Czułam, że oficer mi się przygląda. Przecież doskonale znałam to uczucie, miałam wrażenie, że jego wzrok, ilekroć padnie na moją osobę, powoduje przy okazji jakąś zmianę w otoczeniu, budzi we mnie impulsy, których nie sposób pomylić z czymś innym. Mogłabym więc stać, lubiłam w to wierzyć, w tłumie miliona ludzi, z opaską wywiązaną na oczach i poznać chwilę, w której te jedne, krwistoczerwone, należące do tego jedynego mężczyzny by mnie odnalazły. Jakby coś więcej ciągnęło nas do siebie, nie żądza, a już na pewno nie przypadek, wyższa siła, chociaż takie myśli były herezją. Bo przecież boską wolą przyrzeczono mnie innemu. Taka była moja powinność, ale kiedyś tak to nazywałam, od dłuższego czasu nie powinnością to było, lecz przekleństwem, a znaki na plecach zdawały się z każdym dniem ciążyć bardziej, niż zwykle.
Ja również podążyłam za jego spojrzeniem, kiedy to wbił w niebo. Błękitne, takie, które opisuje się bez wątpienia w balladach, może takie do którego kiedyś Nevan będzie porównywał kolor moich oczu? Chciałabym wiedzieć, że patrząc w niebo będzie o mnie myślał. Chciałabym wiedzieć, że będzie myślał, że nigdy nie zapomni... Bo nie zrobi tego, prawda? Nie odnajdzie ukojenia w samotności, albo co gorsza, w ramionach innej? Na pewno będą inne. Nie, nie chciałam o tym teraz myśleć, przerażona wizjami, jakie moja wyobraźnia karmiona lękiem przed tym, co mnie czeka mogłaby mi podsunąć. Dobrze więc się stało, że mężczyzna przerwał ciszę, chociaż przyznaję, byłam zbyt rozkojarzona, by wyłapać każde z jego słów. Przynajmniej z początku.
W zasadzie niewielka to była strata, chociaż wstyd byłoby się przyznać przed Nevanem, że mało mnie obchodzi siła całego naszego królestwa. Obawiam się, że tym podejściem mogłabym go rozgniewać, ale w tej chwili taka właśnie była prawda. Bo ja też byłam elementem tej siły i mi również pozwolono rozkwitać z uwagi na praktyczne zalety. Być może tą myślą poczułam bliższą więź z widokiem, jaki rozpościerał się przed moimi oczami.
Więc tak to wygląda... piękno, którego nie da się opisać, a jedynie doświadczyć. Czy dane mi będzie to zrobić? Czy kiedykolwiek nadarzy się ku temu okazja? Nigdy nie zapytałam o to na głos, więc wielkie było moje zdziwienie, gdy oficer przemieścił się nieco, a zaraz... odpowiedział mi tak, jakby czytał w moich myślach. Przez to na twarzy wymalował mi się wyraz zdziwienia. Wraz z upływem czasu, z tym jak do kilku słów dochodziły kolejne wyraz ten się zmieniał. Powinnam poczuć się lepiej, prawda? Wyłapać z jego wypowiedzi sens, jaki jasno mówił, że dane mi będzie doświadczać, ale tak się nie stało. Bo ja zatrzymałam się wcześniej. Gdy powiedział, że będę panią własnego domu. Miałam ochotę mu przerwać i wykrzyknąć, że nie chcę być żadną panią żadnego domu, że ten nigdy nie będzie mój własny, jeśli i jego nie będzie. Dobrze więc, że się powstrzymałam, taka manifestacja nie byłaby rozsądna.
- Ładna to wizja. Zakłada, że będzie mi wolno o sobie decydować. Jeśli tak będzie na pewno zobaczę to wszystko, nie odmówię sobie takich widoków - znów nie potrafiłam wykluczyć jakiegoś smutku, jaki czaił się w tych słowach. Po prostu nie byłam w stanie, a nie chciałam pozostawiać ich bez odpowiedzi. Pewne było, że gdzieś tam czekał na mnie jakiś mężczyzna, więc może warto było nastawiać się do niego pozytywnie? Wierząc, że będzie to człowiek dobry, opiekuńczy, pozostawiający wiele swobody? Wówczas... wówczas łatwiej by mi było być żoną złą, zdradliwą, nienawidzącą go za to, że ma do mnie więcej praw, niż ukochany mężczyzna.
Zerknęłam na Nevana, bo ta myśl była niebezpiecznie drażliwa, a jego twarz zawsze miała w sobie coś w rodzaju rozgrzeszenia. Wolałam mu o tym nie mówić, bo był to swoisty paradoks, jednak za każdym razem, gdy w myślach zdarzało mi się dostrzegać moje winy łatwiej było mi je znieść, kiedy miałam go przed oczami. Bo wówczas tłumaczyłam samą siebie tym, że mam powody, że on nim jest i na bogów, na pewno jest tego wart.
Teraz jednak nie musiałam przejmować się wyrzutami sumienia, bo dotarło do mnie, jak blisko się znajdował. Bardzo blisko. Na tyle, by w powietrzu wyczuć zapach jego skóry. Kiedy tak na mnie patrzył, z tym uśmiechem z tą czułością, z tym wszystkim, co już zdążyłam poznać i co było tylko nasze, a może tylko moje... och, jakże miałabym nie odpowiedzieć tym samym? Jak miałam wzbronić sercu by te przyspieszyło znacząco, obijając się boleśnie o żebra.
Chciałam go dotknąć, bardziej niż kiedykolwiek, a przynajmniej teraz tak mi się wydawało. Byłam gotowa za to umrzeć, za ten jeden dotyk. Zdałam sobie z tego sprawę, że on jest tego wart, nawet w męczarniach, w najgorszych, jakie ten świat przewidział. Dam radę, tylko na bogów, chcę móc się z nim pożegnać, tak jak żegnają się kochankowie, a nie nieznajomi. Chciałam znów być na pustyni, w jego namiocie, w bali z wodą, podczas wieczoru, gdy pierwszy raz do niego dołączyłam i w każdą kolejną noc, gdy miałam go obok. Niezależnie od tego, jak niegodziwe były to myśli. Pragnęłam go poczuć przy sobie, utonąć w jego ramionach. Jeszcze moment, a zarumieniłabym się do własnych wspomnień, ale jego głos sprowadził mnie na ziemię.
Zmarszczyłam nieco nosek, gdy dotarł do mnie sens jego słów. Żartobliwy. Tak samo, jak moje własne. Tylko ten szept... tak trudno było się skupić. Poza tym dopadła mnie frustracja, z trudem sobie z nią radziłam, jak i z tym, że nie mogę zrobić tego, co niegdyś było możliwe.
- Z tego, co mówisz, właściciel tego domostwa to jakiś niegodziwiec i heretyk! - mruknęłam z naganą w głowie, ostro, ale nie podnosząc głosu. Ten zniżyłam do tego samego szeptu, którym on się posługiwał. Inna kwestia, zupełnie nieistotna to fakt, że chyba byłam ostatnią osobą na świecie, która powinna innym wytykać herezję.
Dopowiedzenie czegoś jeszcze było niemożliwe. A przynajmniej nie od razu. Atmosfera dalej się zmieniała, przytłaczała mnie w najbardziej przyjemny sposób, jaki tylko istniał. Był tak blisko, bardzo blisko. Czułam, że mnie pocałuje, marzyłam o tym, żeby to zrobił, bogowie, jak ja tego teraz pragnęłam, wyczekiwałam jak zaczerpnięcia powietrza w chwili znajdowania się pod powierzchnią wody. Nie mogłam tak się mamić, musiałam być silna, może to była jakaś próba?
Zawahałam się na moment i dosłownie na sekundę straciłam kontakt z tym uniesieniem i fascynacją. Spochmurniałam. To, co do nas nigdy nie będzie należeć. Bolało. Chciało bym się złamała. Być może to bym zrobiła, ale kiedy dotarło do mnie, jak mało będzie chwil takich jak ta, coś się zmieniło. Zmrużyłam oczy, wściekle i z determinacją. Zacisnęłam dłonie w pięści.
- Pięknem będzie to, czego nikomu nie pozwolę nam zabrać - powiedziałam z siłą, nie panując nad tym, unosząc się nieco na palcach, w jego kierunku i kiedy zdałam sobie z tego sprawę, z tej chwilowej utraty świadomości, moje serce zabiło na powrót panicznym tempem, a na twarzy w jednej chwili wykwitł ten znany mu rumieniec, który ostatnimi dniami wcale tam nie gościł. - Więc... - zmieszałam się nieco, szukając w pamięci co było przed tym moim małym manifestem. - Co dokładnie mu o mnie powiesz? Jakie dobre słowo? - wyszeptałam i jakoś tak, wzrok mój zjechał w dół na jego usta. Rozchyliłam własne wargi, nadal stałam na palcach. Dookoła nikogo nie było, byliśmy osłonięci, kiedy następnym razem będę go miała tak blisko siebie.
- Chcę ciebie pocałować - powiedziałam to tak cicho, a przy tym tak dosadnie. - Chcę znacznie więcej, niż jeden pocałunek... - dodałam, jak w jakimś transie. - Mogę? - Zapytałam jeszcze, ale nigdy nie miała doczekać odpowiedzi, musiałam chociażby dotknąć jego warg i to też zrobiłam, skubnęłam ich, delikatnie, nie tak, jak on mnie nauczył. Było to takie niewinne, dziecięce, a przy tym i tak niezwykle niebezpieczne i łamiące wszystkie zasady. Zaledwie musnęłam tych spierzchniętych wargi i zrobiłam maleńki kroczek w tył. Zbyt mały, aby zwiększyć dystans. - Przepraszam. Nie zgodziłbyś się - wyjaśniłam, zwilżając zaraz wargi, wzrokiem zjeżdżając nieco niżej. Wcale nie zaspokoiłam swoich pragnień, rozbudziłam je jeszcze bardziej, silniej pożądając jego bliskości. Krew szumiała mi w uszach.
Pozwoliłam sobie na chwilę ciszy, jakby to miało pomóc. Nie pomogło. Znów miałam ochotę prosić, abyśmy uciekli, teraz zaraz. Natychmiast. Jak najdalej. Gdzieś gdzie dane mi będzie się nim nacieszyć.
- Nie możesz się o to gniewać - rzuciłam nagle, jakby już siebie tłumacząc. Tak dla pewności, tak asekuracyjnie, nadal z pieczeniem na twarzy i rozstrojonym tempem oddechu. - Nie jestem tobą, nie mam tak silnej woli. Nawet nie wiesz od ilu dni wyobrażam sobie, że mogę złapać twoją dłoń, przecież możemy więcej ryzykować, nie musimy być aż tacy ostrożni... - ciągnęłam, rumieniąc się tym mocniej, a już na pewno zjeżdżając spojrzeniem jeszcze niżej, byle dalej od oczu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz