czwartek, 26 lipca 2018

CCXLIV


        Dobrze, że przejęła stery. A może bardzo źle?
        Nie byłem w stanie niczego zrobić, nie mogłem tego podsumować, nie było żadnych słów, które od razu pchałyby mi się na język, jakby ktoś po prostu wypalił te dwa ładnie wykaligrafowane słowa na moich oczach, jakby wytatuował je na tęczówkach. Gdziekolwiek bym nie spojrzał, one tam były, widmo nierzeczywistości tej sytuacji, zawsze widoczne, ale w pewien sposób jeszcze bardziej nieuchwytne. Dlatego pewnie dobrze, że Aelnea była obok, że ona również przeczytała ten list, że zaczęła mówić, a cisza nie trwała niebezpiecznie długo. Nie znaczyło to wcale, że choć jesteśmy w miarę bezpiecznym gronie, nie powinienem się lepiej kontrolować. Ale nie potrafiłem. Wobec tego żartu losu i narastającej bezsilności nie potrafiłem się bronić.
         Z drugiej strony co, jeżeli ona sama domyśliła się już, o co naprawdę chodzi? W pewien sposób ochroniła mnie przed dalszym zdemaskowaniem się, chociażby w oczach swojego zastępcy, któremu jako ostatniemu chciałbym powiedzieć o Esji, ale mimo wszystko… Co jeśli zrobiła to nie po to, żeby mnie ochronić, ale żeby dać znać o tym, że ona wie?
        Uporczywe wpatrywanie się w papier nie sprawiło, że słowa się rozsunęły, że zmienił się ich szyk i przestawił sens zdania, dlatego przerzuciłem spojrzenie na jasną skórę kobiety znaczoną dużą ilością znaków i symboli, charakterystyczną dla niej i osób, które urodziły się w jej rodzinie. Oglądała się za wychodzącymi z namiotu, ale jej sylwetka była pełna napięcia, nawet dłonie zdradzały, że coś jest nie w porządku. Wszystko jednak działo się dookoła mnie, ale czułem się jakbym był tylko widzem, jakbym nie brał naprawdę udziału w tych wydarzeniach, co więcej… Jakby one naprawdę mnie nie dotyczyły. Nie ważne, czym starałbym się zapełnić tą pustkę wewnątrz mnie, w której dudniły kolejne słowa oficjalnego listu, nie było takiej rzeczy, która mogła ją choć odrobinę zaleczyć, zasklepić. Wszystko się przelewało, a próby zatrzymania czegoś wewnątrz spełzały zawsze na niczym.
        W końcu zorientowałem się, że zostaliśmy całkiem sami i że kobieta posyła mi spojrzenie z wyjątkowo brzydkim uśmiechem.
        — O co chodzi? — zapytałem, czując, że teraz ogarnia mnie coś znanego. Zmęczenie. Nadal cały czas jeszcze byłem wyczerpany wielodniową gorączką, tylko że przestałem zwracać na to uwagę.
        — O co? — powtórzyła unosząc brwi i zakładając ramiona na piersi. — Sądzę, że to wyjątkowo fortunny zbieg okoliczności, tak naprawdę — wyjaśniła gładko. Podeszła z powrotem do blatu i ponownie przysiadła na jego krawędzi, tym razem bliżej mnie. Tak, żeby mieć pewność, że nie będę mógł zignorować jej osoby.
        Odłożyłem papier na blat delikatnie, jakby teraz nagle przenosił znacznie większą wartość.
        — Chcesz mnie wyprowadzić z równowagi — zauważyłem zaskakująco spokojnie. — Nie uda ci się, nie dzisiaj.
        Sięgnąłem po pióro i pusty pergamin, nie tak czysty i ładny, wręcz jeden z najbardziej już pomiętych, a później położyłem go przed sobą, po drugiej stronie stołu, przechylając się do tego dosyć mocno nad blatem. Manewr, który w końcu spowodował, że rana zapiekła fantomowym bólem. Postukałem kilkakrotnie palcem w papier i opadłem na oparcie krzesła.
        Dużo myślałem o tej chwili, każdego poranka budziłem się z myślą, że dzisiaj może być właśnie taki dzień, w którym przyjdzie oficjalne, urzędowe pismo. Tyle tylko, że dzisiaj naprawdę przyszło i okazało się, że myślenie o tym momencie wcale mnie na niego nie przygotowało. Dzisiaj ten list naprawdę był, co więcej, był wręcz ponaglający – w jak najbardziej, rzecz jasna, urzędowy sposób. Leżał przede mną, na kopercie i raził w oczy swoją odpychającą jasnością. Dzisiaj naprawdę tu był, a chociaż dałem sobie tyle czasu na oswojenie się z tą myślą, ostatecznie to wcale w niczym nie pomogło.
       — Zawsze posądzasz mnie o najgorsze — zaczęła kobieta, używając przy tym wysokiego, specjalnie modulowanego tonu głosu. Nie zamierzałem dać jej dokończyć.
        Nie zamierzałem dać jej pokazać, że ta rozmowa jeszcze sprawia, że trzymam się na powierzchni, chociaż wolałbym utonąć.
        — Zawsze dajesz mi powody, żeby cię o to posądzać. Nie kłam. Chcesz sprawdzić, co to oznacza, chcesz wybadać grunt i sprawdzić go pod tezę, którą sobie stworzyłaś.
        — Jeśli tak to przedstawiasz…
        Polityczne gierki. Nigdy nie byłem w tym kurestwie zbyt dobry. Zacisnąłem zęby.
        — Umiesz rozmawiać szczerze, bez tego zasranego kręcenia? Jesteśmy w wojsku, rozmawiajmy jak wojskowi ludzie, a kiedy przeniesiemy się do zamku królewskiego będziemy mogli prowadzić twoją grę — uciąłem, ponownie przechylając się w przód. Oparłem łokcie na blacie i patrzyłem na nią intensywnie. Chciałem… Chciałem tylko oderwania myśli. Chciałem czegoś, co wypełni pustkę.
        Złość była lepsza od tej nicości.
        — Umiem, Nevanie — cmoknęła, jakby zupełnie nie urażona tonem mojego głosu. Też przechyliła się do przodu i zniżyła głos. — Tylko to o wiele nudniejsze, to twoje przerzucanie się szczerymi faktami. Ale mając na uwadze dobro tej rozmowy, a zwłaszcza jej konsekwencje, zniżę ją do twojego poziomu. Tealvashowie to dobry ród, dlaczego dziwi cię to, że stać ich na kapłankę w rodzinie? — ironia w jej głosie była nieznośna, ale fakt szczery. Obydwoje o tym wiedzieliśmy. To, że mówiła o mojej rodzinie w liczbie trzeciej, jakbym się sam do niej nie zaliczał również miało swój urok. — Aha! Oczywiście, że wiedziałeś, że ma być kapłanka. Co więcej, dam głowę, że nigdy nie zainteresowałeś się, z jakiej świątyni będzie pochodziła żona twojego brata. Uważałeś, że jesteś ponad to, że skoro odrzuciłeś ten los, który dla ciebie przygotowali rodzice, to nigdy nie będzie cię to już dotyczyło. I proszę. Myliłeś się. Nie miałeś nawet pojęcia, jak bardzo się myliłeś.
        Coś, co chwyciło mnie za gardło zaczynało rosnąć. Panika? Wściekłość? Przełknąłem ślinę i powstrzymałem chęć uniesienia dłoni do gardła w celu sprawdzenia, czy nie ma w nim ogromnej dziury, przez którą wpada powietrze. Moja twarz nie zdradziła żadnego wyrazu, ale jej słowa docierały do mnie z opóźnionym sensem.
        Tak dużo wiedziała. Sam dałem jej tą władzę nad sobą. I znała mnie za dobrze. Widziała za wiele. Musiała też już wiedzieć o Esji, choć o to mogłem być spokojny. Ona jedna nigdy nie mogła mnie wydać. Miała być lojalna wobec mnie już na zawsze, a fakt, że stoi w szachowej pozycji był cierniem w jej boku, którego nie mogła się pozbyć.
        — Nie masz pojęcia, o czym mówisz — powiedziałem w końcu, po dłuższej chwili ciężkiego milczenia. A zaraz po tych słowach moje gardło opuścił śmiech. Chrapliwy, straszny śmiech, w którym nie było żadnego rozbawienia. — Nie masz pojęcia… Nie było cię tam.
        Głos załamał mi się na ostatniej sylabie. W połączeniu ze spojrzeniem, które jej posłałem był to widok na tyle niespotykany, że na pięknej twarzy Aelnei odbiło się zaskoczenie. I żal. Cholerny, przeklęty żal, był tam kilka sekund i zniknął, ale nadal go widziałem w każdym odbiciu na jej twarzy, tak samo, jak nadal widziałem imię swojego brata na pergaminie.
        — Napisz odpowiedź. Dodaj, że będę ją eskortował osobiście.
        Kobieta wciągnęła powietrze w płuca ze świstem i w atmosferze w namiocie ponownie wszystko zupełnie się zmieniło.
        — Ty naprawdę straciłeś zmysły — szepnęła cicho, bez rozbawienia i bez ironii.
        — A co to miało znaczyć?
        Szybko pokręciła głową, jakby odganiała natarczywego owada. Ściągnąłem twarz w wyrazie złości. Poza tą emocją… Nie mogłem na nic innego liczyć. Aelnea nagle wyglądała zupełnie inaczej. Zniknęła jej zawsze dominująca i przytłaczająca pewność siebie, została jedynie zmęczona, młoda dziewczyna o udręczonej twarzy. Ta zmiana wypchnęła wcześniejszą złość  zastąpiła ją szokiem. Oboje pozwoliliśmy się dać przyłapać temu drugiemu bez gardy. Cisza trwała długo.
        — Aelneo…
        — Nie odzywaj się.
        — Jestem ranny, pamiętasz? W obecnym stanie i tak nie mogę pełnić służby. Napisz, że jadę do stolicy, żeby przekazać ją osobiście w ręce męża.
        — Jesteś głupi.
        — Ranny — poprawiłem z naciskiem.
        — Właśnie w tym rzecz! — Uderzyła dłońmi o blat, aż drewno zatrzeszczało. Siła uderzenia i impet tego gestu sprawił, że szerzej otworzyłem oczy. Ona nigdy nie pokazywała po sobie złości. Nigdy nie uciekała się do wykorzystania swoich słabości do osiągnięcia celu. — Jak ranne zwierzę, które już oberwało zatrutą strzałą, ale i tak próbuje biec przed siebie, uciekać przed hartami, które siedzą tuż za nim, na jego ogonie! To jest ostatni idiotyzm, a ty jesteś jak ślepiec, który próbuje tłumaczyć innym, jak wyglądają kolory.
        Ale ja za to znałem ją dobrze. Wiedziałem, że jest skrzywdzona, że buduje swoją potęgę i pozycję na swojej niezłomności, ale ja widziałem jej słabą stronę. Znałem ją lepiej, niż jej własny, pieprzony małżonek, który kopnąłby ją w dupę, gdyby tylko dowiedział się, jak bardzo ta kobieta go oszukuje. Teraz jednak miałem wrażenie, że delikatna linia została nagięta. Że pękła pod ciągłym naporem, a w nicości, która mną ogarnęła po przeczytaniu listu zmieści się ogromna ilość palącej wściekłości. Czułem, jak wypełnia mnie prawdziwa złość. Taka, która prowadzi do wybuchu. To wszystko trwało zaledwie kilka sekund.
        DOSYĆ! — ryknąłem, podnosząc się energicznie do pionu i nachylając nad nią na blatem. Krzesło uderzyło z trzaskiem o ziemię, ale ja nie dbałem w tej chwili o to, że ktoś przechodzący obok z łatwością mógł nas usłyszeć. Nie dbając o to, co będą później mówić o mnie za moimi plecami. — Nie potrzebuję cię do tego, żebyś mi to mówiła! Masz tylko pisać te kurewskie listy! — zagrzmiałem, a fale tej nowej, zintensyfikowanej złości zapieniły się białymi grzywami.
        Czułem, jak cała moja frustracja znajduje ujście, to nakierowane na białowłosą kobietę, jak dopomina się, żeby puścić jej wodze zupełnie, żeby stracić nad sobą panowanie. Żeby zrobić jej krzywdę. Nie mogła zdawać sobie sprawy z tych myśli, bo siedziała nadal w tym samym miejscu, naprzeciwko mnie, sztywno wyprostowana, ze spojrzeniem początkowo utkwionym gdzieś na stole, a później przeniesionym prosto na moje oczy. Bała się i tak dobrze to ukrywała, czy strach jej był teraz obcy?
        — A jednak właśnie ja tutaj siedzę. Chciałeś rozmawiać jak żołnierz. Chciałeś szczerości, więc oto ona — wyrzuciła z siebie stanowczo ciszej, nabierając przy tym ze świstem powietrza do płuc. — Nie masz pojęcia, w co się pakujesz. Biegniesz za czymś, co jest ułudą szczęścia, co jest jego odbiciem na powierzchni wody. I będziesz przez to cierpiał.
        Jej słowa i jej postawa… Sprawiły, że ujście mojej frustracji zostało gwałtownie zamknięte. Nie dała mi czasu, żebym zrozumiał te słowa, chwyciła pergamin i list, po czym sama podniosła się do pionu.
        — A teraz wybacz, idę napisać kurewski list do stolicy — rzuciła, przybierając wyraz swojej normalnej, chłodnej i zaczepnej wyższości. A jednak wydawała mi się bardziej odległa, niż kiedykolwiek wcześniej.
        Zatrzymała się dopiero przy wyjściu z namiotu.
        — Mówiłeś, że nie dam rady cię zdenerwować. Ale zobacz, co ta dziewczyna z tobą zrobiła.
        Zniknęła, ale jej słowa zostały w powietrzu, jak wycelowane sztylety, które ktoś zatrzymał w czasie. Tuż obok mojej szyi, dotykające mojej skóry, a każdy ruch wydawał się być niebezpieczny.
        Nie zauważyłem nawet, jak szybki i jak urywany jest mój oddech.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/