Przebiegła żmija. Byłem pewny, że wyraz
mojej twarzy daleko leżał od jakiejkolwiek aprobaty, ale nie! Ona nadal nic
sobie z tego nie robiła, drwiąc z rzeczy, które nie były śmieszne. Cóż z tego,
że to ja zacząłem sam ten temat? Nadal żyłem w świecie, w którym każdy musi mi
się podporządkować, praktycznie niezależnie od rangi – jakieś utopijny jest to
świat, jaki zamknięty na samym mnie. Może właśnie dlatego ta drwina spadła na
mnie jak grom z jasnego, bezchmurnego nieba i jak na zawołanie wzmógł się
wiatr, który napędził chmury. Nie oszczędziłem sobie znaczącego spojrzenia,
poza tym faktem jednak nie skomentowałem jej słów. Wypominać, że przed chwilą
ta słaniająca się na stopach osoba zmusiła ją do uklęknięcia tak łatwo nie było
czymś, co chciałem robić. Zamykanie emocji w sobie zamiast uzewnętrznianie ich
na wszystkich było dla mnie tak naturalne, jak oddychanie. Rzecz jasna dało się
łatwo wyczuć, że coś jest nie tak. Bardzo łatwo. Mimo tego lubiłem porównywać
się do polującego drapieżnika. Można czuć jego wzrok na sobie spomiędzy
zarośli, ale poczuje się go dopiero wtedy, kiedy zatopi w tobie kły, kiedy ostatni
oddech życia będzie ulatywał spomiędzy twoich warg. Koło machiny, którą
wprawiono w ruch trudno było zatrzymać. Podobnie musiało być ze mną i z nią, z
naszym wspólnym losem, którego nigdy nie będzie nam dane wypowiedzieć na głos.
Zerknąłem energicznie w bok, kiedy
popłynęły dalsze, swoistego rodzaju groźby i w tym momencie tym bardziej nie
było mi już do śmiechu. Nie chodziło tylko o urażoną dumę; o coś, co bolało
mnie bardziej, niż fizycznie zadana rana. Wydawało mi się, że tego wieczoru w
namiocie, kiedy się przebudziłem świadomie po raz jeden z pierwszych dałem jej
do zrozumienia, że to swojego rodzaju słaby punkt. Opowiedziałem jej nawet o
części swojego dzieciństwa…! Na litość, to nie tak, że nie robię tego często.
Ja nigdy nie zwierzam się przed nikim z personalnych spraw. Może nie zauważyła,
albo nie znała wagi tamtych wydarzeń, albo je zbagatelizowała. A może zauważyła
i wykorzystała to okrutnie.
To bez znaczenia.
Właśnie dlatego nie pozwalałem ludziom
zbliżać się do siebie. Kiedy zauważyli, że zaczynam się uginać starali się to
wykorzystać jak jakąś nadludzką anomalię. Kiedy zaś wiedzieli, że nigdy nie
ustępuję, rzadko kiedy tego próbowali. Czy teraz bolał mnie fakt, że to Esja
żartuje z rzeczy, które bolą mnie do żywego nawet po tak wielu latach? Nie
mogła wiedzieć. Przecież nigdy jej nie powiedziałem. Przecież już nigdy jej nie
powiem.
Bez znaczenia.
Zacisnąłem mocniej dłonie za plecami,
to był jeden nerwowy gest, na którego użycie mogłem sobie pozwolić tak, żeby
nikt nie zauważył. Może skinąłem też lekko głową.
— Z całym szacunkiem — wysyczałem z
naciskiem, że nie ma w tym szacunku, nie poświęcając jej równie jadowitego
spojrzenia, jak wcześniej ona uśmiechu — Ale kilka dni nie zmienią tych
wszystkich lat, które spędzili pod moim dowództwem i nie odwrócą poświęcenia i
niebezpieczeństw, które dla mnie ci ludzie musieli znosić — skończyłem, nadal
idąc tym samym, wolnym tempem, chociaż obecnie wolałbym raczej maszerować
szybko, może na granicy biegu. Powstrzymywałem się jednak. Mimo wszystkich sił
woli, nie mogłem się tak przemęczać i narażać się na ignoranckie niebezpieczeństwo
pogorszenia swojej sytuacji.
Przeszliśmy za tylną ścianą stajni w
milczeniu, w cieniu powietrzu unosił się zapach suchej, zakurzonej słomy, a
wiatr niósł krzyki z pola robót, tutaj mniej dosłyszalne. Za częściowo ażurową
ścianą konie parskały, niektóre uderzały kopytami w twardą ziemię. Pachniało
też końskim potem. To otoczenie sprawiło, że powściągnąłem nieco swoją
gwałtowną złość. Z westchnieniem rozluźniłem się nieco, dopiero teraz
wyczuwając, że napięte mięśnie zranionego ramienia protestowały bólem, którego
do tej pory zupełnie ignorowałem.
— Boją się mnie bardziej niż ciebie,
może nawet bardziej niż bogów — podjąłem spokojnie, mój głos był jednostajny
niczym rozciągająca się daleko pod horyzont niewzburzona woda. — Bogowie są tak
odlegli… Kiedyś słyszałem, że są w księżycu, który wstaje nad horyzontem, w
modlitwie, do której prosty człowiek nie ma czasu przyklęknąć podczas
całodniowej ciężkiej pracy na własne życie i utrzymanie, w życiu pośmiertnym, o
którym mało kto naprawdę myśli, dopóki sama kostucha nie zacznie pukać do drzwi
ich izby. — Zamyśliłem się, zadzierając lekko spojrzenie, ale było ono
nieobecne i nie krążyło po niczym, co nas otaczało, raczej sięgało w miejsca niedostępne dla innych. Okrążyliśmy
boksy ułożone w podkowę i wyszliśmy na słońce, ale tylko na chwilę, żeby niemal
od razu schronić się pod dachem niewielkiego krużganku, w którym czyszczono i
siodłano zazwyczaj konie. Dzisiaj wszystkie stały u siebie. Ruszyliśmy wzdłuż otwartych
od połowy wysokości boksów. — Ja zaś jestem człowiekiem z krwi i kości. Nie
trzeba się do mnie modlić, wystarczy wykonywać rozkazy dobrze i sumiennie, a za
utrzymanie stosownej dyscypliny czeka ich kolejny wschód słońca. Wszyscy ci
bogobojni ludzie oddają twoim bogom fałszywą cześć, że aż niedobrze się robi na
samą myśl o ich cichych, prywatnych herezjach. Dlaczego sam miałbym przyłączać
się do czegoś, w czym nie ma szacunku ani powołania, jedynie idiotyczna
nadzieja, że oni będą nas zawsze wysłuchiwać w chwilach naszej wyjątkowej potrzeby?
Już dawno przestałem mówić do niej,
jako do konkretnej osoby, w niepamięć poszły też dziecinne dogryzki. Rzadko
mogłem pozwolić sobie na otwarte odrzucenie dogmatów wiary naszego kraju – i najprawdopodobniej,
gdyby ktoś teraz mnie usłyszał, nikt nie potrafiłby mnie uratować. Skazano by
mnie jako heretyka, porzucono moje nazwisko na zapomnienie, wymazano wszystkie
zasługi dla kraju. Oto dlaczego: że nie oddaję ślepej wiary w to, w co większość
naszej populacji.
Sama ta wojna u swoich podstaw ma
podłoże religijne, choć mało kto naprawdę zdaje sobie z tego sprawę. W imię
tych bogów robiono już wiele okrutnych rzeczy, ale żeby mordować całe nacje?
Oczywiście przyczyny gospodarcze i terytorialne odgrywały tutaj ważną rolę i
rozumiałem, że bezsprzecznie musimy walczyć z tymi prymitywnymi ludami, nawet
jeśli zaprowadzić by nas to miało na sam skraj egzystencji. Tłumaczenie jednak
setek tysięcy ofiar ludzi, którym tak jak nam biło serce, którzy mieli rodziny
i ambicje, może nawet marzenia wolą boską było dla mnie tak absurdalne, że
wręcz prychnąłem śmiechem.
Ponownie ściszyłem głos, na wypadek,
gdyby ktoś znajdował się w jednym z boksów, przysłonięty ciałem wierzchowca.
— To raczej nie jedyne powody, dla
których jestem taki, jaki jestem. Okrutny, zimny, bezwzględny, tyrański. Nie
lubię tych cech usprawiedliwiać religią ani jej brakiem. Po prostu taki ze mnie
skurwysyn, bo taki już się urodziłem, księżniczko. Stąd wszystkie te lekcje i
nauczki, stąd mój chłód i dystans, i złość.
Na tym zakończyłem, z rozmysłem
zamykając usta i poświęcając jej jedno krótkie, ale znaczące spojrzenie. Po
drodze w tym monologu zniknęły wszelkie złośliwości, którymi karmiłem ją odkąd
tylko opuściliśmy namiot. Mimo wszystkich słów i tej niejakiej bliskości
pamiętałem uczucie bólu i upokorzenia, które zadała mi jeszcze kilka minut temu
i wiedziałem, że to będzie moją lekcją. Lekcją, którą wydawało mi się
przechodziłem już wielokrotnie. I która wprowadziła do mojego życia prostą
zasadę.
Nie być łatwowiernym tchórzem opierającym
swoją potęgę na innych.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz