czwartek, 12 lipca 2018

CCXXXVI


        Słońce wisiało wysoko na niebie, ale nie było tak duszno, jak zazwyczaj, nie tak, jak przed okresem mojego powrotu do zdrowia. Klimat zmieniał się powoli i przyszło mi do głowy, że powinienem był może wziąć jednego ze znawców tutejszego klimatu i pogody ze sobą. Wieloletnie doświadczenie podpowiadało mi, że zbliża się zmiana klimatyczna, ale zawsze spędzałem je w głównej jednostce wojskowej w przełęczy, gdzie znajdował się obóz; nigdy tak daleko w głąb terenu wroga.
        Oczywiście, nie byliśmy tutaj nigdy w pełni bezpieczni, nawet teraz spacerując poza granicami obozu – nawet w zasięgu jego wzroku – w moim stanie, bez miecza, bez żadnej broni, zachowywaliśmy się wyjątkowo lekkomyślnie. Atak mógł nastąpić z każdej strony i w każdym czasie. A mi daleko było do szczytowej formy, w której mógłbym go odeprzeć. To, że ostatnimi tygodniami inne sprawy odciągały moje myśli od frontu wojny przypłaciłem już wysokim kosztem. Wiedziałem, gdzieś w głębi siebie byłem pewny, że postępuję źle, ale równie egoistycznie planowałem w to brnąć dalej. Zamiast odciąć się od wszystkiego, co zatruwało moje myśli i co sprowadzało je na manowce z zawiłego szlaku wojny, którymi zawsze sprawnie manewrowały pozwalałem sobie wciągać się w to dalej i dalej. Gdzie jest granica? Czy kiedy do niej dotrę uda mi się ją rozpoznać? Wrogowie nigdy nie spali, a zło czaiło się wszędzie, gotowe wyeliminować nasz obóz tak samo, jak wyeliminowali wcześniejszy. Zrównali z ziemią. Spalili setki ludzi, podpalili, zostawili zwęglone cmentarzysko żołnierzy, którzy już nigdy nie otworzą oczu. Ja przed swoimi miałem nadal ten sam obraz, ten, który rozciągnął się przed moimi oczami, kiedy wyjechaliśmy na skalną półkę. I ten smród palonego ciała. I sterty zwłok.
        Pociemniało mi przed oczami. Nie trwało to długo, może zaledwie kilka sekund, tak, że nawet uśmiech nie zdążył jeszcze zblednąć na moich wargach. Nagle jednak wydawało mi się, że minęło od momentu, w którym coś mnie rozbawiło – a co takiego to było? – minęły tysiące lat. Wzrokiem przez chwilę błądziłem po twarzy dziewczyny. Esja. Przecież to Esja. Drgnąłem lekko. Miała nadal całą czerwoną twarz i mówiła do mnie zupełnie tak, jakby niczego nie zauważyła. Powinienem lepiej panować nad sobą, bo jak wytłumaczyłbym się z tych myśli? Uciąłbym temat. Zostawił miejsce na kłamstwo albo po prostu ten zimny, surowy dystans. Taki, który towarzyszył wszystkim umocnieniom obronnym, które miały na celu chronić wrażliwą psychikę małego chłopca, którym od dawna już nie byłem, z którym nic już mnie nie łączyło poza kilkoma wizjami czerwonego dywanu utkanego misternie z krwi i stada wron uwięzionego w wielkiej, czarnej komnacie kraczącego rozpaczliwie, uderzającego skrzydłami o twarde mury.
        Wróciła fasada, która powstawała automatycznie, kiedy moja świadomość czuła nadejście czegoś, co może mnie zranić. Żadnej słabości. Żadnych niedociągnięć. Żadnego rozczarowania. Mam być taki, jakim chcieli mnie stworzyć.
        Dałem podnieść się niejako do pionu, po czym ruszyłem w ślad za jej krokiem w kierunku przeciwnego do naszych kwater mieszkalnych końca obozu. Oczywiście uważnie słuchałem kapłanki – takie rozkojarzenie nigdy nie powinno odcinać mnie od rzeczywistości. Nie analizowałem jednak już jej słów, przynajmniej nie tak dokładnie, dlatego może zaskoczyło mnie to, dokąd zaprowadziła nas ta rozmowa. Nie, monolog dziewczyny. Tymczasowy wymuszony powrót myśli na błahe i lekkie tematy był mi obecnie bardzo na rękę, mimo tego jednak ustawiona przed chwilą bariera wcale się nie rozpłynęła. Nadal tam była, zimna jak stal i śliska niczym lód, po powierzchni którego nie dało się wspiąć.
        Chwilowe wytrącenie z równowagi pozwoliło mi przybrać jednak złośliwy uśmiech, a bystre spojrzenie od razu spoczęło na twarzy blondynki. Pewnie można było nie zauważyć, że coś jest nie w porządku. Choć ile i na jak długo tak naprawdę uda mi się chować przed tą niepozorną kapłanką, która teraz tak przemądrzale mówiła o rzeczach, których nigdy nie doświadczyła i o których zapewne nie miała pojęcia? Och, mógłbym ją nauczyć. Gdyby tylko postawiono nas w odrobinę innej konstelacji, mógłbym ją wiele nauczyć. Z pewnością więcej niż cała ta Mila.
        — Przerwać ci i poskąpić sobie takiego ciekawego rozwinięcia myśli z punktu widzenia bogobojnej kapłanki? — zapytałem lekko rozbawiony, jakby nie oczekując odpowiedzi na to pytanie. Miało jednak w zamyśle naprowadzić ją samą na odpowiednią odpowiedź. — Kiedyś cię poproszę, żebyś zaprezentowała mi to, czego nauczyła cię ta dobra nauczycielka i zobaczymy, czy uda wam się mnie zaskoczyć — zakończyłem luźno, raczej z premedytacją wciskając w to oczywiste podteksty, które miały jeden cel; zawstydzić Esję jeszcze bardziej, pomimo faktu, że tak przybrała już kolor dojrzałego owocu derenia jadalnego, popularnego składnika wielu leków stosowanych w stolicy. Ich import był zastraszająco łatwy, dlatego w niedostępnym, skutym lodem mieście był bardzo popularną rośliną dekorującą wiele dziedzińców.
        Powoli zaplotłem dłonie za plecami, nie rozglądając się uważnie dookoła, kiedy doszliśmy do linii zewnętrznej obozu, gdzie wstawiono prowizoryczne zakosy mające chronić nie tyle przed atakiem tubylców, co raczej prymitywniejszych ze zwierząt. Ciągle ktoś tutaj pracował; w oddali było słychać krzyki i hałas młota wbijającego nowe części warownego ogrodzenia tymczasowego obozu. Wiele się tutaj zmieniło ostatnimi dniami, ale to też nie bardzo mnie dziwiło. Obóz potrafił zmieniać się z dnia na dzień, a najwidoczniej Eliah odpowiednio wykorzystał czas, w którym nie mogłem jeździć na kolejne misje oraz nadgorliwość co poniektórych żołnierzy. Pracowali ciężko w pocie czoła i w słońcu, podnosząc na nas spojrzenia, ale nigdy nie odzywając się słowem. My także nie poświęcaliśmy im zbyt wiele uwagi, przynajmniej pozornie. Na szczęście przez hałasy budowy nikt nie miał zbyt wielkich możliwości podsłuchania prowadzonej przez nas rozmowy, dlatego ogólnie panujący w tej części obozowiska harmider stanowił pewną kurtynę, za którą nasza rozmowa była niedostępna dla niepowołanych uszu.
        — A może to słońce za mocno przygrzało twoją jasną głowę? Może powinnaś rozważyć chodzenie ze specjalną parasolką ochronną — rzuciłem żartem, choć nie popierając go wyjątkowo żadnym uśmiechem, jakbym już wiedział, że sama ta sugestia ponownie zdenerwuje Esję. Ta swoboda, która pojawiła się między nami zupełnie nie wiem kiedy sprawiała, że wcześniejsze myśli ponownie traciły na mocy. — Albo specjalną rikszę, którą ktoś mógłby cię wozić po obozie, żebyś się nadto nie męczyła — zasugerowałem jedynie z pozoru uprzejmie się skłoniwszy w trakcie chodu, ale kapłanka na pewno znała mnie na tyle, żeby wiedzieć, że to bardzo prześmiewczy gest, który nie miał na pewno na celu wyrażenia szacunku. — Księżniczko.
        Prześmiewczy ton całej tej rozmowy szybko sprawił, że atmosfera nieco się rozluźniła. Czułem się teraz, spacerując dookoła całego wojskowego założenia, bardziej jak w domu, niż kiedykolwiek od czasu, kiedy się tutaj pojawiliśmy. Fakt, na każdym rogu czekały komplikacje. Ale teraz byłem skłonny przyznać… Że lubię to miejsce. Nie tylko mogę się chełpić swoim dowództwem i samodzielnością, którą złożono na moje miejsce. Choć naznaczone setkami trupów, to miejsce było moim domem bardziej, niż kiedykolwiek pusta, zimna i monumentalna rezydencja w odległej stolicy, w kolebce bogactwa i arystokratów. To tutaj było coś zupełnie mojego. Nie pozwoliłem sobie tego przyjemnego uczucia zatruć żadną z napływających negatywnych myśli.
        — Skoro uczy cię niejednego, to chyba uważasz to za naturalne, prawda? — zacząłem zupełnie od innej strony, używając pouczającego, ale tak samo sarkastycznego tonu głosu, mówiąc jakby o najoczywistszej oczywistości. — Że w końcu będziecie musiały przejść w tych lekcjach do jakichś ćwiczeń? — dodałem zupełnie neutralne, tak kierując rozmową, żeby dopasowała się do moich zamiarów. A zamiary te były bynajmniej niecne. — W razie czego wiesz, gdzie mnie znaleźć. Już nie raz byłem skłonny ci pomóc, teraz też okażę się wielką wyrozumiałością — dodałem, kiedy przekraczaliśmy granicę obozu strzeżoną w oddali przez wartowników zmieniających się co kilka godzin.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/