piątek, 13 lipca 2018

CCXXXVIII


        Przebiegła żmija. Byłem pewny, że wyraz mojej twarzy daleko leżał od jakiejkolwiek aprobaty, ale nie! Ona nadal nic sobie z tego nie robiła, drwiąc z rzeczy, które nie były śmieszne. Cóż z tego, że to ja zacząłem sam ten temat? Nadal żyłem w świecie, w którym każdy musi mi się podporządkować, praktycznie niezależnie od rangi – jakieś utopijny jest to świat, jaki zamknięty na samym mnie. Może właśnie dlatego ta drwina spadła na mnie jak grom z jasnego, bezchmurnego nieba i jak na zawołanie wzmógł się wiatr, który napędził chmury. Nie oszczędziłem sobie znaczącego spojrzenia, poza tym faktem jednak nie skomentowałem jej słów. Wypominać, że przed chwilą ta słaniająca się na stopach osoba zmusiła ją do uklęknięcia tak łatwo nie było czymś, co chciałem robić. Zamykanie emocji w sobie zamiast uzewnętrznianie ich na wszystkich było dla mnie tak naturalne, jak oddychanie. Rzecz jasna dało się łatwo wyczuć, że coś jest nie tak. Bardzo łatwo. Mimo tego lubiłem porównywać się do polującego drapieżnika. Można czuć jego wzrok na sobie spomiędzy zarośli, ale poczuje się go dopiero wtedy, kiedy zatopi w tobie kły, kiedy ostatni oddech życia będzie ulatywał spomiędzy twoich warg. Koło machiny, którą wprawiono w ruch trudno było zatrzymać. Podobnie musiało być ze mną i z nią, z naszym wspólnym losem, którego nigdy nie będzie nam dane wypowiedzieć na głos.
        Zerknąłem energicznie w bok, kiedy popłynęły dalsze, swoistego rodzaju groźby i w tym momencie tym bardziej nie było mi już do śmiechu. Nie chodziło tylko o urażoną dumę; o coś, co bolało mnie bardziej, niż fizycznie zadana rana. Wydawało mi się, że tego wieczoru w namiocie, kiedy się przebudziłem świadomie po raz jeden z pierwszych dałem jej do zrozumienia, że to swojego rodzaju słaby punkt. Opowiedziałem jej nawet o części swojego dzieciństwa…! Na litość, to nie tak, że nie robię tego często. Ja nigdy nie zwierzam się przed nikim z personalnych spraw. Może nie zauważyła, albo nie znała wagi tamtych wydarzeń, albo je zbagatelizowała. A może zauważyła i wykorzystała to okrutnie.
        To bez znaczenia.
        Właśnie dlatego nie pozwalałem ludziom zbliżać się do siebie. Kiedy zauważyli, że zaczynam się uginać starali się to wykorzystać jak jakąś nadludzką anomalię. Kiedy zaś wiedzieli, że nigdy nie ustępuję, rzadko kiedy tego próbowali. Czy teraz bolał mnie fakt, że to Esja żartuje z rzeczy, które bolą mnie do żywego nawet po tak wielu latach? Nie mogła wiedzieć. Przecież nigdy jej nie powiedziałem. Przecież już nigdy jej nie powiem.
        Bez znaczenia.
        Zacisnąłem mocniej dłonie za plecami, to był jeden nerwowy gest, na którego użycie mogłem sobie pozwolić tak, żeby nikt nie zauważył. Może skinąłem też lekko głową.
        — Z całym szacunkiem — wysyczałem z naciskiem, że nie ma w tym szacunku, nie poświęcając jej równie jadowitego spojrzenia, jak wcześniej ona uśmiechu — Ale kilka dni nie zmienią tych wszystkich lat, które spędzili pod moim dowództwem i nie odwrócą poświęcenia i niebezpieczeństw, które dla mnie ci ludzie musieli znosić — skończyłem, nadal idąc tym samym, wolnym tempem, chociaż obecnie wolałbym raczej maszerować szybko, może na granicy biegu. Powstrzymywałem się jednak. Mimo wszystkich sił woli, nie mogłem się tak przemęczać i narażać się na ignoranckie niebezpieczeństwo pogorszenia swojej sytuacji.
        Przeszliśmy za tylną ścianą stajni w milczeniu, w cieniu powietrzu unosił się zapach suchej, zakurzonej słomy, a wiatr niósł krzyki z pola robót, tutaj mniej dosłyszalne. Za częściowo ażurową ścianą konie parskały, niektóre uderzały kopytami w twardą ziemię. Pachniało też końskim potem. To otoczenie sprawiło, że powściągnąłem nieco swoją gwałtowną złość. Z westchnieniem rozluźniłem się nieco, dopiero teraz wyczuwając, że napięte mięśnie zranionego ramienia protestowały bólem, którego do tej pory zupełnie ignorowałem.
        — Boją się mnie bardziej niż ciebie, może nawet bardziej niż bogów — podjąłem spokojnie, mój głos był jednostajny niczym rozciągająca się daleko pod horyzont niewzburzona woda. — Bogowie są tak odlegli… Kiedyś słyszałem, że są w księżycu, który wstaje nad horyzontem, w modlitwie, do której prosty człowiek nie ma czasu przyklęknąć podczas całodniowej ciężkiej pracy na własne życie i utrzymanie, w życiu pośmiertnym, o którym mało kto naprawdę myśli, dopóki sama kostucha nie zacznie pukać do drzwi ich izby. — Zamyśliłem się, zadzierając lekko spojrzenie, ale było ono nieobecne i nie krążyło po niczym, co nas otaczało, raczej sięgało  w miejsca niedostępne dla innych. Okrążyliśmy boksy ułożone w podkowę i wyszliśmy na słońce, ale tylko na chwilę, żeby niemal od razu schronić się pod dachem niewielkiego krużganku, w którym czyszczono i siodłano zazwyczaj konie. Dzisiaj wszystkie stały u siebie. Ruszyliśmy wzdłuż otwartych od połowy wysokości boksów. — Ja zaś jestem człowiekiem z krwi i kości. Nie trzeba się do mnie modlić, wystarczy wykonywać rozkazy dobrze i sumiennie, a za utrzymanie stosownej dyscypliny czeka ich kolejny wschód słońca. Wszyscy ci bogobojni ludzie oddają twoim bogom fałszywą cześć, że aż niedobrze się robi na samą myśl o ich cichych, prywatnych herezjach. Dlaczego sam miałbym przyłączać się do czegoś, w czym nie ma szacunku ani powołania, jedynie idiotyczna nadzieja, że oni będą nas zawsze wysłuchiwać w chwilach naszej wyjątkowej potrzeby?
          Już dawno przestałem mówić do niej, jako do konkretnej osoby, w niepamięć poszły też dziecinne dogryzki. Rzadko mogłem pozwolić sobie na otwarte odrzucenie dogmatów wiary naszego kraju – i najprawdopodobniej, gdyby ktoś teraz mnie usłyszał, nikt nie potrafiłby mnie uratować. Skazano by mnie jako heretyka, porzucono moje nazwisko na zapomnienie, wymazano wszystkie zasługi dla kraju. Oto dlaczego: że nie oddaję ślepej wiary w to, w co większość naszej populacji.
        Sama ta wojna u swoich podstaw ma podłoże religijne, choć mało kto naprawdę zdaje sobie z tego sprawę. W imię tych bogów robiono już wiele okrutnych rzeczy, ale żeby mordować całe nacje? Oczywiście przyczyny gospodarcze i terytorialne odgrywały tutaj ważną rolę i rozumiałem, że bezsprzecznie musimy walczyć z tymi prymitywnymi ludami, nawet jeśli zaprowadzić by nas to miało na sam skraj egzystencji. Tłumaczenie jednak setek tysięcy ofiar ludzi, którym tak jak nam biło serce, którzy mieli rodziny i ambicje, może nawet marzenia wolą boską było dla mnie tak absurdalne, że wręcz prychnąłem śmiechem.
        Ponownie ściszyłem głos, na wypadek, gdyby ktoś znajdował się w jednym z boksów, przysłonięty ciałem wierzchowca.
        — To raczej nie jedyne powody, dla których jestem taki, jaki jestem. Okrutny, zimny, bezwzględny, tyrański. Nie lubię tych cech usprawiedliwiać religią ani jej brakiem. Po prostu taki ze mnie skurwysyn, bo taki już się urodziłem, księżniczko. Stąd wszystkie te lekcje i nauczki, stąd mój chłód i dystans, i złość.
        Na tym zakończyłem, z rozmysłem zamykając usta i poświęcając jej jedno krótkie, ale znaczące spojrzenie. Po drodze w tym monologu zniknęły wszelkie złośliwości, którymi karmiłem ją odkąd tylko opuściliśmy namiot. Mimo wszystkich słów i tej niejakiej bliskości pamiętałem uczucie bólu i upokorzenia, które zadała mi jeszcze kilka minut temu i wiedziałem, że to będzie moją lekcją. Lekcją, którą wydawało mi się przechodziłem już wielokrotnie. I która wprowadziła do mojego życia prostą zasadę.
        Nie być łatwowiernym tchórzem opierającym swoją potęgę na innych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/