wtorek, 24 lipca 2018

CCXLI



       Tealvash potrafił sprawić, że dookoła atmosfera gęstniała, na plecach pojawiały się ciarki, oddech stawał się płytszy, serce nie tak spokojne. W zasadzie nie musiał robić wiele, aby to osiągnąć. Po prostu był. Miał taka władzę i korzystał z niej, jak ją osiągnął, tego nie wiem i najpewniej niedane będzie mi się dowiedzieć. Gdybym znała tylko tą stronę, pewnie nigdy bym się do niego nie zbliżyła. Bałabym się jedynie, mam tu na myśli, że nawet teraz się boję. Strach nigdy nie minie, bo byłoby to głupotą na którą nie mogę sobie pozwolić. Tylko, że nie jest to jedynym uczuciem, jakie z nim jest związane. Za późno na to. Pokazał mi zbyt wiele swoich odsłon, abym teraz miała o tym zapomnieć. Beztroskę, jak podczas zabawy w obozie, kiedy piliśmy piwo i oglądaliśmy tancerki. Determinację, gdy trenował ze mną, późnymi porami. Swobodę, kiedy razem, konno pędziliśmy przez las. Namiętność, o której lepiej teraz nie myśleć, bo zrobiłabym się czerwona. Ale przede wszystkim przywiązanie, opiekuńczość, odwagę, gdy był gotowy sam ryzykować, byleby mnie nie stracić. Bez wątpienia, nie pozwolę ci siebie odtrącić, nie po tym wszystkim, co już się między nami stało. 
       Złapałam się w sidła jego spojrzenia, rozchylając nieco wargi. Jak zwykle nie było mowy o odwróceniu wzroku, a przynajmniej nie dopóki on mi na to nie pozwoli. Zmarszczyłam delikatnie czoło, unosząc brwi, jakby przyznając się do tego, że nie wiem jeszcze dokładnie co ma na myśli. 
       Wyłapując kolejne słowa, składając je w sens wypowiedzi poczułam, jak rodzi się we mnie coś podobnego do wstydu. Trochę jak u dziecka, które starsza osoba karci za tak oczywistą życiową prawdę, wbrew której chwilę temu postąpił. Zdałam sobie sprawę, że ma rację, oczywiście, że ma, a mimo to wolałabym tego nie słyszeć, nie zostać przyłapana tak dosadnie na swoim małym tchórzostwie, bo jak sam zauważył, nie chciałam się naprzykrzać. Nie wiem, co miałam na celu. Może pokazanie, że mi zależy, żeby wiedział, ale wycofanie się po to, by rozumiał, że nie oczekuję od niego tego samego? Wydawało mi się to odpowiednim podejściem, jedynym rozsądnym, jedynym do jakiego miałam prawo, bo kim byłam, aby oczekiwać po nim czegokolwiek? Chciałabym móc wymagać, ale nie mogłam, to był tragizm naszej relacji, przynajmniej z mojego punktu widzenia. 
       Drgnęłam delikatnie, gdy spłynął na mnie jego rozkaz. Zęby naturalnie naszły na dolną wargę, a głowa kiwnęła się szybko w przód, jakbym w ten sposób miała dać mu do zrozumienia, że przyjęłam jego rozkaz do wiadomości. Było to śmieszne, bo nie byłam jego żołnierzem. Kiedyś nawet chciałam nim być, ale sam dał mi do zrozumienia, że to niemożliwe, no a teraz? Wydawał rozkazy mimo to, a ja je przyjmowałam... przynajmniej w obecnej sytuacji. 
       Mimo wszystko, w całym tym jego wykładzie odnalazłam coś, co mi się spodobało. Jakąś cichą myśl, że udało mi się coś osiągnąć i cokolwiek to jest, konsekwencje nie będą tragiczne, ani bolesne. Chociaż nie powiedział wprost, sprawiło mi to być może niepoprawną przyjemność, przez co musiałam powstrzymać uśmiech, jaki chciał się teraz pojawić na mojej twarzy, bo uznałam, że byłby nieodpowiedni. Nie mniej jednak, moje oczy rozświetliły się znacząco, byłam pewna, że tego nie zdołałam już ukryć. 
       Niedane mi było powiedzieć już czegokolwiek. Słyszałam, że ktoś do nas zmierza, ale zza rosłego mężczyzny nie widziałam nic. Nawet bez zbroi był ode mnie szerszy, o różnicy we wzroście już nie wspomnę, więc musiałabym zrobić spory krok do boku, by zobaczyć kto idzie. Na całe szczęście Nevan obrócił się, a tym samym ja mogłam po chwili wychylić się na tyle, by dostrzec wyraźnie zmęczonego mężczyznę. Skrzywiłam się, naturalnie czując wzbierającą we mnie ciekawość. 
       Chociaż jak sam przyznał, nie było o mnie najmniejszej wzmianki, w głowie zdążyłam już uznać, że brak zakazu bliski jest zaproszeniu. Tealvash z miejsca stał się przerażającą i potężną wersją siebie, więc i mnie łatwiej było stanąć prosto, dumnie, jak przystało na kapłankę, a nie młodą dziewczynę, która żałowała, że ktoś przerwał jej chwile sam na sam z oficerem. Humor miałam jednak całkiem dobry, niczego nieświadoma uśmiechając się delikatnie do posłańca, chcąc dodać mu tym samym otuchy, bo pamiętałam czasy, kiedy stojąc przed Nevanem sama zapominałam języka w ustach. Wszystko to uległo zmianie na chwilę po tym, jak posłaniec zamilkł. Chwilę, bo od razu nie zrozumiałam, nie połączyłam faktów, nie przejęłam się wcale, jakby nic z takich wieści miało mnie nie dotyczyć. Byłam na tyle głupia, by w ostatnich dniach w ogóle zapomnieć o tym, że to nie jest moje miejsce, mój dom, a Nevan... Nevan nie jest mężczyzną, który miał do mnie prawo. 
       Z miejsca zapiekła mnie obręcz, sparzyła wręcz skórę na szyi, uderzając we mnie falą gorąca. Z twarzy musiała odpłynąć mi cała krew, widok przed oczami stracił ostrość. Suchość na języku zaatakowała nagle i była niesamowicie nieznośna. 
       - Listy ze stolicy - musiałam to powiedzieć, ale nie byłam tego świadoma do momentu, w którym nie dotarł do mnie mój własny głos. Taki pusty, pozbawiony wyrazu, idealnie pasujący do wzroku, który w coś wlepiałam, chociaż nie widziałam przed oczami nic. - Czego dotyczą? - zebrałam się w sobie, skupiłam na tym, aby dostrzec twarz posłańca, którego wyraźnie zaskoczyło moje pytanie. Zerknął na Nevana, a potem skłonił głowę. 
       - Nie mam pewności pani, nie zdradzono mi szczegółów - powiedział powoli, bardzo asekuracyjnie. 
       - Kłamiesz - to znów był mój głos i podobnie, jak wcześniej, zaskoczył mnie. 
       - Mogę jedynie się domyślać, najświętsza - tym razem przemawiał przez niego ogrom pokory. Przełknęłam ślinę, nie wiedząc czy ustoję na nogach, jeśli zaraz nie muszę ich do ruchu. Musiałam iść, musiałam. 
       - Nieważne, chodźmy oficerze, pozwolę sobie, z uwagi na twój stan zdrowia towarzyszyć ci - powiedziałam spokojnie nawet na niego nie patrząc. Bałam się... bardzo się bałam, że gdybym teraz miała spojrzeć na jego twarz, moja własna przestałaby być już tak obojętna. Popękałaby odkrywając uczucia, jakich nie wolno mi było pokazać przy ludziach. 
       Ruszyłam z miejsca, nie wiedząc nawet, czy oficer ma coś przeciwko mojej obecności, czy też nie, ale przy posłańcu chyba nie wypadało się sprzeczać, prawda? Doszliśmy z nim do obozu, a następnie Tealvash go oddelegował. Nie chciałam się zatrzymywać, dawać mu czasu na ewentualne odesłanie mnie, bądź coś do tego podobnego, ale ostatecznie musiałam się odezwać, musiałam oderwać od najgorszych myśli, powiedzieć cokolwiek, albo mieć pewność, że zaraz mnie z tym wszystkim nie zostawi samej. 
       - Chcę wziąć udział w spotkaniu - powiedziałam nagle, aby rozwiać wszelkie wątpliwości. Miałam brzmieć zdecydowanie, przemycić do głosu jedynie determinację, ale nie wyszło tak pięknie, nie kiedy znowu byliśmy na moment we dwoje. Wtedy tak trudno było utrzymać na wodzy tą błagalną nutę, tą rozpaczliwą prośbę. Nie potrafiłam już unikać jego spojrzenia. W czasie powrotu naprawdę musiałam zmęczyć się, jak po solidnym przygrzaniu przez słońce. - Jeśli to mnie dotyczy, mam do tego prawo. Mam prawo tam być, nie chcę czekać, bo oszaleję - dodałam, czując, że obejmuje mnie panika, chociaż jeszcze nie na tyle silna, by ktoś postronny miał ją zauważyć. To jak serce mi przyspieszyło, jak nierówny miałam oddech, jak dłonie i nogi mi się trzęsły. 
       - Na bogów, nie chcę wyjeżdżać - wyrwało mi się, cicho, pospiesznie, ale jednak. Przyłożyłam dłoń do ust, biorąc głębszy wdech, próbując siebie dotlenić. Taka była prawda. Nie chciałam zostawiać tego miejsca, nie mieli prawa mnie stąd zabierać, nie mieli prawa zmuszać do wyjazdu. Chciałam, żeby ktoś powiedział, że to nie jest konieczne, żeby Tealvash oznajmił, że ma plan, a ja nie muszę się niczym martwić. Potrzebowałam zapewnienia, że nikt nie będzie moim życiem za mnie sterować. 
       Jednocześnie wiedziałam, że to czcze życzenia. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/