisz, rzucasz tyle słów, a później chcesz się spod nich wykręcić mówiąc, że przygrzało cię słońce. To jak wyjście na pole bitwy z pięknymi słowami pełnymi motywacji dla swoich podwładnych i jak ucieczka, kiedy rozleje się pierwsza krew. To jak kurewskie tchórzostwo, na które cię nie stać. Odwracanie się od własnych słów i zdradzanie ich jest podobne do odwracania się od własnych ludzi. Nie… gorzej. Jak odwracanie się od samego siebie tylko po to, żeby nie naprzykrzać się komuś innemu.
        Nie było we mnie złości – przynajmniej nie na powierzchni. Wewnątrz możliwe, że nadal się tliła, ale w gruncie rzeczy była tam zawsze i niezmiennie. Była jak zapas, z którego mogłem czerpać w dowolnej chwili potrzeby. W końcu poluźniłem uścisk palców i pozwoliłem ramionom opaść na swoje naturalne miejsce. Powiodłem spojrzeniem po pustym placu – było zbyt upalnie, żeby pracować w słońcu, w dodatku trwała przerwa na posiłek. Zaiste, bardzo dogodne warunki na podobną rozmowę, której świadkami były jedynie zwierzęta.
        — Nie wycofuj się jak tchórz, którym nie jesteś — powiedziałem… Nie - poleciłem ostro, nie dbając o zbyt wymownie impertynencki ton głosu. Pochyliłem głowę lekko w dół.
        Czy powinienem pokazać, że jej słowa wywarły na mnie wrażenie? Czy nie zrobiłem tego już do tej pory, albo może czy powinienem udawać, że tak się stało? Przed chwilą była tak blisko, z dłońmi na moich policzkach, a teraz znowu się wycofała. Przed chwilą zagrodziła mi drogę i niemal zmusiła do ucieczki, a teraz sama znowu uciekała. Nie było w tym konsekwencji, którą mógłbym zrozumieć, nie było w tym zachowaniu schematów do rozpracowania i prawda, to wszystko sprawiało, że czułem się na tym polu jeszcze bardziej niepewnie, niż w pozycji poddańczej. Mimo wszystko zamierzałem się bronić. Z tym instynktem nie potrafiłem walczyć. Zawsze musiałem się bronić. Nikt nigdy nie zrobił tego dla mnie. Nikt nie walczył w moim imieniu i co więcej, nie potrafiłbym tego ani przyjąć, ani zrozumieć. Arogancko i egoistycznie to mnie nie było na to stać.
        Oddychałem już spokojnie, nie tak płytko, jak jeszcze przed chwilą. Powoli przywoływałem zachwiany wcześniej balans. Zanim jednak zdążyłem poruszyć się choćby o krok w stronę powrotu do mieszkalnej albo administracyjnej części obozu, na piaszczystą ścieżkę na krużganku przed końskimi boksami ktoś wpadł, zachrzęściły kroki zbrojnego. Obróciłem się powoli przez ramię. Posłaniec miał na sobie jedynie lekki pancerz, który w takim cieple i tak był bardzo wymagającym ubiorem dla kogoś, kto nie był prawdziwym żołnierzem.
        — Panie — schylił się w pospiesznym ukłonie, a później skrzywił. — I pani.
        — O co chodzi? — pospieszyłem go nienachalnie, zerkając odruchowo do paska, który miał przytroczony w pasie.
        Bez wątpienia był gońcem, dało się to poznać od razu nie tylko po zaczerwienionej od słońca, zziajanej twarzy, może wrócił właśnie z głównego obozu w przełęczy? Na litość wszystkich umarłych na trąd, dlaczego do tej pory nie sprawdziłem, jak funkcjonował obóz przez kilka dni mojej nieobecności i co się zmieniło? Teraz machnąłem ponaglająco dłonią.
        — Wymagana jest pańska obecność, oficerze. Mmm… I pani… O najświętszej nie było żadnej wzmianki.
       — Jakie wieści?
        Przybrałem natychmiast bardziej surowy wyraz twarzy, zniknęła także wcześniejsza swobodna postawa. Teraz byłem ponownie dowódcą swoich ludzi, a nie młodzikiem, który jakoby właśnie wdał się w niezrozumiałą kłótnię z… Do kurwy, przecież Esja nawet nie była kochanką, na próżno też było w tej sytuacji szukać w myślach odpowiedniego określenia dla jej pozycji. Upadła świętość? Skalana niewinność?
        Pomimo naglących wyraźnie wieści, w kącikach ust pojawił się kpiący uśmiech. Był tam tylko chwilę, kiedy zerkałem przelotnie na kapłankę.
        — Od głównodowodzącego, jest raport z ich obozu oraz odpowiedź na wasz raport, oficerze. Wszystkie dokumenty są w głównym namiocie, Eliah również powinien tam już na pana czekać. — Mężczyzna ponownie skłonił się krótko. A później zawahał na sekundę. — Są też listy ze stolicy, oficerze.
        Wszystkie moje mięśnie zesztywniały, kiedy przeniosłem spojrzenie na oczy posłańca. Z twarzy zniknęło rozbawienie. Z umysłu zniknęły wszystkie myśli. Tylko jedna, ta, która leżała w głębi zahibernowana dudniła głośno, odtwarzana bez przerwy, na okrągło. Stolica. Stolica. Stolica.
        Zabiorą ją.
        Nie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/