czwartek, 12 lipca 2018

CCXXXIV


        Jedyną reakcją na to ledwo wydukane słowo było uniesienie brwi, ale nawet bez tego wiedziałem już, że coś jest na rzeczy, choć wcześniej strzelałem raczej na ślepo, to obecnie dziewczyna sama jak na dłoni podała mi moje wątpliwości owinięte w ozdobny papirus. Nie musiałem o nic pytać ani nawet poruszyć się, żeby dać wyraz swoim wątpliwościom, co więcej, nie zamierzałem tego robić. Stałem spokojnie, obserwując jasne oczy, które skakały z obiektu na obiekt, jakby nic nie było wystarczająco zadowalające, żeby na dłużej zawiesić na tym wzrok. Była cała czerwona, co więcej… Naprawdę fatalna w zatajaniu prawdy. Co prawda do myśli, że powinienem nauczyć ją chociaż odrobinę lepiej kłamać podchodziłem niechętnie – ale z drugiej strony dostała już przez czas pobytu w obozie dość oręża, które równie dobrze mogła użyć przeciwko mnie, więc kolejne nie przechylało wagi szali na żadną ze stron.
        W zmieniającej się niczym w kalejdoskopie gamie emocji pojawiających się i znikających z postawy kapłanki już dawno zdążyłem się zgubić. Z pewnością coś było na rzeczy, ale w plątaninie gestów, słów i wyrazów twarzy ciężko było się połapać. Sprytna metoda, chociaż nie byłem pewny, czy zupełnie przez nią zamierzona. Zmroziło mnie, kiedy po fali śmiechów i uśmieszków, szeroko otwartych oczu i uciekania spojrzeniem padły kolejne pytania. Tym razem byłem pewny tego, że to swoista ucieczka od wcześniejszego tematu. Wszystkie te uśmiechy docierały do mnie niczym rozszalałe morze do falochronu, rozbijały się o niego i spadały z powrotem do morza. Wyraz mojej twarzy, poniekąd nawet surowy, nie zmienił się nawet na chwilę, co samo w sobie mogło być już niepokojące. Uniosłem dłoń zdrowej ręki na biodro i przeniosłem lekko ciężar ciała na drugą nogę, już dawno nie rozglądając się po okolicy i nie obserwując, czy ktoś się do nas nie zbliża. Jakby nie patrzeć, nadal byliśmy blisko namiotów.
        Przebudziło się wewnątrz mnie to stare, bardzo znajome zwierzę, które pragnie mieć nad wszystkim i wszystkimi kontrolę i w momencie, kiedy Esja odwróciła się gotowa do odejścia odchrząknąłem cicho. Może po to, żeby dać jej kilka sekund niesprawiedliwych forów.
        — Nie tak prędko — rzuciłem cicho, po czym w jednym, miękkim kroku znalazłem się przy niej. Pamiętałem, że moje ciało jest osłabione, ale ten manewr, choć szybki, nie był bardzo wymagający. Nie czułem żadnego nagłego bólu promieniującego od ramienia. — Jeszcze tutaj nie skończyliśmy — syknąłem tuż ponad jej ramieniem, a dłoń już w tym momencie była zaciśnięta na jej ramieniu.
        W powietrzu od tego gwałtownego ruchu zawirowały poły ubrań, a wprawione w ruch podmuchem wiatru włosy rozsypały się dookoła w powietrzu. Gdyby ktoś nas teraz obserwował, mógłby z łatwością założyć, że wiatr, który poderwał się nagle zatrzymał nas na ułamek sekundy w tańcu, którego nikt z zewnątrz nie mógłby pojąć. Widzieliby wysoką, nieco skuloną, ciemną sylwetkę i niższą, nieskazitelnie białą, nad którą tamta druga góruje. Widzieliby piękny kontrast barw malujących się w pustynnym krajobrazie, którym formę nadawał podmuch wiatru, ale nie mogliby tego zrozumieć. Ja też nie rozumiałem. Nie dałem sobie nawet tej chwili na zastanowienie się. To był odruch, coś znajomego, chęć poznania jakiejś prawdy, niezależnie jak małej czy nieistotnej. A może coś jeszcze głębszego. Może chęć udowodnienia sobie, że niczego nie straciłem przez te ostatnie dni? Że powtarzające się wizje i koszmary, które zabierały mnie do dzieciństwa, do rodzinnej posiadłości nie sprawiły, że coś się zmieniło.
          Zaciśniętą na ramieniu dziewczyny dłonią powstrzymałem ją przed niekontrolowanym upadkiem, kiedy bez uprzedzenia kolanem podciąłem jej nogi. Ruch był tak płynny i tak precyzyjnie kontrolowany, że faktycznie mógł uchodzić za figurę taneczną. Nie temu jednak służył. Pochyliłem się pilnując, żeby kolanami nie uderzyła o twardą ziemię. Drugą dłonią lekko złapałem ją za przeciwne ramię, niezbyt silnie, bo odezwała się bólem. Kapłanka zawisnęła kilka centymetrów nad ziemią dosłownie na jedno uderzenie serca, a później pozwoliłem jej opaść na kolana, pochylony nad nią za jej plecami niczym kat, który za chwilę wyda ostateczny wyrok. Stałem na szeroko rozstawionych nogach tuż za nią, zmuszając do tego, żeby i ona pochyliła się w przód.
        — Faktycznie, zginają się jak należy — zauważyłem bezczelnie, przechylając głowę tuż przy jej uchu w jej stronę i obrzucając spojrzeniem jej twarz. Klęczała przede mną. Było w tym coś chorze satysfakcjonującego. — Nie chciałem odbierać sobie przyjemności sprawdzenia, czy aby na pewno tak jest. A więc rozmawiałaś z Milą o kolanach, prawda? — zapytałem, zniżając głos do szeptu i nadal trzymając ją tak, żeby musiała zostać na kolanach. Napawałem się tą chwilą zaskakująco krótko. Czułem doskonale, że moje ciało buntuje się przeciwko takim niespodziewanym ruchom, jak mięśnie napinają się boleśnie zwłaszcza nad obojczykiem; głupim posunięciem byłoby otworzenie teraz świeżej rany, nad którą medycy tak się napracowali.
        Puściłem ją i obszedłem w dwóch krokach klęczącą sylwetkę Esji, a później kucnąłem przed nią i zmusiłem do uniesienia spojrzenia. Coś niebezpiecznego kryło się w jej oczach, coś, co wcześniej przykryła najprawdopodobniej gruba warstwa wstydu.
        — Głupia — prychnąłem cicho i po raz pierwszy od opuszczenia namiotu na mojej twarzy pojawił się delikatny uśmiech. Głos również nie miał już  tej zatrważającej nuty ostrości i srogości. — Nie sądziłem, że tak bardzo się tym przejmiesz, skądinąd bardzo to ciekawe, że zapytałaś się służki o znaczenie moich słów — I ciekawe, jaką minę miała, kiedy tamta odpowiadała jej na pytania, dodałem w myślach, uśmiechając się nieco bardziej konspiracyjnie i prześmiewczo. — Poza tym nie każę ci zdzierać kolan na niczym innym, niż na modłach — rzuciłem swobodnie, zadzierając lekko głowę tak, żeby spojrzeć na nią z namysłem spod przymkniętych niebezpiecznie powiek. — Przynajmniej na razie nie.
        Po tych słowach podniosłem się, prostując nogi i pomogłem jej także wstać. Dopiero teraz dyskretnie rozejrzałem się dookoła, nikt jednak nie kierował ku nas ciekawskich wspomnień. Mimo wszystko, to było dosyć lekkomyślne posunięcie z mojej strony. Pochyliłem się, żeby otrzepać dół jej sukni z kurzu, ale spojrzenia nie odwracałem od jej twarzy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/