Stanęłam na palcach, jakby te trzy dodatkowe centymetry miały coś zmienić. Wierzyłam, że tak będzie, a do pomyłki nie zamierzałam się i tak przyznać. W tej chwili z resztą za bardzo skupiona byłam na widoku, stale odkrywając w nim coś nowego i jednocześnie nie mogąc wyjść z podziwu, że wiat może być tak piękny, stale zadziwiający. W końcu jak na kapłankę widziałam wiele, miałam możliwość przebywania na pustyni, a tutaj proszę, kolejna podróż i kolejne nowości. Szczerze mówiąc coś mnie ciągnęło w przód, coś błagało bym nie bacząc na to, gdzie się znajduję rzuciła się przed siebie. Chciałam zeskoczyć z murku nie dbając o wysokość, oczami wyobraźni widząc już, jak zbiegam po pagórku, który wcześniej pokonywałam w górę konno. Byłam pewna, że taki wysiłek byłby przyjemny, gdybym bez tchu, śmiejąc się wesoło parła na przód, dłońmi czesząc mijane zboża i trawy. Potem mogłabym się zatrzymać przy tamtym skupisku krzewów, a następnie pozrywać te czerwone kwiaty, których kształtu z tej odległości ocenić nie mogłam. Następnie tamte fioletowe, a później jeszcze, nad rzeką będąc...
Odwróciłam głowę gwałtownie, kiedy do moich uszu doszedł głos Nevana. Zaskoczył mnie. Nie chodziło tutaj o to, że wydawał mi polecenie, bo nie ukrywam, nie była to pierwsza taka sytuacja, oficer uwielbiał być tym do którego należy ostatnie zdanie, jak i tym, który sprawuje nad wszystkim piecze, podejmuje decyzje i rozstawia po kątach. Jego ludzie doskonale o tym wiedzieli, ja również, tylko, że zwykle... no cóż... nie tak często decydował się mną rozporządzać w tak bezpośredni sposób przy innych.
Chyba tylko ja zwróciłam na to większą część uwagi, bo na przykład żołnierz stojący najbliżej zdawał się nie przejmować postawą swojego dowódcy, a jedynie wykorzystał jego słowa tylko do tego, by zachęcić mnie do zejścia na dół. Przypomniało mi się, że już kiedyś miała miejsce podobna sytuacja, chociaż w zasadzie, czy oprócz wspólnego mianownika "mur" coś jeszcze łączyło te sytuacje? Wtedy... prawie zginęłam, a przynajmniej ja tak sądziłam. Nevan mnie wówczas popchnął, aby dać mi nauczkę, pokazać, że nie powinnam pozwalać sobie na stwarzanie korzystnych dla tych, którzy chcieliby mojej szkody sytuacji. Tylko, że tutaj nic mi chyba nie groziło, prawda?
- Ona ma na imię Mila - odwróciłam wzrok do żołnierza, który przed chwilą zwracał się do mnie, ale teraz zdecydował się mówić do mojej służki. Oboje wydawali się po równo zawstydzeni moją uwagą.
Nim jednak padły ich komentarze ktoś inny się odezwał, a ja nie do końca zrozumiałam o cóż może im chodzić. Dlaczego pytali o oficera, skoro mówiłam o gospodarzu? Wyczułam spojrzenie Tealvasha na sobie i przecięłam je z własnym. To mi wystarczyło.
Jak on mógł tak sobie ze mnie dworować! Naraz wszystko stało się jasne, jakby w tym jednym geście wzruszenia ramion przemycił ogrom zdań, z których pokaźne tomiszcze dałoby się ułożyć. Więc nie było żadnego gospodarza? To znaczy był, ale ten i Nevan to jedna osoba? Byłam w niemałym szoku, nie mogąc sobie tego poukładać. Nie nastawiałam się na to, że mężczyzna ma w ogóle jakiś swój własny dom, a już na pewno nie na to, że dane będzie mi go odpowiedzieć. Teraz natomiast takie były fakty. A zatem... zatem cały mój zachwyt, w którego mocy byłam już jakiś czas należał do niego. Rozchyliłam delikatnie usta, nadal z trudem to akceptując, chociaż sama nie wiem dlaczego. W końcu był wysoki rangą, nie był byle kim, stać go było na wiele, a ja głupia sądziłam, że poza wojskiem jego życie nie jest szczególnie bujne.
Opuściłam spojrzenie, gdy on wymieniał jakieś słowa z żołnierzami. Sama nie wiedziałam, jak się w tej chwili czułam, może nieco oniemiała? Wzięłam głębszy wdech i raz jeszcze spojrzałam na widok, który złapał mnie za serce. Zakochałam się, tak? No i jaka okropna była to myśl, że gdyby los ze mnie nie zakpił, gdyby dane mi było zostać przy mężczyźnie, którego kocham, to i widok, który zapierał mi dech w piersiach miałabym dla siebie. Na pewno... na pewno byłabym tu szczęśliwa. Bardzo szczęśliwa. Nie powinnam o tym myśleć, nie miałam prawa, ale teraz zdążyłam już wyobrazić sobie, jak przesiadywałabym tutaj godzinami, albo może, o tam, tam po kamiennych schodkach nieco w dół, na niewielkim tarasiku w kształcie półkręgu mogłabym postawić harfę, może grać dla Nevana, albo samej siebie. Jakże pięknie wówczas by było, ale nigdy nic podobnego się nie wydarzy. Bo tak, jak mówił Tealvash, nie zabawimy tutaj długo. U niego. Tu, gdzie jest gospodarzem ja mogę być co najwyżej gościem.
- Najświętsza, nalegam być zeszła. Pozwól, że podam ci dłoń - po raz kolejny musiałam spojrzeć na żołnierza, ale moje spojrzenie wciąż nie było ostre. Nadal chętniej zaglądałam we własne myśli, niż do realiów z jakimi powinnam się mierzyć. Widziałam teraz siebie wyczekującą go w bramie i żegnającą, gdyby miał opuszczać posiadłość. Swoją drogą taka piękna, a stoi zapewne pusta. Znów chciałam spojrzeć na fasadę, już rodząc w sobie opinię, że w murach tych pewnie rzadko panuje gwar, a sam Nevan być może nie miewa tu często gości. Tylko, że wtedy moje spojrzenie napotkało na jakąś postać. Nie na pusty budynek, a na postać. Piękną postać. Postać, która wcale na mnie nie patrzyła. Jej wzrok utkwiony był w Nevanie, a ja poczułam, jak w jednej chwili skamieniałam.
- Ta kobieta, kim jest? - wyszeptałam pod nosem, poruszając przy tym tylko ustami. Mój wzrok nadal zwrócony był w stronę postaci stojącej na balkonie. Rudowłosej, o puklach, które nawet stąd zdawały się być miękkie, a przy tym przywodziły na myśl płomień ognia. Twarz miała także śliczną, cała taka była i uśmiechała się teraz mrugając tymi swoimi dużymi oczami.
- Niewiele mi o niej wiadomo, najświętsza. Pierwszy raz ją widzę, ale to pewno o niej wspominali - ściszył głos do konspiracyjnego szeptu, a ja uśmiechnęłam się zdawkowo, tak, jak wypadało. Nic dziwnego, że wspominali, nauczyłam się już, że jeśli mężczyźni lubią o czymś plotkować, to właśnie o pięknych kobietach, a czasem te nie musiały być piękne. - Podobno zwie się Nariya i zajmuje dobytkiem oficera Tealvasha.
- Mieszka tu? - wymsknęło mi się i chyba nazbyt dosadnie pokazałam, jak mnie to zainteresowało, bo przeniosłam spojrzenie na swojego rozmówcę, a on zaśmiał się pod nosem, jakby chciał coś dodać, ale wiedział, że nie może. Kiedy ponownie spojrzałam na balkon, kobiety już tam nie było.
- Owszem najświętsza - skinął mi głową. - Przynajmniej tak słyszałem - dodał w grzeczny, acz ponaglający sposób wskazując na swoją dłoń. Już nawet wyciągnęłam własną, aby skorzystać z pomocy, kiedy to moją uwagę po raz kolejny porwało coś, co nie powinno.
- Oczom nie wierzę! - rozbrzmiał w powietrzu damski głos i nie musiałam szukać, aby wiedzieć od kogo pochodził. Na dziedziniec wypadła ta sama kobieta i teraz mogłam jej się przyjrzeć z bliska. Była bardzo atrakcyjna, a szmaragdowa lekka suknia, jaką nosiła, zdawała się być perfekcyjnie skrojona. Jej typ urody, jak śmieszne to nie było, pasował do tego miejsca idealnie, ubiór z kolei współgrał z roślinnością, jednak nie dało się nie wspomnieć, że ze wszystkich plam zieleni składających się na zapierający w piersi dech widok ta pochodząca od jej kreacji była najbardziej soczysta.
Poznałam już księżniczkę, która przecież na pewno miała suknie o wiele droższe niż ta, którą nosiła rudowłosa. Poznałam też skrybę Nevana, kobietę równie urodziwą, a jednak nie potrafiłam porównywać ich z Nariyą, o ile ta tak się nazywała. Równocześnie... zasypywałam siebie milionem różnych przemyśleń, by do głosu nie dopuścić tego jednego pytania, które przecież tak boleśnie wwiercało się w moją podświadomość od chwili, w której ją dostrzegłam. Kim ona jest dla Tealvasha?
Nie słuchałam przez jakiś czas i było to błędem, bo najwyraźniej kobieta zdążyła już wymienić kilka słów z oficerem. To, że czułam sie w tej chwili niekomfortowo było śmieszne, nie miałam ku temu podstaw, ale jakoś tak... mimo wszystko było mi źle i dlatego niewiele się zastanawiając ruszyłam przed siebie, o mało co nie spadając z murku przez swoje rozkojarzenie. Dobrze więc, że żołnierz mnie podtrzymał, a potem pomógł stanąć na ziemi. Ruszyłam przed siebie, a mężczyźni zwyczajowo rozstąpili się, aż nie stanęłam przy koniu Tealvasha. Rudowłosa mówiła coś właśnie, jednak przez moją obecność zamilkła i wlepiła we mnie błękitne spojrzenie.
- Och, nieczęsto podróżujesz w towarzystwie dam - wyrzuciła z siebie na wydechu, a mojej uwadze nie umknęło to, że nie do mnie te słowa były skierowane. Zaraz jednak, nim ja sama zdobyłam się na jakieś słowa coś się zmieniło. Miałam wrażenie, że jej wzrok z mojej twarzy zszedł nieco niżej, ale nie przesadnie nisko. Doskonale widziałam każdą reakcję. To jak jej ciało się spięło, oczy otworzyły szerzej, spomiędzy warg wydostał się świst, a potem natychmiast, jak małża, która postanowiła się zatrzasnąć, skłoniła się przede mną wpół. - Na wszystko co święte, wybacz mi proszę bom nie wiedziała z kim mam do czynienia najświętsza! - zawołała, a ja sama przeżyłam mały szok. Zapomniałam o tym jak na niektórych reaguję przy pierwszym spotkaniu. Żołnierze już przywykli.
Powinnam odezwać się z miejsca. Okazała mi szacunek, a we mnie była nadal jakaś dziwna niechęć. Byłam więc okropna. Podchodziłam do niej źle, podczas gdy ona oddawała mi hołd. Wstyd mi za siebie, tak jak i teraz za to, że miast kazać jej się podnieść mój wzrok zawiesił się na jej karku. Ten był odsłonięty, włosy posypały się po bokach. Miała smukłą szyję. Delikatną. Na niej wisiał złoty łańcuszek, ale na pewno... nie żadna obroża. Moja zapiekła nieprzyjemnie, fantomowym bólem.
- Proszę, unieś głowę - odezwałam się w końcu, a chociaż była we mnie chęć, aby spojrzeć na oficera, moja twarz ani drgnęła w jego kierunku. Nie wiedziałam, co mogę tam zobaczyć. Z drugiej strony dopowiadałam sobie, co też nie było najlepsze.
Kobieta uniosła się nieco, uśmiechnęła nadal przepraszająco, ale w jej oczach dostrzegłam coś jeszcze i to coś, czego nie chciałam tam widzieć. Ulgę.
- Gdybym wcześniej wiedziała, przyjęlibyśmy ciebie, pani, po królewsku - powiedziała grzecznie, z szacunkiem. Znów była miła, to ja byłam tutaj tą złą. To mnie zabolała liczba mnoga w jej wypowiedzi. Bo jak to wy byście mnie przyjęli? Chciałam zapytać kim ona jest, chciałam wiedzieć już teraz i chciałam być zła za to, że nie wiem. Tylko, że nie mogłam, nie miałam na nic z tych rzeczy prawa. Podobnie jak na tą okropną niechęć.
- Żadna ze mnie królowa na całe szczęście, przywykłam do wojskowych standardów - sama spróbowałam się szerzej uśmiechnąć.
- Właśnie widzę - odparła głową skinąwszy w stronę mojego stroju. Spojrzałam w dół. Buty miałam brudne z ziemi, spodnie również, włosy pewnie w dużym nieładzie, koszulę pod lekką zbroją nieco zmiętą. Wcześniej nie zwracałam na to uwagi, chyba nigdy, a teraz poczułam wstyd za to, że z naszej dwójki to ona prezentuje się lepiej. Ba! Może nawet Mila, nie umniejszając jej, prezentuje się lepiej. - Wciąż nie mogę uwierzyć, nigdy nie miałam okazji poznać bliżej żadnej kapłanki - do uszu moich, jak i reszty dotarł jej dźwięczny chichot. Dziewczęcy i niewymuszony. Uniosłam brwi, a nie powinnam, ale tego nie widziała, bo wzrok wlepiła ponownie w Nevana, dłonią gładząc łeb jego wierzchowca. - Oficerze sprawiłeś mi cudowny prezent, nie tylko twoją obecnością, ale też tak znamienitym gościem - w jego kierunku również skinęła, a ja zacisnęłam dłoń w pięść. Co, jak co, ale nie chciałam być prezentem.
Czułam, że muszę się uspokoić. Przede wszystkim chciałam porozmawiać z Nevanem, czułam, że mam do tego prawo, ale z domostwa zaraz wyszli kolejni ludzie i tym razem musiała być to służba.
- Ludzie wszystkim się zajmą, a dla ciebie najświętsza każę zaraz przygotować kąpiel - oznajmiła rudowłosa i wtedy coś mnie tknęło.
- Chętnie z niej skorzystam. Jeśli gospodarz nie ma nic przeciwko - podkreśliłam to jedno słowa, by w końcu odwrócić głowę i z dumnie podniesioną brodą posłać spojrzenie Tealvashowi. To miało zapowiedzieć, że nie zostawię tak tego tematu. Mógł mi przecież powiedzieć, że to do niego się kierujemy, albo chociażby o tym, kto na miejscu nas przywita. Mógł w zasadzie powiedzieć cokolwiek, aby mnie przygotować. Tylko, że nie powiedział. Taryfy ulgowe nie mieściły się w kręgu jego zainteresowań.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz