Mózg ciągle płatał mi te same figle.
W ostatecznym rozrachunku ja również
jestem tylko człowiekiem. Takim, który przejawy słabości uznaje za porażkę jak
i takim, któremu niełatwo zaakceptować własną bezsilność wobec nie tylko uczuć,
ale i sytuacji. Teraz nie mogłem zrobić nic, co powstrzymałoby machinę
poruszoną do życia. Ludzie czcili bogów, stworzyli kapłanki, wysługiwali się
nimi, próbując zmyć własne przewinienia. To nasze społeczeństwo wynalazło te
kajdany, w których teraz się znalazłem. Ono oraz moja własna, do tej pory
nieznana słabość. Jedyna, jaką mogłem zaakceptować w sobie samym, bo dotyczyła
Esji.
A więc byłem człowiekiem, który
poddawał się tym słabościom jak każdy inny byt.
I tak własne zdradliwe myśli rozpoczynały
się błędnie w wielu przypadkach słowem jeśli,
zamiast kiedy. Jeśli przyjdzie się
nam pożegnać. Jeśli będziemy musieli podążyć ścieżkami, które przetną się nie
raz, ale nigdy w sposób taki, jaki byśmy sobie życzyli. Jeśli ją komuś oddam.
Jeśli ją stracę.
Poprawiałem sam siebie nieustannie w
tych powielających się błędach, ale rygor wobec tej części świadomości, która
łączyła się z kapłanką wymagał coraz więcej wysiłku, którego coraz mniej
chciałem podejmować z własnej woli. Ale żołnierskie szkolenie i dyscyplina
wojskowa po raz kolejny okazywały się zbawienne i ponownie przychodziły z
pomocą nad tym niecodziennym problemem.
I dlatego kiedy przyjdzie mi ją oddać
w ramiona mojego młodszego brata chcę pamiętać chwile takie, jak ta. Gdzieś w
powietrzu wisiała ciężka lawina, ale jeszcze pod nią oddychaliśmy. Tylko w ten
sposób miałem szansę ruszyć naprzód, jeśli… kiedy
to wszystko się skończy. I jeżeli sposób na przetrwanie faktycznie istniał, to
znajdował się w tych chwilach przecinających się spojrzeń i narastającego
napięcia. W chwilach, kiedy w oczach Esji gasła determinacja, żeby się
powstrzymywać – a może jej tam nigdy nie było. Może pomimo całego życia
spędzonego w zamknięciu to właśnie ona z naszej dwójki wiedziała lepiej, co
teraz należy zrobić, a ja, niech to wszystkie księżyce, ja widząc to nie
zamierzałem wykonać choćby gestu, żeby ją powstrzymać.
Reakcja Esji na moje słowa wprawiła
mnie w lepszy nastrój. Nie tylko dlatego, że w swoim osądzie nie pomyliła się
nawet o centymetr – opisała mnie słowami, których prawdopodobnie nigdy nie
użyłaby otwarcie w stosunku do mnie i było to tak szczere, że nie sposób się
było złościć. Uniosłem brwi, rozluźniłem spięte mięśnie barków i wtedy moja sylwetka
zyskała nieco na nonszalancji.
— Doceniam
szczerość opinii i oceny tego człowieka — nie drgnął żaden mięsień mojej
twarzy, poza tymi używanymi do mówienia —
ale lepiej dla naszej dwójki, jeśli w jego obecności pohamujesz je trochę.
Odrobinę. Rozumiesz, jest naszym gospodarzem, a tego lepiej nie obrażać, jeśli
nie chce się skończyć na całej nocy w wychodku, w najlepszej sytuacji.
Bawiła mnie ta rozmowa podszyta
znaczeniem, którego Esja nie rozumiała dlatego, że wyobrażałem sobie co powie i
jak zareaguje, kiedy już dowie się prawdy. Na razie jednak ten temat został
zepchnięty na dalszy plan. Wszystko przez sposób, w jaki się poruszyła i w jaki
doskonale przewidziałem, co zrobi. Częściowo dlatego, że powiedziała to na
głos, ale jej ciało mówiło znacznie bardziej dosadnie. Jej spojrzenie
przepełnione emocjami zdradzało wszystko, tak samo jak dłonie, całe ciało
zwrócone naturalnie w moim kierunku. Wystarczyło, żeby ktoś wyszedł zza tego nasypu,
żeby…
Nie przymknąłem oczu, na ustach czując
ten pocałunek tak samo, jakby zaledwie motyl smagnął je swoimi skrzydłami. Ten
niewielki gest sprawił, że ciężki, gorący kamień opadł na dno mojego żołądka, a
uśmiech zniknął z twarzy.
Byliśmy tutaj, razem, chociaż nikt nigdy nie
spojrzałby na to z aprobatą. Byliśmy przeciwko całemu światu. Bezmyślni i
naiwni, jak ta dwójka podlotków. Ja też taki byłem w tej chwili. Wtedy, kiedy
nabrałem ze świstem powietrze w płuca, kiedy złapałem ją za łokieć i
przyciągnąłem do siebie z zaskakującą siłą, zupełnie jakby była listkiem na
wietrze, nic nieważącym. I wtedy, kiedy moje wygłodniałe usta ponownie
odnalazły te należące do niej. Kiedy moje ręce otoczyły jej ramiona.
Musieliśmy
być ostrożni, ale coś się zmieniło, coś przeskoczyło, niczym iskra, od której
zaczyna się cały pożar, coś spowodowanego tym jednym pocałunkiem, jedyną
pieszczotą, jedynym dotykiem jej ciała od zbyt wielu dni. I, kto wie?, może
ostatnim na zawsze. Bo myśl, że może nie być nam dane się do siebie zbliżyć
popchnęła mnie do tego gestu, do odnalezienia jej ust, do całowania ich
zapalczywie, zachłannie, jakby każdy kolejny pocałunek był nabieraniem
powietrza do ust przed zanurzeniem się pod wodę. Jakby był porcją tlenu dla
tonącego człowieka. Zatraciłem się w tej chwili. I mogłem przypłacić to czymś o
wiele cenniejszym, niż moim życiem. Życiem Esji.
W końcu odchyliłem głowę do tyłu,
otworzyłem oczy i napotkałem te jasnoniebieskie, należące do niej. Były
wszystkim, czego brakowało w moim życiu, a z czego nawet nie zdawałem sobie
sprawy. I miały stać się cierpieniem przewyższającym inne, wszystkie inne
doświadczone w tym życiu. Miały być stratą czegoś odnalezionego w sposób, w
którym nawet dla mnie był boski pierwiastek.
— Musimy
być ostrożni — wysyczałem w końcu, oddychając szybko i nawet tego nie
ukrywając. — Musimy… Musimy.
I pochyliłem głowę, obniżyłem całe
swoje ciało po to, żeby schować głowę w zagięciu jej szyi, żeby jeszcze na
krótki moment przedłużyć chwilę, w której byliśmy na tej równinie sami, niczym
nieograniczeni. Dopiero później wyprostowałem się wolno, z ociąganiem. I tak
oto ta wykradziona szczęśliwa chwila dobiegła końca, a moje ramiona i klatka
piersiowa natychmiast przeszył nieprzyjemny chłód. Nie taki, któremu można było
zapobiec ubierając na siebie coś ciepłego.
— Pospiesz
się, najświętsza. Gospodarz nie będzie zadowolony, jeśli pojawimy się po porze
obiadowej, chociaż kto wie, może te dobre słowa go udobruchają — uniosłem
kącik ust, a później także wewnętrzne krańce brwi. Chociaż ton tych słów był
oficjalny, to na twarzy nadal zostało wspomnienie pocałunku. — A jakie to będą, to już tajemnica moja i
jego.
Postawiłem krok w tył i skłoniłem się płytko,
sztywno, chociaż na mojej twarzy nie było oficjalnego wyrazu. Dopiero, kiedy
obróciłem się przez ramię powróciła obojętność, do której również było mi teraz
daleko. Ale przedstawienie trwało dalej. Chwyciłem wodze swojego wierzchowca i
dwóch innych, sprawnie przechodząc pod zgrzaną, spoconą szyją konia i
pociągnąłem je wszystkie w stronę niewielkiego obozu, gdzie znajdowała się z
pewnością reszta żołnierzy. Nie obróciłem się, żeby przez ramię jeszcze raz
spojrzeć na Esję. Przed moimi oczami rozciągnął się widok na pola uprawne,
znajome, kolorowe plamy falujące aż po horyzont. Spomiędzy moich warg wyrwało
się westchnienie, a później bacznie przyglądnąłem się niewielkiemu wozowi,
dookoła którego odpoczywali ludzie.
— Do
roboty! Siodłać konie, zaprzęgnąć wóz! — podniosłem głos, ściągając groźnie
brwi, a widząc, że na niespodziewany tembr mojego głosu wszyscy podrywają się
do pionu lekko pokiwałem głową. — Leniwe
skurwysyny — mruknąłem sam do siebie, schodząc w dół miękkiego zbocza z wodzami
wierzchowców w dłoni. Kiedy znalazłem się w zasięgu głosu całej jednostki,
wypuściłem je tak, żeby mężczyźni mogli odebrać swoje zwierzęta. — Wracamy na
trakt, na pierwszym rozdrożu kierujemy się na południe. Trzymamy tempo. Nie
chcę tu widzieć żadnego opierdalania się! Zboczymy z trasy, zaledwie o pół
godziny.
Jak na sygnał tych słów, jeden z
wojskowych wyszedł z krzaków po mojej prawej niechlujnym krokiem, przetarł
ramieniem nos, a później splunął w bok. Patrzyłem na niego otwarcie, podobnie
jak reszta zebranych.
Dopiero po wszystkich wyżej
wymienionych czynnościach podciągnął gacie i schował swoje przyrodzenie, do tej
pory częściowo widoczne między fałdami spodni.
Zakląłem siarczyście, a on natychmiast stanął
w pionie, zasalutował i rzucił do pomocy przy pracy reszcie orszaku.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz