Stopy nie zdążyły jeszcze dotknąć podłoża całą swoją płaszczyzną, a znów siła jakaś, dobrze mi znana, bo płynąca od niego zmusiła mnie na powrót do tego, by stanąć na palcach. Nie oponowałam, może nawet liczyłam na to, że tam gdzie mój wstyd mnie powstrzymuje, tam jego podsyca do działania. Jak forma pewnego rodzaju uzupełnienia, bo w końcu byliśmy tak różni, całkiem inni, a mimo to oddani sobie i uczuciu, które nas połączyło.
Przyjęłam jego pocałunek, jak porcję wody po latach tułaczki po gorących pustyniach, jak jedyną nadzieję na to, że uda mi się dożyć kolejnego dnia, godziny, sekundy. Chciałam zapamiętać każdy szczegół, najmniejszy, zachłannie czerpiąc z tej pieszczoty, a z tyłu głowy rodził się strach, bo wiedziałam, że im dalej się w nią zatracam, tym bliższy jest jej koniec. Ten nastąpi, wiedziałam o tym doskonale, a mimo to była nadzieja, że może już zawsze, może już bezkreśnie pozostaniemy tutaj dla siebie, w tym objęciu, w łączeniu ust. Absurd tak łatwy do obalenia, wizja, w którą nie sposób było uwierzyć, nawet najbardziej naiwnej istocie na świecie, ale nadzieja była przecież wszystkim, co miałam. Bo on, chociaż był mój, to w obliczu ludzkich i boskich praw mym nigdy nie będzie. Jedynie zgodnie z zasadami, jakieśmy sobie sami wyznaczyli mogłam go tak nazywać.
Jego usta równocześnie były takie, jakimi je zapamiętałam i inne całkowicie. Zawsze tak było, znajome uczucie mieszało się z jeszcze nowszymi doznaniami i dlatego miały mi się nigdy nie znudzić. Dlatego nie pozwoliłam sobie na pytania, co będę czuła, gdy mój przyszły mąż będzie mnie całował. Czy będzie to równie miłe? Czy może obrzydliwe? Czy będzie w tym tak sprawny, jak Nevan? Nie, nie pozwoliłam sobie na żadne z tych pytań, bo gdybym dała im się pochłonąć, zniszczyłabym tą piękną chwilę, a tych mieliśmy nie mieć wcale tak wiele.
Otworzyłam oczy instynktownie, na ułamek sekundy przed nim, więc mogłam widzieć, jak on robi to samo, jak unosi powieki, by po chwili ukazać mi te niesamowite czerwone tęczówki, które niegdyś mnie przerażały. Teraz... wiedziałam doskonale, że nadal mają tą moc, że gdyby chciał z łatwością zrodziłby we mnie strach, ale właśnie w tym tkwił sęk. Nie chciał tego robić, tam gdzie inni mieli napotkać jego pogardę, opór, tam ja spotykałam coś całkiem innego.
Sama musiałam zabrać powietrza, ale podobało mi się, że i on nie był tak opanowany, jak zwykle. Fascynacja rodziła się gdzieś w dole brzucha, a podjudzała ją tylko myśl, że mogliśmy zostać przyłapani. Takie podejście nie było dobre, ale nie mogłam z nim walczyć, z tym, co czułam. Ostatecznie tłumaczyłam siebie tym, że nic złego się nie stało.
Zaprzeczył moim słowom i może powinnam była przez to poczuć jakąś złość, może ukucie żalu, ale przecież to tylko potwierdzało to, co już wiedziałam doskonale. Byliśmy tacy różni. Dlatego też mimo, że sposób w jaki się odezwał nie był najdelikatniejszy, na mojej twarzy zamajaczył uśmieszek.
- Musimy - powtórzyłam cichutko po nim, przygryzając na moment wargę ust. - Ale nie aż tak - dodałam swoje wcześniejsze słowa, pod nosem, ale jednak. Lubiłam się z nim czasem nie zgadzać, nieco spierać, jakbyśmy byli dwójką normalnych ludzi, którzy mogą sobie na to pozwolić, a nie dwójką ludzi, których los potraktował tak okrutnie.
Uniosłam ręce, obejmując go w chwili, w której ciężar jego ciała spoczął na moim ramieniu. Wdychałam jego zapach, rozkoszując się tym, że mam go jeszcze przy sobie i nie zwracając uwagi na nic innego. A nim się nasyciłam, on zdążył się już odsunąć.
- Zaczynam wątpić w to, jak czy przez dobre słowa rozumiemy to samo - mruknęłam z nieskrywanym przekąsem. Nim jeszcze zdążył odejść pozwoliłam sobie stanąć nieco pewniej. - Poza tym nie doceniasz mnie oficerze, nadal nie miałam okazji użyć w praktyce tego, czego uczyła mnie Freya jeszcze w obozie. Może więc sama będę w stanie udobruchać naszego gospodarza, jeśli zajdzie potrzeba - mruknęłam, jak gdyby nigdy nic. Bo czułam, że Nevan w jakiś sposób robi sobie ze mnie żarty, równocześnie jednak nie rozumiejąc o co dokładnie się tutaj rozchodzi. Mimo to nie chciałam zostać w tyle.
Odczekałam chwilę, odprowadzając go wzrokiem. Pomyśleć, że jeszcze kilkanaście minut temu byłam w wyjątkowo ponurym nastroju. Aktualnie natomiast ten nie był taki zły. W prawdzie moje przeznaczenie się nie zmieniło, ale... tęsknota do niego została nieco przygaszona. Wiedziałam, że jej ogrom znów mnie dopadnie, ale przynajmniej jeszcze nie teraz. Z takim też nastawieniem wróciłam do ludzi. Nieco jeszcze rozkojarzona pocałunkiem, mając go w pamięci, czując na ustach. Może dlatego mój wzrok tak obojętnie spoczął na jednym z ludzi Nevana i dopiero po chwili...
- Na wielkiego Arethorna! - pisnęłam, orwracając się natychmiast i zasłaniając jeszcze dodatkowo oczy dłonią, czując, jak robię się cała czerwona.
- Jaki on tam wielki... - usłyszałam gdzieś z boku, ale nie widziałam kto to powiedział, chyba nawet nie chciałam szukać właściciela tych słów, szybko kierując się do swojego konia. Może i nie było mi spieszno do celu, ale faktycznie w tych okolicznościach wolałam czym prędzej wrócić na szlak.
Niebawem wszyscyśmy ruszyli, a ja teraz zaczęłam zwracać uwagę na otoczenie. Nie znałam takiej przyrody, ta była tu żywa, zdawała się być taka soczysta i przejmująca. Gdyby Nevan nie zwrócił na nią uwagi, umknęłyby mi te wszystkie widoki, które teraz budziły mój zachwyt. Chciałam puścić się galopem, poczuć pęd we włosach, miałam na to wielką ochotę, ale obawiałam się, że oficer nie pochwalałby takiego postępowania. Dlatego też zdusiłam je w sobie, ale nie nazbyt długo. O ile jechaliśmy między drzewami, o tyle było łatwiej, ale kiedy konie skierowały się na ścieżkę pnącą się w górę, na wzgórze porośnięte zielenią, moje serce zabiło szybciej od zachwytu.
- Czy to tam udajemy się na postój? - zagadnęłam jednego z żołnierzy, brodom wskazując fragment budowli majaczącej między prostymi cyprysami.
- Tak najświętsza - skłonił się nisko i miałam wrażenie, że chciał powiedzieć coś jeszcze, ale nie dałam mu ku temu okazji. Spięłam konia, a ten pognał na przód pochodu, gdzie znajdował się Nevan. Nawet się przy nim nie zatrzymałam.
- Tu nic mi nie grozi, pozwól mi wejść w galop, oficerze - sapnęłam, ale przecież nigdy nie poczekałam na jego odpowiedź. Wręcz przeciwnie, zmusiłam Amalteę do jeszcze większej szybkości i nie dbając o to, co wolno, a czego nie puściłam się przed siebie, żałując, że po pokonaniu pochodu droga nie była już długa. Zbyt krótka, by się nacieszyć, ale to straciło na znaczeniu, gdy bujna zieleń ustąpiła, a moim oczom ukazała się budowla. Prosta, duża, ale bez wątpienia prosta. Z ciepłych w barwie kamieni, ustrojona tą intensywną zielenią, z kostką wyłożoną przed włościami. Nim kopyta mojej klaczy wystukały na niej jakikolwiek dźwięk pociągnęłam za wodze z paniką, której sama nie rozumiałam, a Amaltea parsknęła niezadowolona, hamując przed samą bramą, a w zasadzie w niej już będąc.
Zatrzymałam się szerzej otwierając oczy. Coś... coś z tym miejscem było nie tak. Jakbym już je widziała, chociaż to nie było możliwe. Nie tak było też to, jak te na mnie działało, ale może to tylko urok nieznanej wcześniej architektury? Takiej pięknej, że niewiele myśląc, zapominając o tym, że nie jestem u siebie, a gospodarz nie jest przychylny kapłanką, wsunęłam się z siodła, opadłam miękko na ziemię i o własnych siłach przekroczyłam próg, dłonią sunąc po mijanym filarze bramy. To mi nie wystarczyło. Zsunęłam rękawiczkę z dłoni, nie zauważyłam jak ta mi wypadła na kostkę, zanurzyłam palce w mijanym krzewie. Wciąż za mało, och zbyt mało i nigdy nie nasycę tego pragnienia. A o tym uświadomiłam sobie w chwili, w której stanęłam przy niewysokim murku, w połowie skrytym w cieniu wykrzywionego w zabawny, ale też bardzo atrakcyjny sposób drzewa. I wyobraziłam sobie, jak piękne muszą z tego miejsca być te wszystkie sceny o których mówił Tealvash. Bo oto przed moimi oczami rozciągał się widok ze wzniesienia i niewątpliwie był to najpiękniejszy widok, jaki dane mi było ujrzeć. Wstęgę rzeki, powykręcaną w zawijasy, zagajniki większe i mniejsze, pola tworzące ciekawe wzory, gdzieniegdzie pojedyncze cyprysy, dalej kolejne wzgórza i te niesamowicie błękitne niebo.
Usłyszałam kroki. Słyszałam już wcześniej końskie kopyta, odgłosy żołnierzy. Słyszałam doskonale, ale ignorowałam to aż do tej chwili, bo czułam, że ten widok jest tego wart. Widok odcięcia się od reszty świata.
- Chyba się zakochałam - zaśmiałam się radośnie, odwracając się do nich, ale mój wzrok spoczął głównie na Mili, bo przecież w teorii tylko do niej mogłam wychodzić z podobnymi odczuciami. - Najpewniej słyszałam o tutejszym gospodarzu fałszywe informacje, bo taki widok mogli mu ofiarować jedynie bogowie - uśmiechnęłam się szerzej, a żołnierze jakoś tak dziwnie na siebie spojrzeli.
Znów spojrzałam na piękny obraz malujący się przede mną i odetchnęła głębiej.
- Pani, ostrożnie - Mila znalazła się obok mnie, gdy uniosłam nogę, aby wejść na murek i podeprzeć rękę na drzewie, chcąc zobaczyć jeszcze więcej.
- Spokojnie. Tu nie jest wysoko, a taki widok jest wart kilku stłuczeń - zaśmiałam się i zdałam sobie sprawę z tego, ile czasu minęło, odkąd ostatnio się tak śmiałam. Tak szczerze, naturalnie i perliście. Czyli jeszcze była na to nadzieja? Na takie chwile szczęścia, tak prostego, jak podziwianie piękna przyrody.
To dobrze. Słowem nadal mam swoją wrażliwość. Mimo wszystko nie powinnam jej tracić.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz