czwartek, 12 lipca 2018

CCXXXV


       Jęknęłam, na całe szczęście tylko w myślach, kiedy poczułam, jak Nevan zaciska na mnie rękę. Czy wierzyłam w to, że uda mi się tak po prostu uciec od tej rozmowy? Cóż... tak. Chyba nadal było we mnie wiele łatwowierności, a może nadziei, że kiedyś coś uchowam przed przemożną potrzebą kontrolowania, z jaką zmagał się Nevan. Chyba zawsze taki był, odkąd go pamiętałam, od pierwszego spotkania w jego namiocie, bo już wtedy dał mi do zrozumienia, że mój tytuł, ani stan zdrowia, ani nic innego nie posłużą za wymówkę, aby coś przed nim zataić. Wtedy interesowały go fakty, jakie mogłyby okazać się przydatne w celach politycznych i wojennych, a teraz? Teraz, kiedy zbliżyliśmy się do siebie nie chodziło już jedynie o obowiązki, sama na własne życzenie zadbałam o to, by mężczyzna chciał wiedzieć więcej na mój temat, aby potrzeba kontroli była jeszcze większa, a wraz z nim szło coś jeszcze, o czym wiedziałam, ale nie mówiłam - chęć opieki. Nie mogłam mieć mu tego za złe, w zasadzie było to cudownym uczuciem. Myśl, że ktoś troszczy się o mnie, nie o tytuły, nie o moce, nie dlatego, że mam boski znak na plecach, albo też dlatego, że tak wypada. Chodziło mu o mnie i dawało mi to większe poczucie wartości, niż każda zgięta w pół osoba oddająca mi hołd. Tylko, że o wiele łatwiej było mi o tym myśleć w nieco mniej krępujących sytuacjach. Teraz, siłą rzeczy chciałam zabić w nim tą jego dociekliwość i gdyby... gdyby leżał na posłaniu najpewniej powiedziałabym, że to nie jego sprawa, bo wtedy miałam nad nim pewnego rodzaju przewagę. Byłabym okrutnym kłamcą, gdybym powiedziała, że mi się to w jakimś stopniu nie podobało. Oczywiście przede wszystkim martwiłam się o jego zdrowie, o stan, ale kiedy medycy jasno mówili, że najgorsze już za nami, mogłam posmakować czegoś nowego... górowania nad najpotężniejszym mężczyzną w obozie. Może on patrzył na moją pomoc, jak na zbędne zabiegi, ale każdy jeden raz, kiedy podawałam mu wodę, bądź obmywałam jego ciało sprawiał mi satysfakcję. Z tyłu głowy odzywał się psotny głosik, mówiąc wprost "w końcu to ty mnie potrzebujesz, to ode mnie zależy, co się stanie". Być może zachłysnęłam się tym stanem i teraz, boleśnie miałam sobie przypomnieć o faktycznym rozkładzie sił w naszym dwuosobowym układzie. 
       W uszach nadal dźwięczał mi trzepot tkanin, ale też jego słowa, takie w pewien sposób złowróżbne i bardzo dla niego charakterystyczne. W takich chwilach szczególnie uporczywie doszukiwałam się w jego twarzy oznak rozbawienia, a on z równie silną uporczywością żadnych nie okazywał. 
       Przełknęłam ślinę głośniej, niż chciałam, lekko rozchylając po tym wargi, bo już stało się pewne, że moje nadzieje na zatajenie przed nim czegokolwiek umarły niekoniecznie naturalną śmiercią. Nie ukrywam, miałam ochotę jak dziecko wyrwać się i po prostu uciec, bo takie stanie tutaj jasno dawało mi do zrozumienia, co się wydarzy. On się dowie. Zrobi tak, że mu powiem, a nie chcę mu mówić. Przecież to nawet nie jest nic ważnego, głupia rozmowa, niezręczna, żadna pilna kwestia, więc mógłby odpuścić. Marzyłam teraz o tym, aby zapaść się pod ziemię, w ten piach. Opaść w niego i zniknąć, nim moje zażenowanie zgniecie mi płuca. Nie sądziłam jednak, że moje prośby zostaną wysłuchane. Sapnęłam, czując jak lecę w dół, otwierając szerzej oczy. Nie byłam na to przygotowana, więc serce zabiło mi mocniej od szybko wezbranej adrenaliny, żadnego bólu w tym nie było, a jak się okazało, o zapadaniu się w złote ziarenka również nie było mowy. Złapałam się na tym, że gdzieś, w którymś momencie zacisnęłam oczy, ale otworzyłam je dopiero, gdy wylądowałam na kolanach. 
       Potrzebowałam chwili, aby zrozumieć co w ogóle się stało. Chwili, której Tealvash nie potrzebował i dlatego miał nade mną przewagę. W zasadzie nie tylko dlatego, ale w obecnej sytuacji wolałam nie roztrząsać wszystkich aspektów, które składały się na potęgę mężczyzny. Miałam ważniejsze sprawy do przemyślenia, jak przede wszystkim to, że chyba nie zrobi niczego "takiego" na zewnątrz i to jeszcze w miejscu, w którym w każdej chwili może pojawić się jakiś żołnierz. A jeśli ma gorączkę i o tym nie myśli... naprawdę spanikowałam, nie wiedząc już czy to uczucie, czy może zestresowanie jest silniejsze. 
       Nie wiem nawet kiedy jego twarz znalazła się przy moim uchu, ale ten ton, to jak poczułam jego oddech na swojej skórze, sprawiły, że tym razem jęknęłam już normalnie, nie tylko w myślach. No i masz... dobra rada na przyszłość, od trudnych tematów należy uciekać fizycznie, słowem brać nogi za pas i biec do ludzi, bo próba słownej potyczki właśnie tak się kończy... On nad wszystkim panuje, a ja... ja klęczę przed nim. Na bogów, jak to brzmiało, nawet w mojej głowie niepoprawnie i tylko wzmogło pieczenie na twarzy. 
       Zerknęłam na bok, prosto w jego twarz. 
       - Nigdy nie powiedziałam, że rozmawiałam z nią o kolanach - rzuciłam piskliwie, ale równie dobrze mogłam mu przyznać rację, a nawet wyjaśnić o czym dokładnie mówiła, bo z mojego tonu musiał wywnioskować już wszystko. Chciałam siebie sama ukarać za to, że w ogóle jakimś cudem wplątałam się w taką sytuację.       
       Ponownie przełknęłam ślinę z pewnym opóźnieniem zauważając, że mnie puścił. Tak, czy inaczej nie podniosłam się jeszcze, bo wiedziałam, że jeśli zrobię to przedwcześnie, to i tak znów wyląduję w tej samej pozycji. Poza tym, niezależnie od tego, jaka byłam zestresowana, miałam świadomość stanu, w jakim jest mężczyzna i nie chciałam, aby się nadwyrężał... bogowie, to już w ogóle komedia. Pomagałam mu się nad sobą znęcać, doprawdy ten mężczyzna nie bez powodu przerażał.
       Kiedy znalazł się przede mną i zmusił do tego, abym spojrzała mu w oczy, nie wiedziałam do końca jak mam się zachować, ale też z drugiej strony widząc wyraz jego twarzy (jak i logicznie analizując, że teraz, kiedy sam się zniżył, to wizje wyjaśnione przez Milę nie mają odniesienia w tej sytuacji) nieco się uspokoiłam. Przynajmniej już zrozumiałam, że to tylko nauczka. Nie pierwsza jaką mi dawał i cóż, obawiam się, że nie ostatnia. Miał czelność, pogrywać tak sobie z kapłanką! Chyba nigdy do tego nie przywyknę. 
       Niby z jednej strony poczułam ulgę, ale z drugiej... wcale moje zawstydzenie nie było mniejsze. Nie po to się jej pytałam, żeby on się o tym dowiadywał. Czułam się, jak dziecko... bezwstydne dziecko... jak generalnie bezwstydnica. Nabrałam powietrza w usta i już szykowałam się z odpyskowaniem, kiedy wytrącił mi wszystkie słowa z głowy, a zamiast nich z moich ust wydobyło się kolejne podczas tej "wymiany zdań" jęknięcie. 
       - Jak to na razie? - nie mogłam się powstrzymać, ale nie wiem, czy to w ogóle usłyszał, a może, czy ja chciałam usłyszeć odpowiedź, bo zwyczajnie nasze ułożenie się zmieniło, za jego sprawą znów stałam na nogach, nieco skołowana odbytą rozmową. 
       Po prostu robił sobie ze mnie żarty, a ja się dawałam. Chciał mnie przestraszyć, a teraz, kiedy stała już na swoich nogach, o wiele łatwiej było mi zdobyć się na buńczuczny ton. Poza tym w tym, jak dłonią otrzepywał moją suknię, było coś... nie umiałam tego nazwać, ale coś, co ściskało mnie ciepłem za serce. Zwilżyłam lekko wargi, nadal patrząc w te czerwone oczy. 
       - Sama mogłam ją otrzepać, nie powinieneś się przemęczać - rzuciłam, przejeżdżając zębami po dolnej wardze. Skoro już nie było zagrożenia grzesznymi scenariuszami, to dlaczego moje serce biło tak szybko? Wzięłam głębszy wdech, patrząc na niego nieco zbyt intensywnie, może nawet, jak w jakimś transie. Każdy tutaj o mnie dbał, ale przez wzgląd na boskość, którą Tealvash gardził... cokolwiek teraz robił, nie zasłaniał się tym, że tak wypadało. Sama się nieco schyliłam i potarłam materiał. - Już jest dobrze - oznajmiłam i poczekałam, wsunęłam swoją dłoń w jego, aby pociągnąc go nieco w górę. Oczywiście w ramach sugestii, bo nie było takiej szansy, abym tak, jak on mną, mogła sobie rozporządzać jego ciałem. 
       Teraz, kiedy oboje staliśmy już normalnie, mogłam zmrużyć nieco oczy. Nie przejmowałam się tym, że wcześniej bym się na to nie zdobyła, a teraz, kiedy sytuacja jest bezpieczna nagle sobie przypominam o języku w gębie. 
       - Poza tym wcale niczym się nie przejęłam, nie jestem dzieckiem, Nevanie - oznajmiłam i zaczesałam pasmo włosów za ucho, wznawiając przerwaną wędrówkę, ale nie w kierunku obozu, a dalej, w stronę stajni. O wiele łatwiej było mi zachować tą pewność siebie, kiedy nie byłam pod panowaniem jego czerwonych oczu, to też dumnie wyprostowana, wpatrywałam się przed siebie. Radziłam sobie przez wszystkie te dni z mężczyznami z obozu, więc chciałam, aby i on zobaczył we mnie zdecydowaną kobietę, nawet jeśli... sama przed chwilą pokazałam się z całkiem innej strony. - To chyba normalne, a nie ciekawe - mówiłam dalej, ignorując to, że pieczenie na polikach się utrzymuje i dbając o to, by mój ton był bardzo nonszalancki. Przed kim, jak przed kim, ale przed Nevanem chciałam... być pełnoprawną kobietą. Ta myśl, chociaż niebezpieczna, obijała się wcale nie od dzisiaj o wnętrze mojej głowy. 
       - Nie tylko mężczyźni rozmawiają na podobne tematy, kobiety też. W każdym razie Mila jest bardzo dobrą nauczycielką - dodałam jeszcze tym samym przemądrzałym tonem wielkiego znawcy tematu, a potem sobie to przeanalizowałam i cała moja postawa prysła, niczym mydlana bańka. - To znaczy, nie że czegoś mnie uczy! Raczej tak, uczy, ale słownie, nie fizycznie. Nic nie robimy... tylko rozmawiamy, opowiada, ale nie prezentuje... nikt oprócz ciebie w życiu mnie nie dotknął... nie licząc kąpieli oczywiście - zamieszało mi się w głowie, znów język poruszał się szybciej, niż zwoje mózgowe, odpowiedzialne za logiczne myślenie. Spojrzałam na niego siłą rzeczy, po czym zwiesiłam głowę w geście jakiejś rezygnacji. 
       - Za dużo mówię... to przez to, że ostatnio mało mieliśmy okazji do rozmów. Powinieneś mi przerywać, jak tylko zaczynam takie tematy, bo to do niczego dobrego nie prowadzi - upomniałam go, chociaż bez cienia pretensji. Te mogłam mieć tylko do siebie, bo na bogów, jaką ja teraz byłam bezwstydnicą w jego oczach? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/