Słońce wisiało wysoko na niebie, ale
nie było tak duszno, jak zazwyczaj, nie tak, jak przed okresem mojego powrotu
do zdrowia. Klimat zmieniał się powoli i przyszło mi do głowy, że powinienem
był może wziąć jednego ze znawców tutejszego klimatu i pogody ze sobą.
Wieloletnie doświadczenie podpowiadało mi, że zbliża się zmiana klimatyczna,
ale zawsze spędzałem je w głównej jednostce wojskowej w przełęczy, gdzie
znajdował się obóz; nigdy tak daleko w głąb terenu wroga.
Oczywiście, nie byliśmy tutaj nigdy w
pełni bezpieczni, nawet teraz spacerując poza granicami obozu – nawet w zasięgu
jego wzroku – w moim stanie, bez miecza, bez żadnej broni, zachowywaliśmy się
wyjątkowo lekkomyślnie. Atak mógł nastąpić z każdej strony i w każdym czasie. A
mi daleko było do szczytowej formy, w której mógłbym go odeprzeć. To, że
ostatnimi tygodniami inne sprawy odciągały moje myśli od frontu wojny
przypłaciłem już wysokim kosztem. Wiedziałem, gdzieś w głębi siebie byłem
pewny, że postępuję źle, ale równie egoistycznie planowałem w to brnąć dalej.
Zamiast odciąć się od wszystkiego, co zatruwało moje myśli i co sprowadzało je
na manowce z zawiłego szlaku wojny, którymi zawsze sprawnie manewrowały
pozwalałem sobie wciągać się w to dalej i dalej. Gdzie jest granica? Czy kiedy
do niej dotrę uda mi się ją rozpoznać? Wrogowie nigdy nie spali, a zło czaiło
się wszędzie, gotowe wyeliminować nasz obóz tak samo, jak wyeliminowali wcześniejszy.
Zrównali z ziemią. Spalili setki ludzi, podpalili, zostawili zwęglone cmentarzysko
żołnierzy, którzy już nigdy nie otworzą oczu. Ja przed swoimi miałem nadal ten
sam obraz, ten, który rozciągnął się przed moimi oczami, kiedy wyjechaliśmy na
skalną półkę. I ten smród palonego ciała. I sterty zwłok.
Pociemniało mi przed oczami. Nie trwało
to długo, może zaledwie kilka sekund, tak, że nawet uśmiech nie zdążył jeszcze
zblednąć na moich wargach. Nagle jednak wydawało mi się, że minęło od momentu,
w którym coś mnie rozbawiło – a co takiego to było? – minęły tysiące lat.
Wzrokiem przez chwilę błądziłem po twarzy dziewczyny. Esja. Przecież to Esja.
Drgnąłem lekko. Miała nadal całą czerwoną twarz i mówiła do mnie zupełnie tak,
jakby niczego nie zauważyła. Powinienem lepiej panować nad sobą, bo jak
wytłumaczyłbym się z tych myśli? Uciąłbym temat. Zostawił miejsce na kłamstwo
albo po prostu ten zimny, surowy dystans. Taki, który towarzyszył wszystkim
umocnieniom obronnym, które miały na celu chronić wrażliwą psychikę małego
chłopca, którym od dawna już nie byłem, z którym nic już mnie nie łączyło poza
kilkoma wizjami czerwonego dywanu utkanego misternie z krwi i stada wron uwięzionego
w wielkiej, czarnej komnacie kraczącego rozpaczliwie, uderzającego skrzydłami o
twarde mury.
Wróciła
fasada, która powstawała automatycznie, kiedy moja świadomość czuła nadejście
czegoś, co może mnie zranić. Żadnej słabości. Żadnych niedociągnięć. Żadnego
rozczarowania. Mam być taki, jakim chcieli mnie stworzyć.
Dałem podnieść się niejako do pionu, po
czym ruszyłem w ślad za jej krokiem w kierunku przeciwnego do naszych kwater
mieszkalnych końca obozu. Oczywiście uważnie słuchałem kapłanki – takie rozkojarzenie
nigdy nie powinno odcinać mnie od rzeczywistości. Nie analizowałem jednak już
jej słów, przynajmniej nie tak dokładnie, dlatego może zaskoczyło mnie to,
dokąd zaprowadziła nas ta rozmowa. Nie, monolog dziewczyny. Tymczasowy
wymuszony powrót myśli na błahe i lekkie tematy był mi obecnie bardzo na rękę,
mimo tego jednak ustawiona przed chwilą bariera wcale się nie rozpłynęła. Nadal
tam była, zimna jak stal i śliska niczym lód, po powierzchni którego nie dało
się wspiąć.
Chwilowe wytrącenie z równowagi
pozwoliło mi przybrać jednak złośliwy uśmiech, a bystre spojrzenie od razu
spoczęło na twarzy blondynki. Pewnie można było nie zauważyć, że coś jest nie w
porządku. Choć ile i na jak długo tak naprawdę uda mi się chować przed tą
niepozorną kapłanką, która teraz tak przemądrzale mówiła o rzeczach, których
nigdy nie doświadczyła i o których zapewne nie miała pojęcia? Och, mógłbym ją
nauczyć. Gdyby tylko postawiono nas w odrobinę innej konstelacji, mógłbym ją
wiele nauczyć. Z pewnością więcej niż cała ta Mila.
— Przerwać ci i poskąpić sobie takiego
ciekawego rozwinięcia myśli z punktu widzenia bogobojnej kapłanki? — zapytałem
lekko rozbawiony, jakby nie oczekując odpowiedzi na to pytanie. Miało jednak w
zamyśle naprowadzić ją samą na odpowiednią odpowiedź. — Kiedyś cię poproszę,
żebyś zaprezentowała mi to, czego nauczyła cię ta dobra nauczycielka i
zobaczymy, czy uda wam się mnie zaskoczyć — zakończyłem luźno, raczej z
premedytacją wciskając w to oczywiste podteksty, które miały jeden cel;
zawstydzić Esję jeszcze bardziej, pomimo faktu, że tak przybrała już kolor
dojrzałego owocu derenia jadalnego, popularnego składnika wielu leków
stosowanych w stolicy. Ich import był zastraszająco łatwy, dlatego w
niedostępnym, skutym lodem mieście był bardzo popularną rośliną dekorującą
wiele dziedzińców.
Powoli zaplotłem dłonie za plecami, nie
rozglądając się uważnie dookoła, kiedy doszliśmy do linii zewnętrznej obozu,
gdzie wstawiono prowizoryczne zakosy mające chronić nie tyle przed atakiem
tubylców, co raczej prymitywniejszych ze zwierząt. Ciągle ktoś tutaj pracował;
w oddali było słychać krzyki i hałas młota wbijającego nowe części warownego
ogrodzenia tymczasowego obozu. Wiele się tutaj zmieniło ostatnimi dniami, ale
to też nie bardzo mnie dziwiło. Obóz potrafił zmieniać się z dnia na dzień, a
najwidoczniej Eliah odpowiednio wykorzystał czas, w którym nie mogłem jeździć
na kolejne misje oraz nadgorliwość co poniektórych żołnierzy. Pracowali ciężko
w pocie czoła i w słońcu, podnosząc na nas spojrzenia, ale nigdy nie odzywając
się słowem. My także nie poświęcaliśmy im zbyt wiele uwagi, przynajmniej
pozornie. Na szczęście przez hałasy budowy nikt nie miał zbyt wielkich
możliwości podsłuchania prowadzonej przez nas rozmowy, dlatego ogólnie panujący
w tej części obozowiska harmider stanowił pewną kurtynę, za którą nasza rozmowa
była niedostępna dla niepowołanych uszu.
— A może to słońce za mocno przygrzało
twoją jasną głowę? Może powinnaś rozważyć chodzenie ze specjalną parasolką
ochronną — rzuciłem żartem, choć nie popierając go wyjątkowo żadnym uśmiechem,
jakbym już wiedział, że sama ta sugestia ponownie zdenerwuje Esję. Ta swoboda,
która pojawiła się między nami zupełnie nie wiem kiedy sprawiała, że
wcześniejsze myśli ponownie traciły na mocy. — Albo specjalną rikszę, którą
ktoś mógłby cię wozić po obozie, żebyś się nadto nie męczyła — zasugerowałem
jedynie z pozoru uprzejmie się skłoniwszy w trakcie chodu, ale kapłanka na
pewno znała mnie na tyle, żeby wiedzieć, że to bardzo prześmiewczy gest, który
nie miał na pewno na celu wyrażenia szacunku. — Księżniczko.
Prześmiewczy ton całej tej rozmowy
szybko sprawił, że atmosfera nieco się rozluźniła. Czułem się teraz, spacerując
dookoła całego wojskowego założenia, bardziej jak w domu, niż kiedykolwiek od
czasu, kiedy się tutaj pojawiliśmy. Fakt, na każdym rogu czekały komplikacje.
Ale teraz byłem skłonny przyznać… Że lubię to miejsce. Nie tylko mogę się chełpić
swoim dowództwem i samodzielnością, którą złożono na moje miejsce. Choć
naznaczone setkami trupów, to miejsce było moim domem bardziej, niż
kiedykolwiek pusta, zimna i monumentalna rezydencja w odległej stolicy, w
kolebce bogactwa i arystokratów. To tutaj było coś zupełnie mojego. Nie
pozwoliłem sobie tego przyjemnego uczucia zatruć żadną z napływających
negatywnych myśli.
— Skoro uczy cię niejednego, to chyba
uważasz to za naturalne, prawda? — zacząłem zupełnie od innej strony, używając
pouczającego, ale tak samo sarkastycznego tonu głosu, mówiąc jakby o najoczywistszej
oczywistości. — Że w końcu będziecie musiały przejść w tych lekcjach do jakichś
ćwiczeń? — dodałem zupełnie neutralne, tak kierując rozmową, żeby dopasowała
się do moich zamiarów. A zamiary te były bynajmniej niecne. — W razie czego
wiesz, gdzie mnie znaleźć. Już nie raz byłem skłonny ci pomóc, teraz też okażę
się wielką wyrozumiałością — dodałem, kiedy przekraczaliśmy granicę obozu
strzeżoną w oddali przez wartowników zmieniających się co kilka godzin.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz