To irytujące, być zmuszonym do
zatrzymywania się. Nie o sam fakt bycia zmuszonym chodzi – przecież nie raz już
w moim życiu, ba, w całej służbie wojskowej musiałem robić rzeczy, których
robić nie chciałem. Co innego jednak przyjmować rozkaz od rodziców, do których
powinno się mieć szacunek, co innego odebrać go z ust dowódcy, któremu
niesubordynacja równa się z wysoką, prawdopodobnie bolesną karą. A zupełnie
czymś innym jest stająca na mojej drodze kapłanka, która swoją osobą naciska na
mnie, wywiera pewnego rodzaju presję. I nie podobał mi się obrót spraw. Syknąłem
cicho wypuszczając powietrze pomiędzy ustami, z rozdrażnieniem przyglądając się
twarzy, która zmaterializowała się przede mną tak nagle i dość niespodziewanie.
Oczywiście zatrzymałem się w miejscu, będąc zmuszonym do tego małego ustępstwa.
I faktycznie, zirytowało mnie to.
Mogłem ją wyminąć, sprawnie wywinąć się spod jej postawy i słów, którymi
teraz szafowała sprawniej, niż kiedykolwiek wcześniej i być może później
mieczem. Mogłem zrobić paradę, unik, kilka kroków w bok, a później spróbować
ciąć płasko, w bok albo w szyję. W miękkie. Celować tak, żeby zadać śmierć.
Dokładnie tak, jak mnie uczono. Powstrzymywanie instynktów i tej chęci ucieczki
było batalią samą w sobie trudniejszą, niż poddanie się głosowi, który polecał
mi się bronić. Zatrzymanie się w miejscu i ta prosta, spokojna postawa z dłońmi
zaplecionymi za plecami podczas kiedy ktoś tak otwarcie celował we mnie swoją
najskuteczniejszą bronią wymagało więcej samokontroli niż nagły, automatyczny
atak. Atak, by zabić. Zamrugałem szybko, ale niepotrzebnie, bo adrenalina już nienaturalnie
wyostrzyła obraz przed moimi oczami, pozwalając reszcie spektrum widzenia się
zamazać. Mięśnie szczęki drgnęły niebezpiecznie i zacisnąłem zęby, ściągając
przy tym brwi. Te trzy drobne zmiany były jedynymi, jakie wymknęły mi się
spomiędzy palców w reakcji na nagłą postawę dziewczyny.
Oczywiście… Każdy atakuje tym, czym
włada najlepiej. Każdy wciąga innych w swoją grę, na swoje terytorium, które
zna lepiej, niż własną kieszeń. Nie byłem tylko pewny, czy ona, ta blondwłosa
kapłanka odziana w jasną, czystą suknię działała na takiej samej zasadzie. Czy
to w ogóle był atak? Czy ona wiedziała, jak atakować? Jak wymagać od kogoś
wychowanego w zupełnej izolacji, w zamkniętej twierdzy nazwanej patetycznie
świątynią naturalnych, ludzkich odruchów przypisanych całej populacji? Nagle
wydawało mi się to paskudnie nieodpowiednie. Może nawet… Niesprawiedliwe.
Dłonie na mojej twarzy były zaskakująco
ciepłe. Wydawać by się mogło, że potrafiłyby skuć ten lód, który odkąd pamiętam
otaczał grubą palisadą moje serce. Tylko, że ja tego nie chciałem. Nie
zamierzałem być znowu tym słabym głupcem, nie po to przeszedłem już tyle w
swoim życiu! Nie po to, żeby tracić to wszystko, nad czym udało mi się już
zapanować, nie po to, żeby się zmieniać, żeby dopasować się do cudzych
oczekiwań. I nawet, jeśli kapłanka o to nie prosiła – ba, jej głos daleko leżał
od jakiejkolwiek prośby, bo bliżej mu było rozkazowi – to czułem, że powoli te
ciepłe ręce roztaczają dookoła mnie poczucie niebezpieczeństwa i zagrożenia.
Półparada, odepchnięcie miecza
przeciwnika. Obrót, krótki taniec na ugiętych kolanach. I miękko, Nevanie,
miękko. Płynnie, nie tracić tempa. Skok i obrót, znowu parada. Szybki cios z
zaskoczenia. Lekkie pchnięcie do wytrącenia z równowagi.
Przymknąłem ledwo oczy. Nie ze strachu
przed tym, co mogła w nich odczytać ale raczej z niepewności, co mógłbym jej
pokazać. Jak paskudne i puste wnętrze odkryć.
Dopiero, kiedy się odsunęła udało mi
się nabrać pełne płuca powietrza. Twarz już dawno straciła ostrość i wygładziła
się, nie zostawiając żadnej pamiątki po uczuciach i emocjach, które po niej
przeszły. Doprawdy, jeśli ktoś jest w stanie wywołać taką ich falę we mnie, to
najprawdopodobniej tylko Esja będzie w stanie tego dokonać. Odetchnąłem raz i
drugi, nie poruszając się jednak ani nie odwracając spojrzenia od dziewczyny.
— To tak nie działa, Esjo — odezwałem
się w końcu po długiej chwili milczenia, nie pozwalając jej odwrócić
spojrzenia; a przynajmniej próbując jej nie pozwolić jeszcze odejść. Nie
podjąłem wcześniejszego marszu. — To tak nie działa — powtórzyłem, nie dla
niej, ale teraz bardziej do siebie. — Tyle mówisz, rzucasz tyle słów, a później
chcesz się spod nich wykręcić mówiąc, że przygrzało cię słońce. To jak wyjście
na pole bitwy z pięknymi słowami pełnymi motywacji dla swoich podwładnych i jak
ucieczka, kiedy rozleje się pierwsza krew. To jak kurewskie tchórzostwo, na
które cię nie stać. Odwracanie się od własnych słów i zdradzanie ich jest podobne
do odwracania się od własnych ludzi. Nie… gorzej. Jak odwracanie się od samego
siebie tylko po to, żeby nie naprzykrzać się komuś innemu.
Nie było we mnie złości – przynajmniej nie
na powierzchni. Wewnątrz możliwe, że nadal się tliła, ale w gruncie rzeczy była
tam zawsze i niezmiennie. Była jak zapas, z którego mogłem czerpać w dowolnej
chwili potrzeby. W końcu poluźniłem uścisk palców i pozwoliłem ramionom opaść
na swoje naturalne miejsce. Powiodłem spojrzeniem po pustym placu – było zbyt
upalnie, żeby pracować w słońcu, w dodatku trwała przerwa na posiłek. Zaiste,
bardzo dogodne warunki na podobną rozmowę, której świadkami były jedynie
zwierzęta.
— Nie wycofuj się jak tchórz, którym
nie jesteś — powiedziałem… Nie - poleciłem ostro, nie dbając o zbyt wymownie impertynencki
ton głosu. Pochyliłem głowę lekko w dół.
Czy powinienem pokazać, że jej słowa
wywarły na mnie wrażenie? Czy nie zrobiłem tego już do tej pory, albo może czy
powinienem udawać, że tak się stało? Przed chwilą była tak blisko, z dłońmi na
moich policzkach, a teraz znowu się wycofała. Przed chwilą zagrodziła mi drogę
i niemal zmusiła do ucieczki, a teraz sama znowu uciekała. Nie było w tym
konsekwencji, którą mógłbym zrozumieć, nie było w tym zachowaniu schematów do
rozpracowania i prawda, to wszystko sprawiało, że czułem się na tym polu
jeszcze bardziej niepewnie, niż w pozycji poddańczej. Mimo wszystko zamierzałem
się bronić. Z tym instynktem nie potrafiłem walczyć. Zawsze musiałem się
bronić. Nikt nigdy nie zrobił tego dla mnie. Nikt nie walczył w moim imieniu i
co więcej, nie potrafiłbym tego ani przyjąć, ani zrozumieć. Arogancko i
egoistycznie to mnie nie było na to stać.
Oddychałem już spokojnie, nie tak
płytko, jak jeszcze przed chwilą. Powoli przywoływałem zachwiany wcześniej
balans. Zanim jednak zdążyłem poruszyć się choćby o krok w stronę powrotu do
mieszkalnej albo administracyjnej części obozu, na piaszczystą ścieżkę na krużganku
przed końskimi boksami ktoś wpadł, zachrzęściły kroki zbrojnego. Obróciłem się
powoli przez ramię. Posłaniec miał na sobie jedynie lekki pancerz, który w
takim cieple i tak był bardzo wymagającym ubiorem dla kogoś, kto nie był
prawdziwym żołnierzem.
— Panie — schylił się w pospiesznym
ukłonie, a później skrzywił. — I pani.
— O co chodzi? — pospieszyłem go
nienachalnie, zerkając odruchowo do paska, który miał przytroczony w pasie.
Bez wątpienia był gońcem, dało się to
poznać od razu nie tylko po zaczerwienionej od słońca, zziajanej twarzy, może
wrócił właśnie z głównego obozu w przełęczy? Na litość wszystkich umarłych na
trąd, dlaczego do tej pory nie sprawdziłem, jak funkcjonował obóz przez kilka
dni mojej nieobecności i co się zmieniło? Teraz machnąłem ponaglająco dłonią.
— Wymagana jest pańska obecność,
oficerze. Mmm… I pani… O najświętszej nie było żadnej wzmianki.
— Jakie wieści?
Przybrałem natychmiast bardziej surowy
wyraz twarzy, zniknęła także wcześniejsza swobodna postawa. Teraz byłem
ponownie dowódcą swoich ludzi, a nie młodzikiem, który jakoby właśnie wdał się
w niezrozumiałą kłótnię z… Do kurwy, przecież Esja nawet nie była kochanką, na
próżno też było w tej sytuacji szukać w myślach odpowiedniego określenia dla
jej pozycji. Upadła świętość? Skalana niewinność?
Pomimo naglących wyraźnie wieści, w
kącikach ust pojawił się kpiący uśmiech. Był tam tylko chwilę, kiedy zerkałem
przelotnie na kapłankę.
— Od głównodowodzącego, jest raport z
ich obozu oraz odpowiedź na wasz raport, oficerze. Wszystkie dokumenty są w
głównym namiocie, Eliah również powinien tam już na pana czekać. — Mężczyzna
ponownie skłonił się krótko. A później zawahał na sekundę. — Są też listy ze
stolicy, oficerze.
Wszystkie moje mięśnie zesztywniały,
kiedy przeniosłem spojrzenie na oczy posłańca. Z twarzy zniknęło rozbawienie. Z
umysłu zniknęły wszystkie myśli. Tylko jedna, ta, która leżała w głębi
zahibernowana dudniła głośno, odtwarzana bez przerwy, na okrągło. Stolica.
Stolica. Stolica.
Zabiorą ją.
Nie!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz