Spotkanie spojrzeń nie trwało długo.
Kiedy przymknąłem powieki, Nariya odwróciła się na pięcie i zniknęła w
zacienionym wnętrzu komnaty, zapominając najwidoczniej o zamknięciu za sobą
drzwi. Nie musiałem patrzeć na nią z bliska, żeby wiedzieć, jak będzie wyglądała
kiedy zejdzie tutaj na dół. Będzie taka, jak zwykle – olśniewająca. Czy zauważy
zmianę, jaka zaszła w moim życiu? Stłumiłem ochotę, żeby przysunąć dłoń do
skroni, oddałem swojego konia w opiekę koniuszemu, który na powitanie skłonił
się w pas. Starszy mężczyzna zawsze zajmował się wierzchowcami, na których ja
albo inni goście pojawialiśmy się w willi, dlatego bez zastanowienia oddałem mu
opiekę nad zwierzętami. Bez zastanowienia, ale i bez słowa.
Kiedy kobiecy głos przeszył powietrze,
nagle przestronny dziedziniec stał się niewytłumaczalnie ciasny i to nie za
sprawą znajdującej się na nim dużej liczby ludzi. Odwlekałem moment, w którym
moje spojrzenie padło na sylwetkę kobiety w sukni o intensywnym kolorze. Bo
chociaż byliśmy przecież na zewnątrz, to powietrze zrobiło się nagle duszne.
Brakowało przestrzeni, w którą mógłbym się przed nią wycofać i nawet mnie
samego uderzyła niepowtarzalność tych uczuć.
Nariya nigdy we mnie ich nie budziła.
Podeszła żywym krokiem, a jej oczy
błyszczały od emocji, których nie umiała lub nie zamierzała ukrywać. Tak bardzo
różniła się w tym ode mnie i tak często irytowało mnie, jak łatwo można było ją
przewidzieć. A jednak mieszkała tutaj. Dzieliła ze mną czas, z którego nikt
inny nie dostawał porcji. A kiedy już się odezwała, jej głos wibrował długo w
mojej świadomości, tak znany i często pożądany po długich niewygodach podróży.
Była częścią tego domu, tej świętej oazy, której nie dotykało całe zło. Teraz
jednak znaleźliśmy się w nowym układzie, o którym ona nie miała jeszcze
pojęcia.
— Nevanie! — wyrzuciła radośnie,
otwierając ramiona, ale zreflektowała się natychmiast, obrzucając pospiesznym
spojrzeniem otaczających nas ludzi. — Tak długo cię nie było, że zaczęliśmy ze
starym Maretem się martwić, czy nie zapomniałeś o swoich przywilejach na tej
ziemi — rzuciła z radosnym przekąsem, przechylając głowę w bok, a ten ruch
poruszył jej puszystymi włosami. — Albo o jej pięknie. Albo o spokoju jakiego
można tutaj zaznać, albo… — zmrużyła lekko powieki, a jej usta rozciągnęły się w
drapieżnym uśmiechu.
Nie dostrzegłem smutku skrytego za tymi
słowami. Ostatecznie Nariya nie była dla mnie tak przewidywalna, jak lubiłem
uważać. Nie dostrzegłem też nieprzespanych nocy na jej twarzy, kiedy patrzyła w
horyzont, z ubogim w słowa i emocje listem w dłoni, jednym niewielu, jakie jej wysłałem. Nie mogłem
widzieć dni zamieniających się w tygodnie, a później w miesiące, w których była
tutaj sama, zamknięta w klatce tęsknoty.
Uniosłem lekko podbródek, nie
spuszczając spojrzenia z jej twarzy, z hipnotyzujących ciepłem oczu. Z
uwielbienia, które się w nich malowało.
— Wiem, że wojna hojnie omija to miejsce — powiedziałem w końcu dość
oschle, a później również skłoniłem się przed nią, płytko i oficjalnie. — Niestety, na granicach walki się
zaostrzyły. Coraz więcej obowiązków zatrzymuje mnie w obozach, a podróżowanie
nie jest tak łatwe.
— To straszne! — powiedziała, unosząc
brwi, a jej oczy zabarwiły się smutkiem. I strachem. — Tyle czasu już… Ja…
Nieustannie martwię się, że—
—
Dość o wojnie, Nariyo — powiedziałem
z łagodną stanowczością, zdejmując skórzane rękawiczki.
Nie zamierzałem dać jej skończyć.
Niejednokrotnie już prowadziliśmy tę rozmowę, w której rudowłosa starała się
mnie odwieść od dalszej kariery w wojsku i w której nakłaniała mnie do tego,
żeby w końcu się ustatkować, a każda dogorywała tym samym skutkiem: ognistą
kłótnią, w której każde z nas powiedziało kilka słów za wiele. Na szczęście
mieliśmy swoje sposoby, żeby nad nieporozumieniami zbudować most, który znowu
nas łączył i który zajmował całe gorące, letnie noce w których zapominaliśmy o
wszystkim, nawet o śnie.
To nie był moment na jedną z nich i
nie zamierzałem dać jej o tym zapomnieć. Uśmiechnąłem się lekko, a ten wyraz
musiał ją zaskoczyć, bo uniosła dłoń do mostka, a jej usta, na wpół otwarte,
zamarły bez ruchu.
— Przyjechaliśmy
tu odpocząć. Zjeść porządny posiłek. Moi ludzie potrzebują chwili wytchnienia i
nie widzę potrzeby, żeby zatrzymywać ich dłużej na dziedzińcu, więc zostawmy te
rozmowy na późniejszą chwilę. Zawołaj służących, niech przygotują więcej
pokojów.
Jej oczy rozbłysnęły ponownie. Klasnęła
w dłonie, a na ustach pojawił się uroczy uśmiech, ten, który sprowadził ją do
mojego łoża, do tej posesji, do części życia, które nigdy nie będzie w całości
moim.
— Zostaniecie na dłużej?
Skinąłem głową, a później odpiąłem
naramienniki. Dopiero, kiedy kobieta usłyszała szczęk metalowej sprzączki
spojrzała niżej i ponownie wyraz jej twarzy się zmienił. Obróciła się przez
ramię i przywołała służących, którzy na jej słowa natychmiast pojawili się na
dziedzińcu i zaczęli zajmować się naszym dobytkiem. Ktoś uprzejmie
zaproponował, że zajmie się moją zbroją i mieczem, ale kiedy na niego
warknąłem, oddalił się pospiesznie. Żołnierze, wydawało się, powoli zaczynali
się rozchodzić po przestronnym dziedzińcu, trochę bardziej ośmieleni.
— Zawsze taki sam — cmoknęła kobieta,
opierając policzek na wnętrzu dłoni. — Ten miecz jest dla ciebie świętszy niż
sami bogowie — dodała, kręcąc lekko głową i w chwili, kiedy wzruszałem
ramionami jej spojrzenie zjechało nieco bardziej w bok. W kierunku, gdzie ja
również dostrzegłem Esję.
Przysłuchiwałem się wymianie zdań z
ramionami założonymi na klatce piersiowej. Gdyby Nariya nie była tak zajęta
obecnością kapłanki z pewnością starałaby się mnie skarcić za brak odpowiedniej
postawy szacunku, ale na całe szczęście jej całą uwagę zajęła blondynka. Moje
spojrzenie wędrowało od jednej do drugiej, patrzyłem jak rudowłosa kłania się
głęboko, w pozie najwyższego szacunku. Esja też zachowywała się raczej dziwnie,
ale nie zamierzałem się odzywać, gotowy, żeby wejść pod zacienione krużganki,
ukryć się przed gorącym słońcem – przynajmniej dopóki kapłanka nie zdecydowała
się włączyć mnie do rozmowy.
Och, więc o to chodzi? O niewinny żart?
— Gospodarz
jest ci przychylny, najświętsza — powiedziałem równie chłodno, tym razem
zasługując na ostre spojrzenie Nariyi. — Nie
zamierzam się kłaniać — uzupełniłem jakby zaraz miała mnie faktycznie o to
poprosić, zerkając na nią kątem oka.
— Trochę ogłady — wtrąciła rudowłosa, a
chociaż jej spojrzenie nadal było karcące, to bez wątpienia dodała do tego
rozbawioną nutę. Jakby czuła, że napięcie w powietrzu rośnie i należy go jakoś
rozładować. — Nevan, o najświętsza, czasami zachowuje się jakby nie wiedział,
przed kim stoi. Proszę mu wybaczyć — dodała w moim imieniu, uśmiechając się
uroczo do kapłanki.
Resztki niezbyt dobrego instynktu
dotyczącego kontaktów międzyludzkich mówiły mi, że te dwie nie nawiążą zbyt
dobrej relacji. Ale i co w tym dziwnego? Obie były na swój sposób moimi
kochankami, rzecz jasna nie wiedząc o tym, przynajmniej nie z przekonaniem. Nie
raz doświadczyłem tego, że kobiety jeśli o mężczyzn chodzi mają bardzo
wyczulony zmysł, który pozwala im natychmiast pojąć takie rzeczy.
Nie wywróciłem oczami tylko przez to, w
jakim towarzystwie się znajdowaliśmy. Zmęczenie powoli również dawało o sobie
znać, kiedy przestąpiłem z nogi na nogę poczułem, że mięśnie napinają się
nieprzyjemnie, a zasklepiona już rana w ramieniu na nowo promieniuje żywym
bólem. Syknąłem cicho, a później obróciłem na pięcie tak, żeby żadna z nich nie
mogła zareagować.
— Chodźmy,
nie stójmy tak w wejściu. Nariya ma rację, to też nie przystoi przed tak
wielmożnym gościem w moim domu — dodałem odrobinę złośliwie, kierując kroki
w stronę wejścia do budynku i odwracając głowę przez ramię w stronę kapłanki.
Zanim obróciłem głowę w kierunku fasady
domu dostrzegłem, że rudowłosa kłania się raz jeszcze przed odejściem od
kapłanki, a później zaprasza ją do środka wyuczonym gestem przypominającym
machnięcie dłonią, często używanym wśród szlachciców wyższej klasy. Dopiero
później zrównała się ze mną krokiem i zanim zdążyłem się temu sprzeciwić
wsunęła dłonie pod moje ramię, obejmując je w dość jednoznaczny sposób. Zerknąłem
w dół i natychmiast zauważyłem, że nie tylko jej twarz, ale cała postawa i
sylwetka promieniuje tą samą radością co zwykle, kiedy wracałem do domu. Nariya
bez wątpienia nie zauważyła żadnej zmiany. Podniosła na mnie spojrzenie, w jej
oczach była czułość, w tym, jak blisko się przysunęła również.
Miałem ochotę jeszcze raz oglądnąć
się przez ramię, ale nie zrobiłem tego, przynajmniej nie dopóki nie znaleźliśmy
się w ogromnym holu wejściowym, z którego rozwidlone schody prowadziły na
piętro, rząd w ścianie po prawej do komnat służby i zaplecza willi. Rudowłosa
puściła moje ramię i gestem przywołała jedną ze służących stojącą przy wejściu.
Wymieniła z nią kilka pospiesznych słów, a później młoda kobieta zniknęła za
jednymi z wielu drzwi, bez słowa i praktycznie bez żadnego dźwięku.
— Najświętsza, pozwól, że moja najbardziej
oddana służka zaprowadzi cię do naszych łaźni, ale najpierw coś zjedzmy,
odpocznijcie trochę — zaproponowała rudowłosa i odwróciła się przodem do
kapłanki. — Kąpiel będzie gotowa w przeciągu chwili, już poleciłam ją
przygotować. Możemy trochę umilić ci czekanie w tylnym ogrodzie, jeśli nie jesteś
zbyt zmęczona słońcem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz