środa, 25 lipca 2018

CCXLII


        Nie, nie, nie…
     Oczywiście.
        To słowo wyrwało się spomiędzy moich warg nieplanowane i nieproszone, cichy szept, który w tornadzie przypominał uderzenie skrzydeł motyla.
        Na szczęście nikt teraz nie zwrócił na nie uwagi, podobnie jak na roztargnienie, które trwało tylko jedną, ulotną chwilę, a później zniknęło, jakby te informacje nie robiły na mnie żadnego spojrzenia. Esja odciągnęła ode mnie skutecznie uwagę posłanego mężczyzny. To dało mi kilka uderzeń serca potrzebnych do tego, żeby zapanować nad sobą. Nad swoim roztrzęsionym sercem, i nad płytkim oddechem, i rozszalałymi myślami.
        Ten jeden raz byłem losowi wdzięczny, że zostałem przeoczony, że nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Szybko przełknąłem ślinę, chociaż budowane wcześniej mury runęły, jakby lodowe skały nagle zalał wulkaniczny wybuch. Wszystko runęło w jednej chwili, ale w drugiej już musiało zostać odbudowane. Bo nie było na to miejsca. Bo ta historia nie będzie mieć szczęśliwego końca i bo szczęście nigdy nie było przeznaczone dla nas. Chłód musiał wrócić na twarz, teraz ozdobiony ostrością wyrazu oczu i ściągniętych brwi, wykrzywionej w grymasie twarzy.
        Bez żadnego słowa między naszą trójką przeszliśmy przez obóz. Musieliśmy wyglądać tak samo, jak codziennie i jak okrutne było to, że ten dzień nigdy nie przejdzie do codzienności. Że ludzie nie dowiedzą się o tym, w czym ugrzęźliśmy na jedynie własne życzenie. Trzymałem wysoko podniesioną głowę i zadarty podbródek, a spojrzenie taksowało wszystko krytycznie, na co tylko padło. Żołnierze czmychali przed tym wzrokiem, kobiety mogły drżeć ze strachu, a rośliny i zwierzęta kulić się u stóp kogoś silniejszego. To wszystko nie miało żadnego znaczenia, bo nie było siły, która pozwoliłaby mi ją tutaj zatrzymać. Ta władza i zwierzchnictwo, ten strach, mrożenie krwi w żyłach innym ludziom niczego nie zmieniało. Ale przynajmniej sprawiało, że czułem się chociaż odrobinę pewniej. Lepiej.
        Zatrzymaliśmy się przed bocznym wejściem do głównego namiotu na moje polecenie, a chociaż posłaniec wyglądał na zdziwionego tą decyzją, nie zadawał pytań. Oddalił się odesłany skinieniem głowy, wydawałoby się, z ulgą na twarzy. Wiedział, że nie dostałby żadnej odpowiedzi na pytanie, dlaczego zamiast wejść reprezentacyjnym wejściem zatrzymaliśmy się w ścisłej uliczce, na której nie było zbyt wielu przechodniów. Może dawało to podstawy, żeby czegoś się domyślić, może nie.
        Przecież to nie miało żadnego znaczenia. Za kilkanaście godzin Esji już tutaj nie będzie.
        Pytanie dziewczyny wyrwało mnie ze stanu odrętwienia, a ściągnięta złością twarz nie zmieniła się ani o cal. Była perfekcyjną maską, tak dobrą i noszoną tak długo, że stała się jedyną prawdziwą wersją mnie.
        — Nie — wyrzuciłem z siebie od razu, głośno i stanowczo, a spojrzenie skupiłem na twarzy dziewczyny. — Nie możesz tam wejść.
        Czy zabranianie jej tego miało jakikolwiek sens? Wiedziałem, że nie. Że i tak pozwolę jej wślizgnąć się za sobą, że nie odeślę jej ani nie rozkażę komuś się nią zająć. Szorstkie słowa sprawiały jednak, że powoli zaczynało mi się udawać odzyskiwać panowanie nad sobą, tak nagle utracone wraz z ostatnim zdaniem wypowiedzianym przez posłańca. Odetchnąłem głęboko i pozwoliłem swoim ramionom opaść bezradnie, rozluźniwszy łopatki i barki.
        Szorstkość wobec niej niczego nie zmienia i niczego nie poprawia. Zerknąłem szybko w bok, do wyjścia z uliczki na niewielkie poszerzenie jednej z głównych dróg obozu, ale nikogo tam nie było. Skróciłem dystans między nami w pół kroku, a później podniosłem jej podbródek, żeby zadarła spojrzenie na moją twarz.
        — W ich świecie nic nigdy nie będzie mogło nas wiązać — zacząłem, a każde słowo było co najmniej tak bolesne, jak zadana pod obojczyk rana. Jak przełykanie cierni, które szarpały gardło. — W ich świecie między nami jest tylko pobożny szacunek, uwielbienie bogów, może jeszcze cud ocalenia ze świątyni, ze zgliszczy, które zostawili po sobie najeźdźcy.
        Mówiłem szybko, ale cicho, a mój głos był jednolity. Za naszymi plecami w namiocie już dało się usłyszeć, że zaczęło się zebranie, ktoś się witał, ktoś nawet zaśmiał luźno. Ale beze mnie nie zaczną, nie mogą.
        Te słowa przywołały wspomnienia zburzonych murów świątyni, a później następne. Spalonych ciał, gnijących zwłok, dopalających się zgliszczy obozu, do którego dotarliśmy za późno. Wspomnienia ciemnej komnaty, pod sklepieniem której pulsowała czarna, ruszająca się chmura kruków krzyczących przeraźliwie. Wspomnienie jasnych oczu pod przysłoną hełmu ze snu i strachu, który w nich się odbijał. Obietnic, które zostały wypowiedziane, ale nigdy nie były możliwe do spełnienia. Słów pełnych zawodu i kolejne wymagania, niczym zbyt wysokie stopnie, na które nie da się wspiąć. Ale cofanie się oznaczało karkołomny skok w przepaść i miałem gorzką świadomość, że tego też nie mogę zrobić.
        — Ale my nie żyjemy w tym świecie. My nigdy nie będziemy dopasowywać się do ich zasad, nikomu nie uda się nas nagiąć do cudzej woli, Esjo — przymknąłem lekko oczy i opuściłem dłoń, którą podtrzymywałem jej twarz. — Nigdy.
        Zanim jej głowa opadła w dół, ustami odnalazłem jej usta. Moje były spierzchnięte i suche, drażniące, jej zaś jakby nigdy nie poddawały się pustynnej suszy; ciepłe i miękkie. Wiedziałem, że ten drobny gest rozbudza we mnie pożądanie, na które teraz nie było miejsca, z drugiej jednak strony być może bez tego ognia nie udałoby mi się odwrócić w końcu przez ramię, być może płachta nie załopotałaby na wietrze, a ja nie wszedłbym do wnętrza, nie podszedł do grubego, drewnianego stołu, na którym piętrzyły się mapy i materiały pisarskie oraz narzędzia do kreślenia i mierzenia odległości terenu.
        — Panowie — skinąłem krótko na mężczyzn, którzy znajdowali się we wnętrzu. Nie musiałem się odwracać, żeby wiedzieć, ze dziewczyna też jest już we wnętrzu. Przemilczałem pytające spojrzenia zebranych. — Zacznijmy od raportu. Eliahu?
        Od razu zauważyłem list. Był jakby jaśniejszy od innych. Jakby mniej zmięty na rogach, a pieczęć, która go lakowała była w kształcie godła rodziny królewskiej, gdzie przyłożył ją bez wątpienia jeden z ich najwyższych piśmienniczych skrybów. Czułem jego obecność i ignorowałem ją z równą upartością, wysłuchując dokładnych, ponad półgodzinnych raportów na stojąco. Wszyscy wiedzieli o mojej ranie i jeszcze utrzymującej się słabości, ale nikt nie zaproponował, żebyśmy usiedli. Spotkanie odbywało się na stojąco. Nikt także nie zapytał, dlaczego kapłanka bierze udział w spotkaniu militarnym, które nie tyle mało, co w ogóle nie dotyczyło jej osoby. Z pełnym wyrazem szacunku i pokory najpierw Eliah, a później kolejni żołnierze odpowiadali na moje pytania i sporządzali notatki z padających w międzyczasie poleceń.
        W namiocie nie było Aelnei. List królewski na pewno przeszedł przez jej palce, ale nieobecność mnie nie martwiła, przynajmniej póki co.
        W końcu wyczerpały się wszystkie naglące tematy. Na stole został list, na który większość zebranych patrzyła z rosnącą konsternacją, ale żaden nie podjął tematu otworzenia go, ja sam zaś unikałem wyraźnego patrzenia w jego stronę. Aż za dobrze znałem wygląd pieczęci królewskiej. Nigdy wcześniej jednak pod żadną z nich nie widniało moje imię i nazwisko. W końcu opadłem na miejsce za biurkiem i potoczyłem zmęczonym – ale raczej usatysfakcjonowanym, spojrzeniem po wnętrzu.
        — Dobrze tu wrócić — zauważyłem tak płasko i neutralnie.
        W przenikliwym spojrzeniu Eliaha pojawiła się dobrze mi znana troska.
        — Wszyscy czują ulgę, że znowu wstałeś — zauważył, po czym skinął lekko zauważalnie głową w stronę kapłanki. — Ale na pewno już o tym wiesz. Przecież właśnie dlatego zdecydowałeś się opuścić namiot, w dodatku w oczywistym towarzystwie najświętszej Esji.
        Zmrużył lekko oczy, na chwilę skupiając się na dziewczynie, a ja użyłem tego momentu, żeby przechylić się przez biurko i złapać nienaturalnie jasną, gładką kopertę w palce. Nie była zimna ani ciepła. Nie poparzyła mnie. Nie sprawiła, że nagle zaczęło grzmieć, że zerwał się wiatr albo niespodziewana burza. Nic się nie stało. Może oczywiście poza tym, co rozgrywało się w moim wnętrzu.
        — Możecie odejść — rzuciłem, nie podnosząc spojrzenia. Przez chwilę trwała cisza. — Nie żartuję. Wynosić się. I niech ktoś pośle po Aelneę.
        — Jestem tu, oficerze.
        Podniosłem puste i wyprane z wyrazu spojrzenie na smukłą sylwetkę, która pojawiła się zza kotary. Zmrużyłem lekko oczy, Eliah odszedł krok na bok, odsuwając się z centrum pomieszczenia. Zacmokałem cicho, obrzucając ją krytycznym spojrzeniem, które ona od razu wychwyciła – podobnie jak obecność jednego, nadprogramowego gościa.
        — Takie zebrania nudzą dobrze urodzone kobiety, Nevanie — rzuciła luźno, zatrzymując spojrzenie na Esji. Może wyzywające. Ale bardziej tajemnicze. Rzadko potrafiłem naprawdę określić, o czym dokładnie myślała ta jasnowłosa kobieta. — Mimo wszystko, jestem gotowa zapisać twoją odpowiedź na list i wyprawić gońca w jak najszybszą drogę powrotną do stolicy. — Zawiesiła głos. Podniosłem lekko lak, ale ten w każdym punkcie mocno przywarł do papieru koperty. — Rozumiem, że sprawa jest nagląca.
        Zanim Aelnea skończyła mówić, namiot znacznie opustoszał. Ona weszła, część żołnierzy od razu wyszło, druga część dopiero, kiedy ich obecność była już nachalnie oczywista. Mimo wszystko jeden z nich nie posłuchał rozkazu. Obróciłem głowę w stronę Eliaha, który stał obok dziewczyny, lekko na uboczu. Może rozmawiali.
        — Możesz wyjść — powtórzyłem znacząco, posyłając mu spojrzenie.
        Ktoś inny by się skulił. Nie on. Znał mnie zbyt dobrze.
        — Tylko, jeśli Esja będzie sobie tego życzyła — odpowiedział spokojnie, robiąc krok w bok, w jej stronę.
        Aelnea z zainteresowaniem – niemal szczerym – przechyliła głowę w bok i chociaż patrzyła na tamtą dwójkę, to pstryknęła ponaglająco palcami, wskazując na trzymany przeze mnie list.
        Moje spojrzenie stwardniało. Nie była to niesubordynacja – przynajmniej nie do końca i nie mógłbym nijak ukarać za to przyjaciela. Wiedział to, być może nawet wykorzystywał. Zamiast jednak czekać na dalszy rozwój wydarzeń, z irytującą niecierpliwością rozdarłem pieczęć, a później wysunąłem list, nie szczycąc się przy tym delikatnością. Białowłosa okrążyła stół, zatrzymała się po mojej prawej stronie i oparła się o blat z głębokim westchnieniem.
        Wzrok przesuwał się po literach, a chociaż mózg rozumiał, co było zapisane w liście, to emocje nagle wyblakły. Wcześniej była chęć buntu, złość i irytacja, może nawet strach?
        Teraz nie było jednak już niczego. Wielka, pusta dziura w miejscu, gdzie u normalnych ludzi znajdowało się serce.
        Nie było niczego, tylko moje nazwisko i imię, które nie należało do mnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/