poniedziałek, 14 stycznia 2019

CCLIV


        Mózg ciągle płatał mi te same figle.
        W ostatecznym rozrachunku ja również jestem tylko człowiekiem. Takim, który przejawy słabości uznaje za porażkę jak i takim, któremu niełatwo zaakceptować własną bezsilność wobec nie tylko uczuć, ale i sytuacji. Teraz nie mogłem zrobić nic, co powstrzymałoby machinę poruszoną do życia. Ludzie czcili bogów, stworzyli kapłanki, wysługiwali się nimi, próbując zmyć własne przewinienia. To nasze społeczeństwo wynalazło te kajdany, w których teraz się znalazłem. Ono oraz moja własna, do tej pory nieznana słabość. Jedyna, jaką mogłem zaakceptować w sobie samym, bo dotyczyła Esji.
        A więc byłem człowiekiem, który poddawał się tym słabościom jak każdy inny byt.
        I tak własne zdradliwe myśli rozpoczynały się błędnie w wielu przypadkach słowem jeśli, zamiast kiedy. Jeśli przyjdzie się nam pożegnać. Jeśli będziemy musieli podążyć ścieżkami, które przetną się nie raz, ale nigdy w sposób taki, jaki byśmy sobie życzyli. Jeśli ją komuś oddam.
        Jeśli ją stracę.
        Poprawiałem sam siebie nieustannie w tych powielających się błędach, ale rygor wobec tej części świadomości, która łączyła się z kapłanką wymagał coraz więcej wysiłku, którego coraz mniej chciałem podejmować z własnej woli. Ale żołnierskie szkolenie i dyscyplina wojskowa po raz kolejny okazywały się zbawienne i ponownie przychodziły z pomocą nad tym niecodziennym problemem.
         I dlatego kiedy przyjdzie mi ją oddać w ramiona mojego młodszego brata chcę pamiętać chwile takie, jak ta. Gdzieś w powietrzu wisiała ciężka lawina, ale jeszcze pod nią oddychaliśmy. Tylko w ten sposób miałem szansę ruszyć naprzód, jeśli… kiedy to wszystko się skończy. I jeżeli sposób na przetrwanie faktycznie istniał, to znajdował się w tych chwilach przecinających się spojrzeń i narastającego napięcia. W chwilach, kiedy w oczach Esji gasła determinacja, żeby się powstrzymywać – a może jej tam nigdy nie było. Może pomimo całego życia spędzonego w zamknięciu to właśnie ona z naszej dwójki wiedziała lepiej, co teraz należy zrobić, a ja, niech to wszystkie księżyce, ja widząc to nie zamierzałem wykonać choćby gestu, żeby ją powstrzymać.
        Reakcja Esji na moje słowa wprawiła mnie w lepszy nastrój. Nie tylko dlatego, że w swoim osądzie nie pomyliła się nawet o centymetr – opisała mnie słowami, których prawdopodobnie nigdy nie użyłaby otwarcie w stosunku do mnie i było to tak szczere, że nie sposób się było złościć. Uniosłem brwi, rozluźniłem spięte mięśnie barków i wtedy moja sylwetka zyskała nieco na nonszalancji.
        Doceniam szczerość opinii i oceny tego człowieka — nie drgnął żaden mięsień mojej twarzy, poza tymi używanymi do mówienia — ale lepiej dla naszej dwójki, jeśli w jego obecności pohamujesz je trochę. Odrobinę. Rozumiesz, jest naszym gospodarzem, a tego lepiej nie obrażać, jeśli nie chce się skończyć na całej nocy w wychodku, w najlepszej sytuacji.
        Bawiła mnie ta rozmowa podszyta znaczeniem, którego Esja nie rozumiała dlatego, że wyobrażałem sobie co powie i jak zareaguje, kiedy już dowie się prawdy. Na razie jednak ten temat został zepchnięty na dalszy plan. Wszystko przez sposób, w jaki się poruszyła i w jaki doskonale przewidziałem, co zrobi. Częściowo dlatego, że powiedziała to na głos, ale jej ciało mówiło znacznie bardziej dosadnie. Jej spojrzenie przepełnione emocjami zdradzało wszystko, tak samo jak dłonie, całe ciało zwrócone naturalnie w moim kierunku. Wystarczyło, żeby ktoś wyszedł zza tego nasypu, żeby…
        Nie przymknąłem oczu, na ustach czując ten pocałunek tak samo, jakby zaledwie motyl smagnął je swoimi skrzydłami. Ten niewielki gest sprawił, że ciężki, gorący kamień opadł na dno mojego żołądka, a uśmiech zniknął z twarzy.
        Byliśmy tutaj, razem, chociaż nikt nigdy nie spojrzałby na to z aprobatą. Byliśmy przeciwko całemu światu. Bezmyślni i naiwni, jak ta dwójka podlotków. Ja też taki byłem w tej chwili. Wtedy, kiedy nabrałem ze świstem powietrze w płuca, kiedy złapałem ją za łokieć i przyciągnąłem do siebie z zaskakującą siłą, zupełnie jakby była listkiem na wietrze, nic nieważącym. I wtedy, kiedy moje wygłodniałe usta ponownie odnalazły te należące do niej. Kiedy moje ręce otoczyły jej ramiona.
        Musieliśmy być ostrożni, ale coś się zmieniło, coś przeskoczyło, niczym iskra, od której zaczyna się cały pożar, coś spowodowanego tym jednym pocałunkiem, jedyną pieszczotą, jedynym dotykiem jej ciała od zbyt wielu dni. I, kto wie?, może ostatnim na zawsze. Bo myśl, że może nie być nam dane się do siebie zbliżyć popchnęła mnie do tego gestu, do odnalezienia jej ust, do całowania ich zapalczywie, zachłannie, jakby każdy kolejny pocałunek był nabieraniem powietrza do ust przed zanurzeniem się pod wodę. Jakby był porcją tlenu dla tonącego człowieka. Zatraciłem się w tej chwili. I mogłem przypłacić to czymś o wiele cenniejszym, niż moim życiem. Życiem Esji.
        W końcu odchyliłem głowę do tyłu, otworzyłem oczy i napotkałem te jasnoniebieskie, należące do niej. Były wszystkim, czego brakowało w moim życiu, a z czego nawet nie zdawałem sobie sprawy. I miały stać się cierpieniem przewyższającym inne, wszystkie inne doświadczone w tym życiu. Miały być stratą czegoś odnalezionego w sposób, w którym nawet dla mnie był boski pierwiastek.
        Musimy być ostrożni — wysyczałem w końcu, oddychając szybko i nawet tego nie ukrywając. — Musimy… Musimy.
        I pochyliłem głowę, obniżyłem całe swoje ciało po to, żeby schować głowę w zagięciu jej szyi, żeby jeszcze na krótki moment przedłużyć chwilę, w której byliśmy na tej równinie sami, niczym nieograniczeni. Dopiero później wyprostowałem się wolno, z ociąganiem. I tak oto ta wykradziona szczęśliwa chwila dobiegła końca, a moje ramiona i klatka piersiowa natychmiast przeszył nieprzyjemny chłód. Nie taki, któremu można było zapobiec ubierając na siebie coś ciepłego.
        Pospiesz się, najświętsza. Gospodarz nie będzie zadowolony, jeśli pojawimy się po porze obiadowej, chociaż kto wie, może te dobre słowa go udobruchają — uniosłem kącik ust, a później także wewnętrzne krańce brwi. Chociaż ton tych słów był oficjalny, to na twarzy nadal zostało wspomnienie pocałunku. — A jakie to będą, to już tajemnica moja i jego.
        Postawiłem krok w tył i skłoniłem się płytko, sztywno, chociaż na mojej twarzy nie było oficjalnego wyrazu. Dopiero, kiedy obróciłem się przez ramię powróciła obojętność, do której również było mi teraz daleko. Ale przedstawienie trwało dalej. Chwyciłem wodze swojego wierzchowca i dwóch innych, sprawnie przechodząc pod zgrzaną, spoconą szyją konia i pociągnąłem je wszystkie w stronę niewielkiego obozu, gdzie znajdowała się z pewnością reszta żołnierzy. Nie obróciłem się, żeby przez ramię jeszcze raz spojrzeć na Esję. Przed moimi oczami rozciągnął się widok na pola uprawne, znajome, kolorowe plamy falujące aż po horyzont. Spomiędzy moich warg wyrwało się westchnienie, a później bacznie przyglądnąłem się niewielkiemu wozowi, dookoła którego odpoczywali ludzie.
        Do roboty! Siodłać konie, zaprzęgnąć wóz! — podniosłem głos, ściągając groźnie brwi, a widząc, że na niespodziewany tembr mojego głosu wszyscy podrywają się do pionu lekko pokiwałem głową. — Leniwe skurwysyny — mruknąłem sam do siebie, schodząc w dół miękkiego zbocza z wodzami wierzchowców w dłoni. Kiedy znalazłem się w zasięgu głosu całej jednostki, wypuściłem je tak, żeby mężczyźni mogli odebrać swoje zwierzęta. — Wracamy na trakt, na pierwszym rozdrożu kierujemy się na południe. Trzymamy tempo. Nie chcę tu widzieć żadnego opierdalania się! Zboczymy z trasy, zaledwie o pół godziny.
        Jak na sygnał tych słów, jeden z wojskowych wyszedł z krzaków po mojej prawej niechlujnym krokiem, przetarł ramieniem nos, a później splunął w bok. Patrzyłem na niego otwarcie, podobnie jak reszta zebranych.
        Dopiero po wszystkich wyżej wymienionych czynnościach podciągnął gacie i schował swoje przyrodzenie, do tej pory częściowo widoczne między fałdami spodni.
        Zakląłem siarczyście, a on natychmiast stanął w pionie, zasalutował i rzucił do pomocy przy pracy reszcie orszaku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/