środa, 16 stycznia 2019

CCLVI


        Kiedy zakładałem ramiona na piersi stal naramienników zazgrzytała o napierśnik. Wystaczyło obrócić głowę lekko w lewo, żeby kątem oka zerknąć na Esję schodzącą z rozlewiska rzeki służącego za wodopój dla koni do niewielkiego obozu. A szła z głową w chmurach, wiedziałem o tym nawet nie patrząc, bo przecież sam przed chwilą byłem na górze. Przeniosłem ciężar ciała na jedną nogę, uniosłem brew i odczekałem kilka uderzeń serca.
        Zaskoczenie i zażenowanie naraz rozeszło się od jej sylwetki niczym fala uderzeniowa, a kiedy tylko odeszła, cwaniacki uśmiech spełzł mi z twarzy. Żołnierze natychmiast wzięli się do roboty, dwójka z nich pakowała dobytek na wóz, wziąłem więc swojego wierzchowca za wodze i podprowadziłem go w tamtym kierunku. Naturalnie do moich uszu dotarła wymiana zdań pomiędzy mężczyznami. Jeden z nich, najmłodszy i najbardziej skonsternowany sytuacją, drapał się z zafrapowanym wyrazem twarzy po karku, dwóch innych uśmiechało złośliwie, a sprawca całego zamieszania najwyraźniej nic sobie z tego nie robił, dopinając skórzane pasy sakiewek wrzucanych na wóz.
          Przyłączyłem się do zbierania dobytku, choć większość z wykonywanych czynności była jedynie na pokaz, żeby zająć czymś ręce, a jeśli żołnierzom w czymś przeszkadzała moja obecność, to profesjonalnie nie dali tego po sobie poznać.
        — Na litość Najświętszego Księżyca, Tref, powinieneś trochę bardziej uważać — powiedział ten pierwszy, który przestępował ciągle z nogi na nogę, ciągle gapiąc się na spodnie mężczyzny, nadal z resztą niedokładnie dopięte. Czuł się wyraźnie niekomfortowo.
        Jego słowa sprawiły, że reszta mężczyzn stojących w pobliżu spowolniła ruchy, odwlekając przygotowanie do podróży. Ten, który przed chwilą odszedł w krzaki spochmurniał.
        — Na co niby? Ciebie też to burzy? Co? Taki zniewieściały jesteś?
        — Na swój mózg, barani łbie! — odparował tamten, nadal widocznie zakłopotany, nadrabiając za to pozą. Był młody, zauważyłem to od razu. Zaraz się wyprostował, niemal z godnością. — Uważać na Jej Świętość, rzecz jasna. Paradowanie z tym na wierzchu jest mało subtelne w towarzystwie… No, wiadomo, damy.
        — Jej świętości i zbawieniu mój fiut nie zagraża!
        — Damy czy nie-damy, to w ogóle nie jest dobrze widziane w towarzystwie kobiet — wtrącił inny z wyraźnym rozbawieniem, zerkając w stronę, w którą odeszła Esja.
        Kiedy podążyłem tam wzrokiem, dostrzegłem u jej boku Milę – obie były za daleko, żeby usłyszeć przebieg tej rozmowy, a służąca i tak zajęta była pomocą kapłance. W obozach żołnierskich nie było dużo kobiet, a chociaż Mila urodą znacznie odstawała od swojej pani, to wyraźnie zdążyła wzbudzić zainteresowanie mężczyzn.
        Cóż, większość z nich zadowalały bezzębne dziwki napotykane w zapadłych wioskach, od których można było się zarazić czymś paskudnym za zaledwie kilka monet. Kiedy złapałem za strzemię, żeby wspiąć się na grzbiet swojego wierzchowca ponownie odwróciłem się do nich przodem, śledząc dalszy ciąg rozmowy.
        — Jej świętość, psia mać powtarzam, nie była tu niczym zagrożona! — oburzył się winowajca, machając w powietrzu zaciśniętą pięścią, a na twarzy cały poczerwieniał, trudno powiedzieć czy ze złości, czy może wstydu, choć do tego drugiego miałem poważne wątpliwości, czy jest zdolny. Ukryłem kącik uniesiony w kpiącym uśmiechu odwracając się do nich bokiem i wskakując zgrabnie na siodło. — Co ona, kutasa w życiu na oczy nie widziała? Gdzie ją chowali?
        W świątyni — wtrąciłem w końcu, a moja twarz była skuta obojętnością. — I wątpię, żeby jej mieszkanki latały z rzeczonymi kutasami na wierzchu — dodałem nadal rozbawiony, ale nie okazując tego w żaden sposób i może dlatego żołnierz drgnął, jakby wcześniej nie zauważył, że stoję tak blisko i przysłuchuję się rozmowie.
       — Oficerze…
       Jestem przekonany całkiem święcie — wysyczałem niemal to słowo, mrużąc oczy — że nie oglądała wcześniej takich widoków, mało z resztą pokaźnych, jak to ktoś już zauważył. A teraz — wyprostowałem się i zadarłem głowę, obrzucając ich lodowatym spojrzeniem z góry — pospieszcie się, kurwa, cały pochód nie będzie czekać aż nagadacie się o jego fiucie.
        — Rozkaz! — rzuciło trzech na raz.
        Tylko ten, który rozpoczął rozmowę, niski brunet nadal nie wydawał się przekonany. Wydawało mi się wręcz, że widzę rumieniec na jego twarzy, ale w końcu pokręcił głową, jakby odganiał natrętne myśli, ale koniec końców nabrał powietrza w płuca i nie wytrzymał.
          — Poza tym Arethor może ma wielkiego.
        Cisza pełna konsternacji tylko podkreśliła to, że wszyscy się na niego zagapili, niektórzy z otwartymi na wpół ustami.
          — Co! Przecież to kapłanka! One pewno wiedzą takie rzeczy!
          — Przyzwoitością i szacunkiem to ty nie grzeszysz, ale żem tego nie oczekiwał — parsknął jeden z dwóch wysokich mężczyzn. — Pewnie za to nadrabiasz mięśniami — wymruczał, opuszczając głowę i zerkając z byka na swojego towarzysza.
        Znowu cisza, a później salwa śmiechu, tak niespodziewana, ze sam obróciłem głowę w ich kierunku, chociaż mój koń już zwrócony był w stronę, w którą mieliśmy się kierować. W stronę domu. Przyjrzałem się sylwetce chuderlawego mężczyzny. Był młody, prawdopodobnie w wieku zbliżonym do Esji, więc jego ciało, choć skryte pod pancerzem, było wyraźnie żylaste. Ciało chłopaka, który jeszcze nie miał okazji wypracować mięśni.
        W powietrzu zawisnęła konsternacja. Zmierzyłem go surowym, uważnym spojrzeniem, a później w końcu uniosłem usta do wyjątkowo paskudnego uśmiechu.
        Nie martw się. Jak nie w mięśniach, to jestem pewny że w zwinności jesteś mistrzem.
        Z tymi słowami zostawiłem ich za sobą, a sam poczułem się jakoś tak… Lżej. Lepiej. Rzadko wdawałem się w podobne rozmowy z ludźmi rangą niższą od mojej, ale dzisiaj najwyraźniej był dzień łamania ustalonych dawno zasad.

        Sylweta konia i człowieka, który go dosiadał mignęła obok, a za nią, ginąc razem z podmuchem wiatru pędziły słowa, których sens dotarł do mnie stosunkowo późno. Tłumione przez tętent kopyt i parskania koni były niewyraźne, poza tym równie niekonieczne. Patrzyłem spokojnie, jak Amaltea pędzi w górę, jak się wspina ścieżką prowadzącą do willi ukrytej za bujną roślinnością, o którą nadal ktoś pieczołowicie dbał. Nawet po tym całym czasie, w którym nie odwiedzałem swojego domu wszystko tutaj wyglądało dokładnie tak samo.
        Jakby zapadło w sen i trwało tak w nim już od wieków. Jedynym ruchomym, nowym i nieznanym elementem tego obrazu była kapłanka na koniu w pełnym galopie, z włosami rozwianymi w powietrzu, pochylona nad końską szyją. Jedyny nieuśpiony element krajobrazu. Z zamyślenia wyrwał mnie niespodziewany głos po mojej prawicy.
        — Ee… Oficerze? Czy to bezpieczne?
        Właściwie to nie — odparłem lekko, kładąc dłoń na przednim łęku siodła i zbierając w niej wodze. — Jeśli masz chęć, możesz ją gonić.
        Takiej odpowiedzi się nie spodziewał, ale zachował twarz i po krótkiej chwili namysłu skinął głową, nie spinając wierzchowca do biegu. Wiem, co myślał. Że odpowiedzialność jest moja. Że jeśli jej na to pozwalam, to nie powinien wychodzić poza szereg.
        Świetnie. Możemy spacerować zatem spokojnie, nasze konie i tak są zmęczone.
        Wolnym kłusem cały orszak wspiął się na wzgórze i w końcu wylał również na nierówno pokryty kostką dziedziniec. I chociaż wnętrze pomiędzy budynkami w reprezentacyjnej części domostwa było duże, to niemal natychmiast wypełniło się całą kaskadą dźwięków, tętniło życiem, które rzadko zdarzało się w tym domu, kiedy ja w nim rezydowałem. Wolałem samotność. Bezkresną przestrzeń rozciągającą się na setki kilometrów, wino, noce spędzone z… Kiedyś to było moim życiem. Na kilka tygodni, nie więcej, w przeciągu roku pojawiałem się tutaj, a później znikałem, zupełnie jakby ten czas nie istniał. Jakby nie zapisał się w moim jestestwie.
        Przyglądałem się niewidzącym wzrokiem wszystkiemu, co działo się na dziedzińcu. Zrobiło się głośno. Ktoś się śmiał. Esja wdrapała się na murek. Nie zeskoczyłem z siodła, podprowadzając konia nieco bliżej, ale nadal byłem czujny. Bo wiedziałem, kogo zaraz zobaczę, kto wyjdzie nam na powitanie, wiedziałem dokładnie, że wspomnienia mogą wymknąć się przez zakluczone drzwi. Ale nie moje.
        Zejdź stamtąd, zanim coś ci się stanie — że to mówię, zorientowałem się dopiero, kiedy dźwięk dotarł do moich uszu.
        — Słyszała panienka oficera! — W moje ślady poszedł jeden z żołnierzy, podchodząc nieco bliżej do Mili. Wymienili spojrzenia, ale nie zainteresowało mnie to. Pociągnąłem wodze w bok, przenosząc spojrzenie na budzący zachwyt budynek. — Proszę mieć tyle zdrowego rozsądku. Dziewczyno — zwrócił się do służącej — patrz no, jak daleko można spaść w dół.
        Nie zamierzałem śledzić dalej tej rozmowy.
        Przyglądałem się frontowej fasadzie, każdemu kamieniowi, okiennicy, bluszczowi wspinającemu się po murze. Czas mijał, ale to miejsce nie zmieniło się ani odrobinę. Kwiaty kwitły i pachniały, zupełnie jakby poza granicami tej posesji nie toczyła się wojna. Zarazy ani plagi nie dotykały tego miejsca. Nic złego nigdy się tutaj nie przytrafiało. Na moich ustach zamajaczył uśmiech, kiedy przesuwałem spojrzenie po ogrodzie, dziedzińcu, ludziach. Wtedy też właśnie do moich uszu dotarł inny dźwięk.
        — Chwileczkę no… — rzucił ktoś ochryple, a później zerknął na mnie. Uniosłem brwi. — Co takiego Jej Świętość słyszała o naszym oficerze? Bogowie pewnie dużo mu dali, ale zakładam że akurat tę posesję musiał sobie kupić.
        Przeniosłem spojrzenie na Esję. W moich oczach coś błysnęło, a później wzruszyłem ramionami. Kilka niewielkich gestów miało przekazać wszystko, co mógłbym w tym temacie powiedzieć.
        — Ano, nikt od bogów złota nie dostaje — wtrącił ktoś inny ciszej, a ja prychnąłem, rozluźniając wodze.
        Poobcinanych kończyn też nie — dodałem, gromiąc spojrzeniem otoczenie. Wypuściłem nogi ze strzemion, zawisnęły luźno po obu bokach wierzchowca. — Więc skończ gadać, bo nie wiadomo, co mnie najdzie i może skończysz bez paru ważnych organów.
          Chociaż była to niejaka groźba, to nawet te traciły na swojej mocy w tym miejscu. Wygładzało moje krawędzie niczym rzeka obrabiająca kamień, wyciszało nerwy, a atmosfera rozluźnienia przenikała przez wszystko. Najwidoczniej moi ludzie także to wyczuli, bo któryś nawet zaśmiał się krótko z wyraźną ulgą. Pochyliłem się do przodu, żeby zejść z konia, a kiedy moje stopy uderzyły o podłoże powietrze wypełnił dźwięk uderzającej stali. Tłumiły go rozmowy i prychania koni.
          Mniej więcej właśnie wtedy na jednym z tarasów pojawiła się kobieta. Natychmiast wyczułem na sobie jej spojrzenie i nasz wzrok przeciął się ponad głowami żołnierzy. Inni również ją zauważyli, ale nikt tak wcześnie. Kilku westchnęło pod nosem.
        Nariya wyglądała tak samo olśniewająco jak zawsze. Po niej, podobnie jak po tym miejscu, również nie było widać upływającego czasu. Moje spojrzenie stężało, a sylwetka zesztywniała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/