Kiedy zakładałem ramiona na piersi stal
naramienników zazgrzytała o napierśnik. Wystaczyło obrócić głowę lekko w lewo,
żeby kątem oka zerknąć na Esję schodzącą z rozlewiska rzeki służącego za
wodopój dla koni do niewielkiego obozu. A szła z głową w chmurach, wiedziałem o
tym nawet nie patrząc, bo przecież sam przed chwilą byłem na górze. Przeniosłem
ciężar ciała na jedną nogę, uniosłem brew i odczekałem kilka uderzeń serca.
Zaskoczenie i zażenowanie naraz rozeszło
się od jej sylwetki niczym fala uderzeniowa, a kiedy tylko odeszła, cwaniacki
uśmiech spełzł mi z twarzy. Żołnierze natychmiast wzięli się do roboty, dwójka
z nich pakowała dobytek na wóz, wziąłem więc swojego wierzchowca za wodze i
podprowadziłem go w tamtym kierunku. Naturalnie do moich uszu dotarła wymiana
zdań pomiędzy mężczyznami. Jeden z nich, najmłodszy i najbardziej skonsternowany
sytuacją, drapał się z zafrapowanym wyrazem twarzy po karku, dwóch innych
uśmiechało złośliwie, a sprawca całego zamieszania najwyraźniej nic sobie z
tego nie robił, dopinając skórzane pasy sakiewek wrzucanych na wóz.
Przyłączyłem się do zbierania
dobytku, choć większość z wykonywanych czynności była jedynie na pokaz, żeby zająć
czymś ręce, a jeśli żołnierzom w czymś przeszkadzała moja obecność, to profesjonalnie
nie dali tego po sobie poznać.
— Na litość Najświętszego Księżyca,
Tref, powinieneś trochę bardziej uważać — powiedział ten pierwszy, który przestępował
ciągle z nogi na nogę, ciągle gapiąc się na spodnie mężczyzny, nadal z resztą
niedokładnie dopięte. Czuł się wyraźnie niekomfortowo.
Jego słowa sprawiły, że reszta mężczyzn
stojących w pobliżu spowolniła ruchy, odwlekając przygotowanie do podróży. Ten,
który przed chwilą odszedł w krzaki spochmurniał.
— Na co niby? Ciebie też to burzy? Co?
Taki zniewieściały jesteś?
— Na swój mózg, barani łbie! —
odparował tamten, nadal widocznie zakłopotany, nadrabiając za to pozą. Był
młody, zauważyłem to od razu. Zaraz się wyprostował, niemal z godnością. — Uważać
na Jej Świętość, rzecz jasna. Paradowanie z tym na wierzchu jest mało subtelne
w towarzystwie… No, wiadomo, damy.
— Jej świętości i zbawieniu mój fiut
nie zagraża!
—
Damy czy nie-damy, to w ogóle nie jest dobrze widziane w towarzystwie kobiet —
wtrącił inny z wyraźnym rozbawieniem, zerkając w stronę, w którą odeszła Esja.
Kiedy podążyłem tam wzrokiem, dostrzegłem
u jej boku Milę – obie były za daleko, żeby usłyszeć przebieg tej rozmowy, a
służąca i tak zajęta była pomocą kapłance. W obozach żołnierskich nie było dużo
kobiet, a chociaż Mila urodą znacznie odstawała od swojej pani, to wyraźnie
zdążyła wzbudzić zainteresowanie mężczyzn.
Cóż, większość z nich zadowalały
bezzębne dziwki napotykane w zapadłych wioskach, od których można było się
zarazić czymś paskudnym za zaledwie kilka monet. Kiedy złapałem za strzemię,
żeby wspiąć się na grzbiet swojego wierzchowca ponownie odwróciłem się do nich
przodem, śledząc dalszy ciąg rozmowy.
— Jej świętość, psia mać powtarzam, nie
była tu niczym zagrożona! — oburzył się winowajca, machając w powietrzu
zaciśniętą pięścią, a na twarzy cały poczerwieniał, trudno powiedzieć czy ze
złości, czy może wstydu, choć do tego drugiego miałem poważne wątpliwości, czy
jest zdolny. Ukryłem kącik uniesiony w kpiącym uśmiechu odwracając się do nich
bokiem i wskakując zgrabnie na siodło. — Co ona, kutasa w życiu na oczy nie
widziała? Gdzie ją chowali?
— W
świątyni — wtrąciłem w końcu, a moja twarz była skuta obojętnością. — I wątpię, żeby jej mieszkanki latały z
rzeczonymi kutasami na wierzchu — dodałem nadal rozbawiony, ale nie okazując
tego w żaden sposób i może dlatego żołnierz drgnął, jakby wcześniej nie
zauważył, że stoję tak blisko i przysłuchuję się rozmowie.
— Oficerze…
— Jestem
przekonany całkiem święcie — wysyczałem niemal to słowo, mrużąc oczy — że nie oglądała wcześniej takich widoków,
mało z resztą pokaźnych, jak to ktoś już zauważył. A teraz — wyprostowałem
się i zadarłem głowę, obrzucając ich lodowatym spojrzeniem z góry — pospieszcie się, kurwa, cały pochód nie
będzie czekać aż nagadacie się o jego fiucie.
— Rozkaz! — rzuciło trzech na raz.
Tylko ten, który rozpoczął rozmowę,
niski brunet nadal nie wydawał się przekonany. Wydawało mi się wręcz, że widzę
rumieniec na jego twarzy, ale w końcu pokręcił głową, jakby odganiał natrętne
myśli, ale koniec końców nabrał powietrza w płuca i nie wytrzymał.
— Poza tym Arethor może ma wielkiego.
Cisza pełna konsternacji tylko
podkreśliła to, że wszyscy się na niego zagapili, niektórzy z otwartymi na wpół
ustami.
— Co! Przecież to kapłanka! One pewno
wiedzą takie rzeczy!
— Przyzwoitością i szacunkiem to ty
nie grzeszysz, ale żem tego nie oczekiwał — parsknął jeden z dwóch wysokich
mężczyzn. — Pewnie za to nadrabiasz mięśniami — wymruczał, opuszczając głowę i
zerkając z byka na swojego towarzysza.
Znowu cisza, a później salwa śmiechu,
tak niespodziewana, ze sam obróciłem głowę w ich kierunku, chociaż mój koń już
zwrócony był w stronę, w którą mieliśmy się kierować. W stronę domu. Przyjrzałem się sylwetce
chuderlawego mężczyzny. Był młody, prawdopodobnie w wieku zbliżonym do Esji,
więc jego ciało, choć skryte pod pancerzem, było wyraźnie żylaste. Ciało
chłopaka, który jeszcze nie miał okazji wypracować mięśni.
W powietrzu zawisnęła konsternacja. Zmierzyłem
go surowym, uważnym spojrzeniem, a później w końcu uniosłem usta do wyjątkowo paskudnego
uśmiechu.
— Nie
martw się. Jak nie w mięśniach, to jestem pewny że w zwinności jesteś mistrzem.
Z tymi słowami zostawiłem ich za sobą,
a sam poczułem się jakoś tak… Lżej. Lepiej. Rzadko wdawałem się w podobne
rozmowy z ludźmi rangą niższą od mojej, ale dzisiaj najwyraźniej był dzień
łamania ustalonych dawno zasad.
Sylweta konia i człowieka, który go
dosiadał mignęła obok, a za nią, ginąc razem z podmuchem wiatru pędziły słowa,
których sens dotarł do mnie stosunkowo późno. Tłumione przez tętent kopyt i
parskania koni były niewyraźne, poza tym równie niekonieczne. Patrzyłem
spokojnie, jak Amaltea pędzi w górę, jak się wspina ścieżką prowadzącą do willi
ukrytej za bujną roślinnością, o którą nadal ktoś pieczołowicie dbał. Nawet po
tym całym czasie, w którym nie odwiedzałem swojego domu wszystko tutaj
wyglądało dokładnie tak samo.
Jakby zapadło w sen i trwało tak w nim
już od wieków. Jedynym ruchomym, nowym i nieznanym elementem tego obrazu była
kapłanka na koniu w pełnym galopie, z włosami rozwianymi w powietrzu, pochylona
nad końską szyją. Jedyny nieuśpiony element krajobrazu. Z zamyślenia wyrwał
mnie niespodziewany głos po mojej prawicy.
— Ee… Oficerze? Czy to bezpieczne?
— Właściwie
to nie — odparłem lekko, kładąc dłoń na przednim łęku siodła i zbierając w
niej wodze. — Jeśli masz chęć, możesz ją
gonić.
Takiej odpowiedzi się nie spodziewał,
ale zachował twarz i po krótkiej chwili namysłu skinął głową, nie spinając
wierzchowca do biegu. Wiem, co myślał. Że odpowiedzialność jest moja. Że jeśli jej
na to pozwalam, to nie powinien wychodzić poza szereg.
— Świetnie.
Możemy spacerować zatem spokojnie, nasze konie i tak są zmęczone.
Wolnym kłusem cały orszak wspiął się na
wzgórze i w końcu wylał również na nierówno pokryty kostką dziedziniec. I
chociaż wnętrze pomiędzy budynkami w reprezentacyjnej części domostwa było
duże, to niemal natychmiast wypełniło się całą kaskadą dźwięków, tętniło
życiem, które rzadko zdarzało się w tym domu, kiedy ja w nim rezydowałem.
Wolałem samotność. Bezkresną przestrzeń rozciągającą się na setki kilometrów,
wino, noce spędzone z… Kiedyś to było moim życiem. Na kilka tygodni, nie
więcej, w przeciągu roku pojawiałem się tutaj, a później znikałem, zupełnie
jakby ten czas nie istniał. Jakby nie zapisał się w moim jestestwie.
Przyglądałem się niewidzącym wzrokiem
wszystkiemu, co działo się na dziedzińcu. Zrobiło się głośno. Ktoś się śmiał.
Esja wdrapała się na murek. Nie zeskoczyłem z siodła, podprowadzając konia
nieco bliżej, ale nadal byłem czujny. Bo wiedziałem, kogo zaraz zobaczę, kto
wyjdzie nam na powitanie, wiedziałem dokładnie, że wspomnienia mogą wymknąć się
przez zakluczone drzwi. Ale nie moje.
— Zejdź
stamtąd, zanim coś ci się stanie — że to mówię, zorientowałem się dopiero,
kiedy dźwięk dotarł do moich uszu.
— Słyszała panienka oficera! — W moje
ślady poszedł jeden z żołnierzy, podchodząc nieco bliżej do Mili. Wymienili
spojrzenia, ale nie zainteresowało mnie to. Pociągnąłem wodze w bok, przenosząc
spojrzenie na budzący zachwyt budynek. — Proszę mieć tyle zdrowego rozsądku.
Dziewczyno — zwrócił się do służącej — patrz no, jak daleko można spaść w dół.
Nie zamierzałem śledzić dalej tej
rozmowy.
Przyglądałem się frontowej fasadzie,
każdemu kamieniowi, okiennicy, bluszczowi wspinającemu się po murze. Czas
mijał, ale to miejsce nie zmieniło się ani odrobinę. Kwiaty kwitły i pachniały,
zupełnie jakby poza granicami tej posesji nie toczyła się wojna. Zarazy ani
plagi nie dotykały tego miejsca. Nic złego nigdy się tutaj nie przytrafiało. Na
moich ustach zamajaczył uśmiech, kiedy przesuwałem spojrzenie po ogrodzie,
dziedzińcu, ludziach. Wtedy też właśnie do moich uszu dotarł inny dźwięk.
— Chwileczkę no… — rzucił ktoś
ochryple, a później zerknął na mnie. Uniosłem brwi. — Co takiego Jej Świętość
słyszała o naszym oficerze? Bogowie pewnie dużo mu dali, ale zakładam że akurat tę posesję musiał
sobie kupić.
Przeniosłem spojrzenie na Esję. W moich
oczach coś błysnęło, a później wzruszyłem ramionami. Kilka niewielkich gestów
miało przekazać wszystko, co mógłbym w tym temacie powiedzieć.
— Ano, nikt od bogów złota nie dostaje
— wtrącił ktoś inny ciszej, a ja prychnąłem, rozluźniając wodze.
— Poobcinanych
kończyn też nie — dodałem, gromiąc spojrzeniem otoczenie. Wypuściłem nogi
ze strzemion, zawisnęły luźno po obu bokach wierzchowca. — Więc skończ gadać, bo nie wiadomo, co mnie najdzie i może skończysz bez
paru ważnych organów.
Chociaż była to niejaka groźba, to
nawet te traciły na swojej mocy w tym miejscu. Wygładzało moje krawędzie niczym
rzeka obrabiająca kamień, wyciszało nerwy, a atmosfera rozluźnienia przenikała
przez wszystko. Najwidoczniej moi ludzie także to wyczuli, bo któryś nawet
zaśmiał się krótko z wyraźną ulgą. Pochyliłem się do przodu, żeby zejść z
konia, a kiedy moje stopy uderzyły o podłoże powietrze wypełnił dźwięk uderzającej
stali. Tłumiły go rozmowy i prychania koni.
Mniej więcej właśnie wtedy na jednym
z tarasów pojawiła się kobieta. Natychmiast wyczułem na sobie jej spojrzenie i
nasz wzrok przeciął się ponad głowami żołnierzy. Inni również ją zauważyli, ale
nikt tak wcześnie. Kilku westchnęło pod nosem.
Nariya wyglądała tak samo olśniewająco
jak zawsze. Po niej, podobnie jak po tym miejscu, również nie było widać
upływającego czasu. Moje spojrzenie stężało, a sylwetka zesztywniała.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz