Jedyną reakcją na to ledwo wydukane
słowo było uniesienie brwi, ale nawet bez tego wiedziałem już, że coś jest na
rzeczy, choć wcześniej strzelałem raczej na ślepo, to obecnie dziewczyna sama
jak na dłoni podała mi moje wątpliwości owinięte w ozdobny papirus. Nie
musiałem o nic pytać ani nawet poruszyć się, żeby dać wyraz swoim
wątpliwościom, co więcej, nie zamierzałem tego robić. Stałem spokojnie,
obserwując jasne oczy, które skakały z obiektu na obiekt, jakby nic nie było
wystarczająco zadowalające, żeby na dłużej zawiesić na tym wzrok. Była cała
czerwona, co więcej… Naprawdę fatalna w zatajaniu prawdy. Co prawda do myśli,
że powinienem nauczyć ją chociaż odrobinę lepiej kłamać podchodziłem niechętnie
– ale z drugiej strony dostała już przez czas pobytu w obozie dość oręża, które
równie dobrze mogła użyć przeciwko mnie, więc kolejne nie przechylało wagi
szali na żadną ze stron.
W zmieniającej się niczym w kalejdoskopie
gamie emocji pojawiających się i znikających z postawy kapłanki już dawno
zdążyłem się zgubić. Z pewnością coś było na rzeczy, ale w plątaninie gestów,
słów i wyrazów twarzy ciężko było się połapać. Sprytna metoda, chociaż nie
byłem pewny, czy zupełnie przez nią zamierzona. Zmroziło mnie, kiedy po fali
śmiechów i uśmieszków, szeroko otwartych oczu i uciekania spojrzeniem padły
kolejne pytania. Tym razem byłem pewny tego, że to swoista ucieczka od
wcześniejszego tematu. Wszystkie te uśmiechy docierały do mnie niczym
rozszalałe morze do falochronu, rozbijały się o niego i spadały z powrotem do
morza. Wyraz mojej twarzy, poniekąd nawet surowy, nie zmienił się nawet na
chwilę, co samo w sobie mogło być już niepokojące. Uniosłem dłoń zdrowej ręki
na biodro i przeniosłem lekko ciężar ciała na drugą nogę, już dawno nie
rozglądając się po okolicy i nie obserwując, czy ktoś się do nas nie zbliża.
Jakby nie patrzeć, nadal byliśmy blisko namiotów.
Przebudziło się wewnątrz mnie to stare,
bardzo znajome zwierzę, które pragnie mieć nad wszystkim i wszystkimi kontrolę
i w momencie, kiedy Esja odwróciła się gotowa do odejścia odchrząknąłem cicho.
Może po to, żeby dać jej kilka sekund niesprawiedliwych forów.
— Nie tak prędko — rzuciłem cicho, po
czym w jednym, miękkim kroku znalazłem się przy niej. Pamiętałem, że moje ciało
jest osłabione, ale ten manewr, choć szybki, nie był bardzo wymagający. Nie
czułem żadnego nagłego bólu promieniującego od ramienia. — Jeszcze tutaj nie
skończyliśmy — syknąłem tuż ponad jej ramieniem, a dłoń już w tym momencie była
zaciśnięta na jej ramieniu.
W powietrzu od tego gwałtownego ruchu
zawirowały poły ubrań, a wprawione w ruch podmuchem wiatru włosy rozsypały się
dookoła w powietrzu. Gdyby ktoś nas teraz obserwował, mógłby z łatwością
założyć, że wiatr, który poderwał się nagle zatrzymał nas na ułamek sekundy w
tańcu, którego nikt z zewnątrz nie mógłby pojąć. Widzieliby wysoką, nieco
skuloną, ciemną sylwetkę i niższą, nieskazitelnie białą, nad którą tamta druga
góruje. Widzieliby piękny kontrast barw malujących się w pustynnym krajobrazie,
którym formę nadawał podmuch wiatru, ale nie mogliby tego zrozumieć. Ja też nie
rozumiałem. Nie dałem sobie nawet tej chwili na zastanowienie się. To był
odruch, coś znajomego, chęć poznania jakiejś prawdy, niezależnie jak małej czy
nieistotnej. A może coś jeszcze głębszego. Może chęć udowodnienia sobie, że
niczego nie straciłem przez te ostatnie dni? Że powtarzające się wizje i koszmary,
które zabierały mnie do dzieciństwa, do rodzinnej posiadłości nie sprawiły, że
coś się zmieniło.
Zaciśniętą na ramieniu dziewczyny
dłonią powstrzymałem ją przed niekontrolowanym upadkiem, kiedy bez uprzedzenia
kolanem podciąłem jej nogi. Ruch był tak płynny i tak precyzyjnie kontrolowany,
że faktycznie mógł uchodzić za figurę taneczną. Nie temu jednak służył.
Pochyliłem się pilnując, żeby kolanami nie uderzyła o twardą ziemię. Drugą
dłonią lekko złapałem ją za przeciwne ramię, niezbyt silnie, bo odezwała się
bólem. Kapłanka zawisnęła kilka centymetrów nad ziemią dosłownie na jedno
uderzenie serca, a później pozwoliłem jej opaść na kolana, pochylony nad nią za
jej plecami niczym kat, który za chwilę wyda ostateczny wyrok. Stałem na
szeroko rozstawionych nogach tuż za nią, zmuszając do tego, żeby i ona
pochyliła się w przód.
— Faktycznie, zginają się jak należy —
zauważyłem bezczelnie, przechylając głowę tuż przy jej uchu w jej stronę i
obrzucając spojrzeniem jej twarz. Klęczała przede mną. Było w tym coś chorze
satysfakcjonującego. — Nie chciałem odbierać sobie przyjemności sprawdzenia,
czy aby na pewno tak jest. A więc rozmawiałaś z Milą o kolanach, prawda? —
zapytałem, zniżając głos do szeptu i nadal trzymając ją tak, żeby musiała
zostać na kolanach. Napawałem się tą chwilą zaskakująco krótko. Czułem
doskonale, że moje ciało buntuje się przeciwko takim niespodziewanym ruchom,
jak mięśnie napinają się boleśnie zwłaszcza nad obojczykiem; głupim posunięciem
byłoby otworzenie teraz świeżej rany, nad którą medycy tak się napracowali.
Puściłem ją i obszedłem w dwóch krokach
klęczącą sylwetkę Esji, a później kucnąłem przed nią i zmusiłem do uniesienia
spojrzenia. Coś niebezpiecznego kryło się w jej oczach, coś, co wcześniej
przykryła najprawdopodobniej gruba warstwa wstydu.
— Głupia — prychnąłem cicho i po raz
pierwszy od opuszczenia namiotu na mojej twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
Głos również nie miał już tej
zatrważającej nuty ostrości i srogości. — Nie sądziłem, że tak bardzo się tym
przejmiesz, skądinąd bardzo to ciekawe, że zapytałaś się służki o znaczenie
moich słów — I ciekawe, jaką minę miała, kiedy tamta odpowiadała jej na
pytania, dodałem w myślach, uśmiechając się nieco bardziej konspiracyjnie i
prześmiewczo. — Poza tym nie każę ci zdzierać kolan na niczym innym, niż na
modłach — rzuciłem swobodnie, zadzierając lekko głowę tak, żeby spojrzeć na nią
z namysłem spod przymkniętych niebezpiecznie powiek. — Przynajmniej na razie
nie.
Po tych słowach podniosłem się,
prostując nogi i pomogłem jej także wstać. Dopiero teraz dyskretnie rozejrzałem
się dookoła, nikt jednak nie kierował ku nas ciekawskich wspomnień. Mimo
wszystko, to było dosyć lekkomyślne posunięcie z mojej strony. Pochyliłem się,
żeby otrzepać dół jej sukni z kurzu, ale spojrzenia nie odwracałem od jej
twarzy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz