Ściągnęłam brwi, gotowa tupnąć nogą, ale w ostatniej chwili się powstrzymałam. Nie mógł mi zabronić, nawet jeśli miał w teorii do tego prawo, nie mógł mi tego zrobić! To dotyczyło mnie, a on jeden nie może traktować mnie jak symbolu, który można przestawiać z miejsca na miejsce, jakby kwestia mojej osoby w pierwszej kolejności należała do ludzi znaczących, a dopiero potem do mnie. Sam mnie nauczył wierzyć we własną wartość, więc teraz, teraz mój wzrok musiał w jasny sposób przekazywać, że o ile nie wezwie straży, to wejdę tam, niezależnie od jego zdania. Tylko, że nie potrafiłam patrzeć na niego w ten sposób wystarczająco długo. Za wiele zdążyło się już we mnie zadziać, emocje robiły swoje, mieszane z domysłami i najgorszymi wizjami, które były tak realne, że niemalże już czułam się tak, jakbym była w drodze do Stolicy, w drodze do miejsca, w którym go ze mną nie będzie.
Coś się zmieniło. Wyczułam to, a dopiero potem dotarło do mnie, że dotyka mojej twarzy. Nie teraz, teraz nie chciałam patrzeć mu w oczy, kiedy w moich tak wyraźnie malował się ból. Chciałam prosić, aby nie mówił więcej, ale coś nakazywało mi milczeć. Czekałam, wiedząc, że to co mówi, jest prawdą. Każde słowo było prawdą, a ostateczna konkluzja bolała i niosła ukojenie równocześnie. Otworzyłam szerzej oczy, zaskoczona tą determinacją, swoistą obietnicą. Nic jednak nie zdążyłam odpowiedzieć, bo jego wargi bez problemu odnalazły moje. Nie mieliśmy prawa całować się tutaj, gdzie ktoś mógłby zobaczyć, ale nigdy nie mieliśmy tego prawa, nawet gdy znajdowaliśmy się w bezpiecznym odosobnieniu.
Odpowiedziałam na pocałunek, unosząc się na palcach, by przedłużyć go tym samym jeszcze na moment. Nie było we mnie tak częstego wstydu, jaki towarzyszył w podobnych sytuacjach. Nie zarumieniłam się, bo na to nie było czasu. Chciałam go poczuć, te nieco twarde usta, ale tak sprawne, tak perfekcyjnie napierające na moje własne. Jego oddech, ciepły, ale nie w sposób, który w tym upale miałby być nieprzyjemny. Uwielbiałam tą temperaturę, wszystko, co składało się na tą zbyt krótką chwilę po której się odwrócił i wszedł do namiotu.
Dałam sobie nieco czasu, bardzo mało w zasadzie, na jeden głębszy wdech, uspokojenie się i ruszyłam za nim, ostrożnie wślizgując się do środka, chociaż i tak wiadome było, że moja obecność zostanie zauważona od razu. Nikt jednak nie śmiał jej skomentować, a ja stałam na uboczu, pod materiałową ścianą solidnego namiotu, nieprzytomnie patrząc na stół, słuchając męskich głosów, ale nie skupiając się na nich, tak długo, jak sprawy tyczyły się kwestii wojskowych.
Było mi słabo, a z każdą chwilą tylko się to nasilało. Splotłam ręce za plecami, tylko po to, by móc sobie na przemian wykręcać palce i wbijać paznokcie w skórę, bo to przypominało mi o tym, ze moja twarz nie może zbyt wiele wyrażać. Naprawdę się starałam, ale czy miało to jeszcze jakiś sens? Ignorowanie tego, co nieuniknione? Nie próbowałam modlić się do bogów, proszenie ich o tak krnąbrny cud było grzechem, który mógłby mieć na celu podważenie ich potęgi. W końcu list leżał na stole, nawet bogowie nie mogli go stąd zabrać.
Ocknęłam się dopiero w chwili, w której Nevan opadł na krzesło, a do mnie dotarło, że Eliah o mnie mówi. Skinęła jedynie głową, nie wypowiedziawszy ani jednego słowa, bo też co miałam powiedzieć? Dopiero, kiedy mężczyźni zaczęli wychodzić, a w namiocie pojawiła się jasnowłosa kobieta, stanęłam nieco prościej. Nie lubiłam jej. Łączyło nas kilka rozmów, kilka wspólnych chwil, nawet kilka uprzejmości i rad, zapewne nie chodziło o niechęć. Po prostu jej nie ufałam. Było w niej coś, co budziło we mnie krnąbrność, chęć postawiania się.
- Zaiste, musiałam urodzić się zatem w wyjątkowo nieznaczącej rodzinie - odpowiedziałam spokojnie na jej jawną aluzję, nie pozwalając, by jakiekolwiek emocje wzięły nade mną górę. - Nie jestem znudzona, nie mniej jednak, dziękuję za twą troskę - skinęłam jej grzecznie głową, a nawet uśmiechnęłam się delikatnie, jedynie na chwilę.
Byłam tak skupiona na jasnej kopercie, że nawet nie zauważyłam, kiedy koło mnie zjawił się Eliah. Dopiero jego cichy głos nad moim uchem uświadomił mi, że jest tak blisko.
- Oddychaj Esjo, cała jesteś blada - potrzebowałam chwili, aby zrozumieć co ma na myśli, aby zebrać się w sobie i znaleźć dobrą odpowiedź. Spróbowałam się do niego uśmiechnąć, chociaż przyznaję, że niechętnie odwracała wzrok od koperty.
- Jestem blada odkąd się poznaliśmy - panowałam nad swoim głosem, nie mogłam sobie pozwolić na jakikolwiek błąd, ale równocześnie miałam świadomość, że nie będę w stanie okłamać blondyna. Zaskoczona przeniosłam spojrzenie na Tealvasha, który ponaglił swojego zastępcę. Dotarło do mnie, że najpewniej decyzja należy teraz do mnie, ale głos ugrzązł mi w gardle, jak tylko Nevan sięgnął po list. Wstrzymałam oddech i odruchowo, w chwili, w której pieczęć została złamana wyciągnęłam rękę do boku, uczepiając palce na fragmencie odzienia Eliaha. Niedługo to trwało, bo zaraz miejsce w dłoni zastąpiła ta należąca do mężczyzny. Ścisnął moje palce, a ja odpowiedziałam tym samym, niepokojąc się trwającą ciszą. Czułam, jak grunt usypuje mi się spod nóg, w głowie dudni, a przed oczami wszystko wiruje.
Cała zaczęłam się trząść. Spójrz na mnie Nevanie. Spójrz na mnie. Dlaczego tak patrzysz na ten pergamin? Na bogów, proszę, spójrz na mnie. Oddech mi przyspieszył. Pierwsza poruszyła się Aelnea. Najpierw uniosła brwi, potem uśmiechnęła się w dziwny sposób, odepchnęła od blatu, klasnęła w dłonie.
- Wygląda na to, najświętsza, że możesz przygotowywać się do roli panny młodej, możemy się radować - oznajmiła, a potem otworzyła nieco szerzej oczy. Coś dziwnie świstało. Nie wiem co, ignorowałam to.
- Dzięki bogom... - powiedziałam, próbując się przebić przez to niepokojące świszczenie. Wtedy też nachylił się nade mną Eliah.
- Esjo... spokojnie, to na pewno przez emocje, uspokój oddech - mówił rzeczowo, a do mnie dotarło, co jest źródłem dźwięku. Ja sama. Oddychałam zbyt głośno i szybko, płytko.
- Przepraszam... to cudowna nowina - szeptałam, próbując się odsunąć, wydawało mi się, że idę w stronę wyjścia, ale wszystko się zachwiało, kilka odgłosów, których nie potrafiłam dopasować do ich pochodzenia, a potem straciłam kontakt z podłożem. Namierzyłam wzrokiem Eliaha, który mnie podniósł.
- Oddychaj, jesteś zmęczona i ogrom emocji ciebie przytłacza - mówił do mnie, a może raczej wmawiał mi to. Miał jednak rację, to powinno tak wyglądać. Nie mogłam pokazać, że powodem mojego stanu jest strach, niechęć do opuszczenie Nevana. Pokiwałam lekko głową, na znak, że się zgadzam. - Zaniosę ją do jej namiotu - tego już nie kierował do mnie. W zasadzie nic nie pamiętałam z drugi do mojej kwatery, tylko moment, w którym kład mnie na łóżku, a potem coś powiedział, była Mila, był też on mówił tak dużo.
Patrzyłam jedynie w sufit, nadal nie mogąc dojść do siebie, bałam się. Nie wiedziałam kiedy mnie zabiorą, ile mam czasu, jak to będzie przebiegało. Bardzo się bałam. Było mi gorąco, pociłam się, chciałam równocześnie zostać na posłaniu już na zawsze, jak i wybiec z namiotu i uciec daleko, bardzo daleko.
Febiasz przyszedł jakiś czas temu, jego także nie słuchałam wcale. Nie ich towarzystwa teraz potrzebowałam. Robiłam odruchowo co kazał, ale kiedy przystawił mi czarkę do ust, nakazując się napić, odzyskałam w końcu kontakt z otoczeniem.
- Co to? - zapytałam szybko, ale znałam już odpowiedź.
- Zaśniesz po tym, najświętsza. Emocje męczą twój organizm niepotrzebnie - powiedział ostrożnie a ja odchyliłam głowę, czując, jak serce przyspiesza mi jeszcze bardziej.
- Nie chcę - powiedziałam cicho, kręcąc głową na boki. Medyk się zmarszczył, a Eliah postąpił w naszym kierunku.
- Esjo... - zaczął spokojnie, a ja już wiedziałam, do czego będzie zmierzał.
- Powiedziałam, że nie chcę! - uniosłam głos wytrącając czarkę z ręki medyka, tak, że ta poleciała w powietrzu by zaraz rozbić się o podłoże mojego namiotu. - Wynocha... - jęknęłam. - Zostawcie mnie... zostawcie - nakazałam po chwili.
Spełnili moje rozkazy jeszcze po kilku próbach. Nie mogłam dać się uśpić, nie mogłam zasnąć, stracić chwili. Co jeśli obudziłabym się już daleko stąd? Daleko od Nevana? Nie mogłam na to pozwolić, co by się nie działo, nie wolno mi zasnąć, muszę się uspokoić, pomyśleć o całej tej sytuacji. Wiedziałam, że to nadejdzie, wiedziałam od zawsze, więc dlaczego miałam wrażenie, że moment był najgorszym z możliwych? Nawet jeśli miałam też świadomość, że lepszy nigdy miał nie nadejść.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz