Kiedyś – jakby to były lata, wieki temu
– natychmiast przywołałbym się do porządku. Otoczyłaby mnie wtedy obojętność, na
jaką zawsze z łatwością się zdobywałem, spowił chłód skuty lodem
podpowiadającym, że moje pochodzenie z zimowej krainy nie jest jedynie zbiegiem
okoliczności. Kiedyś natychmiast bym zrozumiał, ze to co robię jest
niewłaściwe, ale teraz po prostu obserwowałem z nieukrywaną uwagą jak jej usta
układają się do artykułowania słów, których sam sens wcale nie był niewinny.
Teraz z ociąganiem podniosłem wzrok, rozpamiętując ruch różowych ust. Ale nawet
pomimo tego nie straciłem wszystkich zmysłów. Obserwowałem z oddali, w pamięci
przywołując ich smak, uczucie towarzyszące pocałunkom, rwący potok namiętności
i drobne, smukłe dłonie wędrujące po moim ciele.
Na szczęście nie dane było nam
rozwodzić się nad tym, jak mogłyby zakończyć się te słowa. Dziewczyna odwróciła
spojrzenie, a ja nie zamierzałem kontynuować tej rozmowy dążącej w strefy,
które były bolesne dla nas obu. Podniosłem nieco podbródek, a wyraz mojej
twarzy dla przypadkowego przechodzącego obok żołnierza mógł zmienić się w wyraz
wyższości. Ta jednak nie dosięgała oczu. Smutnych, pustych, bezbarwnych,
takich, w jakie obracały się w towarzystwie Esji przez cały ten upływający tydzień
podróży.
Postawiła krok naprzód i sam ten
niewielki gest nieomal popchnął mnie do wykonania kroku w tył tak, żeby balans dystansu
między nami nie uległ żadnej zmianie. Na szczęście, zanim spięte ciało wykonało
jakiś ruch, dziewczyna sama się cofnęła, a ja zrozumiałem, jak bardzo nerwowe
było moje zachowanie, jak mało było w nim swobody. Zupełnie tak, jakbym
narzucił sobie kajdany, sobie i jej, które już teraz utrzymają nas w
odpowiedniej odległości do siebie. Jakbym bał się tego, że kiedy przyjdzie czas
nie będę umiał jej oddać bratu.
Swojemu bratu. Ylvaren miał dostać
Esję.
Jedyną osobę, na której mi zależało.
Jedyną, dla której – jak zrozumiałem już wcześniej – byłem gotowy złamać każdą
zasadę, nawet jeśli ta pochodziła od samego króla.
Rozejrzałem się również, poprowadzony
jej spojrzeniem, nie spiesząc się ani nie widząc niczego dookoła. Każde piękno
bowiem bledło, kiedy tylko ukradkiem zerkałem w bok, na jasną plamę włosów i
mlecznej skóry obecną gdzieś zawsze na krańcach pola widzenia. Każda myśl
czerniała na najlżejszy impuls. Ylvaren będzie miał Esję. Moją Esję. Dostanie ją jak produkt, którym można handlować, ożeni
się z nią i weźmie do swojej sypialni.
Skradnie jej serce.
Ukradł mi przecież wszystko, wszystko
co należało mi się w dziedzictwie naszej rodziny, a teraz dostanie ostatnią
rzecz, której nigdy nie miał posiąść. Kobietę, która była moja. Czarne myśli
mnożyły się i powielały w zaskakującym tempie, aż zrozumiałem, że gapię się na
jej twarz z szeroko rozwartymi oczami, oddychając niespokojnie, że coś mówi,
uśmiechając się przy tym tak smutno.
Tym razem szybciej przywołałem się do
rozsądku, ale echa przypuszczeń, myśli i scenariuszy przyszłości nie chciały
opuścić mojej świadomości i czaiły się tam, zepchnięte poza margines, gotowe
znowu uderzyć.
— To…
Te ziemie są siłą całego naszego królestwa, dolinami obfitości żywiącej cały
kraj, ale uprzedzając pytania, nie, nie w tym leży ich piękno. Właściwie jest
to jedynie praktyczna zaleta, która sprawia, że życie kwitnie tutaj tak bujnie
i obficie. — Podniosłem spojrzenie z jej oczu na jasne niebo. Było zupełni
inne niż to na pustyni, to do którego tak przywykłem w wojskowym obozie. Nie
prażąco białe, ale żywo niebieskie, tak głębokie niczym nieprzeniknione wody, a
jednocześnie o zupełnie innym odcieniu. Takim, którego nie da się odnaleźć w
nawet najczystszym jeziorze. Zmrużyłem powieki, bo nagły kontrast pomiędzy
jasnością słońca zalał moje tęczówki. — Nie.
Piękna tych ziem nie da opisać się w słowach. Tego trzeba doświadczyć.
Myśli o spędzonych tutaj tygodniach
podczas upadających dni lata przemieniających się w jesień wybuchającą setkami
kolorów przynosiły odrobinę ulgi od tamtych myśli. Od zimowych krajobrazów i
łanach pól przykrytych na zawsze grubą warstwą śniegu. Kiedy spojrzałem ponownie
na Esję, zorientowałem się, że żartuje. A lekkość jej tonu była tak
niespodziewana, niczym nagła zmiana pogody.
To również pomogło mi odciągnąć myśli
od wszystkiego, co tylko czekało, aby mnie przytłoczyć. Zaplotłem dłonie za
plecami i pochyliłem głowę do przodu, a później poszedłem wzdłuż boku konia
stojącego nieopodal, tym samym zbliżając się do dziewczyny, chociaż nie
zrobiłem tego w linii prostej do niej.
— Myślę,
że nie poznasz całego ich piękna — odpowiedziałem w końcu, przeskakując o
kilka myśli, a później niespodziewanie zwróciłem do niej głowę; moje spojrzenie
było ostre niczym sztych miecza i cięło powietrze między nami. — Nie teraz, nie podczas tego postoju, bo zostaniemy
tutaj nie więcej, niż kilka dni, a to z pewnością nie wystarczy, żeby poznać
majestat tych dolin. Ale kiedyś, kiedy staniesz się panią własnego domu…
będziesz mogła podróżować. Zwiedzać. Zobaczyć wszystko, czego odmówiono ci od
samego niemowlęcia. Zobaczyć, jak hektary tych pól na wzniesieniach kolorują
miliony wrzosów, obserwować jak barwi je zachód słońca. Widzieć w chłodzie
poranka i upale wieczoru — dokończyłem, wzruszając ramionami do tych słów.
Dopiero później zorientowałem się, że
otworzyłem przed nią własne wspomnienia, chociaż zrobiłem to tak zupełnie
nieświadomie. Chrząknąłem, ale słów cofnąć się nie dało. W końcu również
znalazłem się obok niej, tuż przy jej ramieniu, zwrócony przodem w tą samą
stronę, co ona. Mieliśmy na sobie stroje podróżne, lekką zbroję, a ja przy
pasie miałem przytroczony miecz. I tylko złota obroża świadczyła, że ona jest
kimś innym.
Uśmiechnąłem się kącikiem ust, a
później obróciłem w głowę jej stronę i spojrzałem w dół, prosto w jej oczy.
Przez chwilę wydawało mi się, że nie uda nam się powstrzymać. Nikogo nie było w
okolicy… Nikt nie patrzył. Mieliśmy tą chwilę dla siebie. I wykorzystałem ją.
Zrobiłem to w sposób, który zawsze wybierałem. Patrząc w jej oczy z tą dziwną
czułością przypominałem sobie chwile spędzone razem. Wspomnienia, które
połączyły mnie i ją na zawsze, nadal tak samo żywe i świeże w mojej pamięci.
—
Muszę cię rozczarować, chociaż już napawasz
się swoim małym zwycięstwem — powiedziałem w końcu po długiej,
przeciągającej się w nieskończoną chwilę milczenia wypełnioną tym samym
napięciem, które łączyło nas nie pierwszy raz. Moje usta poruszały się tak
wolno, jakbym nadal nie potrafił nad nimi panować. Stałem prosto. Nie dotykając
jej. — Znam pana tego domu. Ma niezbyt…
Przyjazny stosunek do kapłanek i religii, więc twoja pozycja akurat tutaj w
niczym ci nie pomoże. Nic straconego jednak. Ceni sobie inne walory — zakończyłem
niemal szeptem, nawet nie wiedząc w której chwili pochyliłem się w jej stronę i
znowu podzieliłem przestrzeń między naszymi twarzami.
Gdyby ktoś zobaczył… Nie wyglądało to
już tak zupełnie czysto i niewinnie. Przechyliłem głowę na bok, nie odwracając
wzroku, a ta pojedyncza myśl wcale mnie nie rozproszyła. Wiedząc, że to jedna z
niewielu chwil którą mogę dzielić z Esją nie chciałem dać jej sobie wyrwać.
Jeśli ktoś nas zobaczy, to trudno. Przypłaci te pięć minut mojej przyjemności
śmiercią.
— Wspomnę
mu o tobie dobre słowo — powiedziałem żartobliwie, chociaż nie z
rozbawienia. Ale żarty kształtowały się same. — Z pewnością spojrzy na ciebie dzięki temu przychylniej. —
Zawiesiłem głos. Niemal czułem wibracje w powietrzu, które wprawiały w ruch
moje struny głosowe i całą resztę ciała, które pchały do wykonania jakiegoś
gestu. Ale mięśnie były wytrenowane zbyt dobrze. Moja psychika też nie należała
do słabych. W końcu otworzyłem usta, zdecydowany nawiązać do jej wcześniejszych
słów. — Pięknem jest też to, co do nas
nigdy nie będzie mogło należeć.
A także chwile, które nigdy nie będą
należały do nikogo innego, tylko do nas.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz