W całym swoim życiu nie spotkałam nikogo, kto potrafił w słowa "z całym szacunkiem" włożyć aż tyle braku szacunku. Tylko on. Może dlatego, że ludzie siłą rzeczy mnie szanowali, on, jeśli to robił, to nie przez tytuł, a teraz, teraz dawał mi dotkliwie do zrozumienia, że to co powiedziałam, powinnam zachować dla siebie. Przecież wiedziałam, że tak będzie, miałam tego świadomość, żal nie był na miejscu, a mimo to napłyną naturalnie do mojej głowy. Już wiedziałam, że żarty się skończyły, bo Tealvash może żartować ze wszystkiego, ze swoich ludzi, z monarchów, ze mnie, a nawet z bogów, jednak z niego... z niego się nie żartuje. Dość okrutna niesprawiedliwość, jak i to, że zamiast złości na nią, poczułam raczej wyrzuty sumienia. Przecież to nie było normalne podejście, powinien wiedzieć, że to jedynie dogryzanie, że nie szukam jego słabości, nie planuję ich wykorzystać, czy och na bogów, ośmieszyć go. Powinien znać moje intencje, dlaczego więc czułam w tej chwili, że to niemożliwe, bo Nevan mi nie ufa? Nawet teraz przyłapywałam się na tym, że są pytania, które zadane nie spotkałyby się z odpowiedzią. Ukrywał przede mną wiele i chyba do tej chwili udawałam, że mnie to nie boli. Mówiłam sobie, że nie mam prawa oczekiwać od niego prawdy, jeśli sam nie będzie chciał jej powiedzieć, podczas gdy on i jego mania sprawowania kontroli zawsze jasno pokazywały, iż nic się przed nim nie ukryje. Dlaczego nie mogło to działać w dwie strony? Dlaczego między nami praktycznie nic w nie nie działało?
Z jego słów dało się wywnioskować, jak personalnie odebrał mój przytyk. Skrzywiłam się lekko, patrzyłam na jego twarz i zdałam sobie sprawę, że być może tu nie chodziło o robienie z niego żartów, o obrażoną dumę. Czy on... bał się? Że ludzie przestaną go słuchać, lękać się jego osoby, jeśli dostrzegą najmniejszą choćby słabość? Przecież to co mówił było dla mnie oczywiste, wiedziałam, że się od niego nie odwrócą na moją korzyść, a jednak Nevan skupił się na tym, jakby chciał mi dać do zrozumienia, że niezależnie od ostatnich dni, wojsko zawsze będzie mu posłuszne. Pytanie tylko... czy mówił to do mnie, czy może do siebie?
Zapanowała między nami cisza, jednak w mojej głowie rozszalało się tornado myśli, których nie planowałam na ten wspólny spacer. Nagle uderzyła mnie myśl, że należało się w ogóle nie odzywać, powstrzymać od wszelkich komentarzy, bo już łatwiejszy był temat moich braków w kwestiach damsko-męskich, a ten Tealvasha przestał całkowicie interesować. Cała lekkość naszego towarzystwa prysnęła, wytrąciła się gdzieś po drodze i teraz byliśmy dwójką ludzi spacerujących koło siebie, ale czy można powiedzieć, że spacerowaliśmy razem? Niemalże czułam, jak wznosi dookoła siebie mury i bolał mnie każdy kamień, którym się ode mnie odgradzał.
Kolejne jego słowa poniekąd potwierdziły moje przypuszczenia. Czy aż tak zależało mu na tym, aby ludzie się go bali? Każde słowo, jakie wypowiadał uderzało we mnie silniej, a ja próbowałam po prostu to sobie poukładać i wyciszyć lęk, jaki budził się w bogobojnej osobie, kiedy ktoś przy nim tak otwarcie oczerniał bóstwa. To śmieszne, że nie ufał mi w kwestii własnej osoby, ale obrażać nasze wierzenia mógł bez problemu. Tym bardziej, że jestem kapłanką, powinien się lękać właśnie tego, ale wówczas... wówczas musiałaby być w nim jakaś bojaźń do sił wyższych, a w nim nigdy jej nie było.
Szliśmy dalej, ale mimo wielkiej sympatii do koni, nie zwracałam teraz na nie żadnej uwagi, nie chciałam, aby cokolwiek, co działo się w tej chwili z mężczyzną mi umknęło. Nawet jeśli jednocześnie przerażała mnie scena, jaka rozgrywa się na moich oczach, ogrom żalu, jaki ukryty był w tych słowach. Czy swoim przytykiem, odrobiną złośliwości otworzyłam drzwi, jakie on z trudem trzymał zamknięte? Miałam wrażenie, że widzę, jak wypływa z niego zła energia, jak się roznosi, jak dookoła niego panuje ciemność, chociaż słońce grzało wszystko, jak okiem sięgnąć.
Zatrzymałam się, a chociaż spojrzenie, jakie mi poświęcił było już wspomnieniem, to teraz, mając przed oczami oddalający się tył sylwetki mężczyzny, nadal zdawałam się widzieć jego czerwone oczy. Próbowałam zrozumieć, co sama czuję. On z łatwością nazwał swoje emocje, ale ja taka nie byłam. We mnie była czystość, zrozumienie, spokój, harmonia. Dlaczego więc tak się teraz we mnie gotowało? Dlaczego znów mnie nazwał księżniczką, ale bez cienie żartobliwego tonu? Dlaczego siebie nazwał w tej samej wypowiedzi skurwysynem? Same pytania, zawsze zostawałam z pytaniami.
Zamrugałam kilka razy, przetarłam po tym palcami oczy, aż przed nimi zobaczyłam czarne plamki, a potem ruszyłam szybciej. Trzeszczący pod stopami piach jasno dawał mu do zrozumienia, że się do niego zbliżam, nie próbowałam go zaskoczyć, bo też przywykłam do tego, że nigdy mi się to nie uda. Po prostu wyminęłam go i zamaszyście zatrzymałam się przed nim, przez co i on musiał przystanąć na raz, bo inaczej zderzylibyśmy się bez wątpienia.
Nie wiem, czy był zaskoczony, czy może jego twarz nadal nic nie zdradzała, bo napal miałam mroczki przed oczami, a kiedy te opuściły je całkowicie, byłam zbyt przejęta swoimi emocjami, aby analizować jego twarz, którą przecież mógł w mgnieniu oka zaszyfrować tak, abym nic w niej nie ujrzała.
- Nie traktuj mnie tak, jakbym chciała podkopać twoją potęgę - powiedziałam prosto, w formie rozkazującej, na którą prawie nigdy sobie nie pozwalałam. Nie było to moim zabiegiem, wyszło naturalnie, teraz nie zastanawiałam się nad wyszukanymi, patetycznymi słowami, które zwykle prężnie gościły w moich wypowiedziach. - Po co mówisz to wszystko? By wybić mi z głowy chęć zapanowania nad tym, co należy do ciebie? - kontynuowałam, a jako, że z jednej strony zasłaniała nas teraz drewniana ścianka, z drugiej półka kamienna, a za nim, ani wcześniej za sobą nikogo nie widziałam, podniosłam się na palcach i złapałam jego twarz w dłonie. Mimo tego, że wszystko sprawdziłam i tak mój głos nie mógł być szczególnie podniesiony, bezpieczeństwo było najważniejsze. - Spójrz na mnie. Spójrz mi w oczy i zrozum do cholery jasnej, że nie jestem przy tobie ze strachu, ale dlatego, że chcę. Przez ostatnie dni pilnowałam, by jak najmniej osób widziało ciebie w słabym stanie, ale ja sama widziałam wszystko i to niczego nie zmienia, rozumiesz? - wierciłam w nim swoim spojrzeniem, z wymalowaną na twarzy determinacją, która nie zmalała nawet w chwili wypowiadania przekleństwa, co dla mnie było rzadkością. Dopiero po chwili, kiedy adrenalina zaczęła zanikać, moja twarz złagodniała. Ostre rysy wygładziły się, uniosłam brwi, jak w rozczuleniu, rozsuwając lekko wargi, palcami przesuwając powoli i w zasadzie niewiele, po jego polikach. - Jesteś najważniejszym bytem w moim życiu - specjalnie dobrałam tak słowa, ale nie zamierzałam ich dopracowywać. Nawet jeśli mówiąc to poczułam dziwne pieczenia na plecach, chociaż była też szansa, że to jedynie wymysł mojego sumienia. - To się nie zmieni - zakończyłam, opuszczając ręce luźno, wzdłuż ciała. Zrobiłam krok w tył, a potem jeszcze jeden. Odwróciłam głowę w kierunku, w do którego prosto stał Tealvash i tak zwiększyłam nieco niezręczny między nami dystans.
Nabrałam powietrza do płuc, wcześniej widocznie o tym zapomniałam, bo teraz tlen wydawał się być niesamowicie potrzebny. Na moment przymknęłam oczy, jakby świadoma tego, że jak zawsze w przypadku mężczyzny, nie wiem całkowicie, czego powinnam się spodziewać. Jak to odbierze? Zrozumie moje intencje, czy nie? Działałam na ślepo, nie byłam wcale dobra w rozmowach, mimo, że już dużo czasu spędziłam w oddziale. Wiedziałam więc więcej, niż większość kapłanek, które ze świątyni oddaje się prosto w ręce mężów, ale mniej od kobiet, które w moim wieku mają już pokaźną wiedzę na temat świata.
Głowę moją zaprzątała jeszcze jedna kwestia. Bardzo chciałam ją zignorować, uznać za nieistotny tok myślowy, którego przecież oficer nie miał na myśli. To nie było teraz ważną kwestią, powinnam wyciszyć ją natychmiast, ale z każdą sekundą, odkąd skończył mówić, coraz bardziej mnie to pochłaniało, przyciskało do ziemi.
Wlepiłam nieprzytomne spojrzenie w piasek, nie szczególnie zastanawiając się nad tym, na co patrzę. Równie dobrze mógłby z niego teraz wypełznąć skorpion, bądź wąż, a ja nie wychwyciłabym tego, będąc nieco dalej myślami.
- Też jestem człowiekiem z krwi i kości. Też oddaję moim bogom, jak ich nazwałeś, cześć. Powinnam żyć zgodnie z ich zasadami, ale tego nie robię... jestem heretyczką, Nevanie. Najgorsze jest jednak to... - przełknęłam ślinę, przykładając dłoń do czoła, które lekko potarłam. Na mojej twarz wykwitł uśmiech, pozbawiony wesołości. Brew uniosłam nieznacznie. - że teraz, gdy to mówię, martwi mnie jedynie, że na myśl o mnie również mógłbyś czuć zniesmaczenie - zwilżyłam lekko wargi. Zdawało się, że z żartobliwej atmosfery nie zostało już nic.
Zerknęłam na niego, chociaż tak, jak i wcześniej na piasek, tak teraz na jego twarz patrząc, niewiele w niej dostrzegałam. Nagle uderzyło mnie psychiczne zmęczenie, które gdzieś tam, od kilku dni czaiło się z dala ode mnie, a teraz, przez naszą rozmowę rozlało się i nie mogłam już na nie nic poradzić.
- Chyba miałeś rację, oficerze. Słońce musiało mnie przegrzać - powiedziałam spokojnie, jak gdyby nigdy nic, może chcąc mu dać wyjście z tej sytuacji. Powiedzieć, że jeśli miałby mi teraz bezlitośnie potwierdzić moje obawy, to lepiej będzie, jeśli uznamy, że nic nie powiedziałam, bo nie poradzą sobie z taką prawdą, nie od niego. Ja nigdy nie byłam nawet w połowie tak potężna, jak Tealvash i nie było sensu udawać, że jest inaczej. - Może powinniśmy już wracać - dodałam jeszcze.
Nigdy nie widziałam morza. Bardzo chciałabym to zmienić. Nie znałam jego natury na bazie doświadczenia, ale pod względem naukowym wiedziałam, czym jest, jak się zachowuje. Miałam wrażenie, że cokolwiek jest między mną, a Tealvashem, jest właśnie jak morze. Nasze dobre chwile nadchodziły falami, ale nigdy nie zostawały na stałe. Nie było tutaj żadnej pewności, czegoś, co nigdy miałoby nie ulec zmianą. Cyklicznie wszystko się zmieniało, ale nie była to zła myśl. Bo morze się nie zatrzymuje, więc jeśli coś się pogorszyło, to i na polepszenie przyjdzie czas. Ostatecznie... cieszyłam się, że jesteśmy niestałym morzem. Jakże przykro byłoby porównać nas do pustyni, jałowej i niełaskawej?
Teraz jednak... nie chciałam utrzymywać między nami złości, czy smutku. Oczywiście nie leżało to jedynie w mojej gestii, musiałam być wyrozumiała i cierpliwa, a nade wszystko pokazać, że niezależnie od tego, z jakiej strony się pokaże, nie odwrócę się od niego. Byłam tego pewna, jak niczego w moim życiu. Co by się nie działo, zawsze będzie moim jedynym, świadomym wyborem.
O ileż byłoby łatwiej, gdyby i on miał tą pewność.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz