piątek, 18 stycznia 2019

CCLX


        W końcu moje spojrzenie do tej pory błądzące po wszystkich doskonale mi znanych kątach utkwiłem w Esji, kiedy ta zdecydowała się odezwać. Wyglądała na skołowaną i może Nariya wzięła to za zwykłe zmęczenie, ale dla mnie, dla osoby, która znała ją lepiej niż ktokolwiek jeszcze żyjący, jasnym było, że to nie zmęczenie gra tutaj główne skrzypce. Zlustrowałem ją spojrzeniem, które wydawała się ignorować albo nie zauważać. Było w tym coś ostrzegawczego. Przelotne zmarszczenie brwi. Myśli, które natrętnie powtarzały, żeby nie robiła niczego głupiego. Żeby nie dawała się prowokować emocjom. Żeby była ponad to.
        Niestety, nie mogłem wypowiedzieć ich na głos, a kapłanka wyraźnie ich nie usłyszała pierwszy raz otwierając usta.
        Może powinienem był ją przygotować na to, co tutaj czeka. Właściwie nie było powodu, dla którego miałbym milczeć o tej sytuacji, a jednak w swoich wyobrażeniach – o ile te w ogóle wcześniej powstały – widziałem ją jako osobę, która radzi sobie z tą sytuacją bez przygotowania. Mimo wszystko, Esja rzucona na głęboką wodę świata zewnętrznego w sposób, którego jeszcze nie znała, nie radziła sobie zbyt dobrze z pływaniem.
        Ściągnąłem brwi mocniej, ale nie powiedziałem nawet słowa odprowadzając ją i dwie służące spojrzeniem do momentu, aż zniknęły za drzwiami. Podchwyciłem jej ostatnie spojrzenie rzucone przez ramię, wzrok, który był swoistą desperacką prośbą o rachunek. Rudowłosa również podążyła za moim milczeniem i nie przerywała go długo. Ile Esja wiedziała, a ile się domyślała – z pewnością zamanifestuje to prędzej niż później. Zniknęła w jednym z korytarzy z tym wyrazem na twarzy, który ciężko było mi zignorować. Może mi nie ufała. Może miała podstawy, żeby tego nie robić. Nariya w końcu skróciła dystans między nami i ponownie złapała moje ramię.
        — Nie patrz tak — mruknęła, starając się skupić moją uwagę na sobie. — Z tym złym wyrazem twarzy robisz się przerażający — dodała, podnosząc dłoń do mojej twarzy.
        Ujęła mój policzek, ale odwróciłem głowę przerywając pieszczotę. Niezrażona tym gestem przysunęła opuszki palców do mojego czoła, w miejscu w którym grymas na twarzy tworzył zmarszczkę.
        — Nawet mnie zaraz uda ci się wystraszyć — dodała chicho, odsuwając palce niemal tak szybko, jak dotknęły mojej skóry. Jej dłoń była zimna. Zauważyłem to natychmiast, kiedy tylko zetknęła się z moją skórą.
        Przestań się tak zachowywać.
        Rozluźniła uścisk i odsunęła się malutki kroczek w tył. Niewystarczający, żeby ktoś postronny mógł zaprzeczyć łączącym nas relacjom.
        — Nie rozumiem… Nevanie, nie wiem o czym ty…—
        Nie jestem eksponatem, który trzeba znakować, ani tym bardziej terytorium, które musisz strzec, więc przestań zachowywać się jak niedojrzały podlotek, który dopiero co się zakochał — przerwałem jej ostrzej, niż początkowo planowałem, a moje spojrzenie na moment zawieszone na jej ustach z pewnością nie mówiło, jak bardzo mam ją teraz ochotę pocałować. Nie analizowałem siły tej słów. Nie musiałem, bo na twarzy Nariyi od razu zapaliły się emocje, które dały mi do zrozumienia, jak bardzo poruszyły ją te słowa.
        Zrobiła jeszcze krok w tył. Ja stałem w miejscu, bez ruchu, chociaż miałem ochotę po prostu odwrócić się i odejść, zażyć ciepłej kąpieli, na chwilę przestać myśleć o tym, w jakim znaleźliśmy się położeniu. Broda kobiety zadrżała i mógłbym przysiąc, że jej oczy wypełniły się szczerymi łzami.
        Jak złym byłem człowiekiem? Kiedy mogłem to ocenić, jak nie w chwili, w której u osoby tak wrażliwej jak Nariya z taką łatwością wywoływałem płacz? Wystarczyło kilka słów. Reakcji, których z pewnością nie oczekiwała po długich miesiącach rozłąki. Poczułem jak coś ukłuło mnie w klatce piersiowej, nagle, silnie, niespodziewanie. Wyraz mojej twarzy w końcu złagodniał.
        — Po prostu za tobą tęskniłam — wydukała w końcu, a szczery, wesoły uśmiech złamał się najpierw na pół, a później skruszał na setki małych fragmentów. Rudowłosa rozglądnęła się po pomieszczeniu, oczekując, że służba przygląda się uważnie tej wymianie zdań. — Nie macie co robić?! — warknęła nagle, powstrzymując łzy przed spłynięciem jej po policzku. — Wynocha stąd! Ktoś musi zrobić solidny obiad i przygotować tylny ogród dla naszego wytwornego gościa! Ruszcie się, nie płaci wam się tutaj za robienie za rzeźby z marmuru!
        W milczeniu czekaliśmy aż echo ostatnich kroków zupełnie wygaśnie w powietrzu i dopiero wtedy podjęła głos, nadal drżący.
        — Nie było cię tak długo — wyznała, splatając dłonie na mostku, w okolicach gdzie pod żebrami biło jej serce. Nie mogłem wyczuć, jak szybko, jak gwałtownie zrywa się do kolejnych uderzeń niemal przyprawiając ją o słabość. — Martwiłam się całymi tygodniami, że przydarzyło ci się coś złego. Nie masz pojęcia… Nie wiesz, jak długo czekałam, aż znowu się tutaj pojawisz — powiedziała, nadal starając się zapanować nad emocjami. Teraz zacisnęła usta w wąską linię i nagle, w przeciągu momentu, w którym spuściła spojrzenie na podłogę wydała się tak mało atrakcyjna.
        Może to błaganie o uwagę, a może fakt, że wiedziałem, że Esja jest niedaleko. Że to ją wolałbym widzieć jako panią tego domu, to ją chciałbym mieć u boku, z nią spędzać każdą noc i kąpiel. I również to, że nigdy nie będzie mi to dane. Że nie będzie moją żoną. Będzie moim… Nikim. Bratową. Częścią rodziny, do której nie mam praw. Cała irytacja, nagromadzająca się przez długie dni podróży teraz znalazła ujście, a Nariya nie mogła mieć pojęcia, że w gruncie rzeczy nic nie zrobiła źle, że jest tylko ofiarą niesprawiedliwości. Na niej skupiło się wszystko, co od dawna już mnie trapiło, a uczucie ulg było zbyt uzależniające, żeby tak po prostu przestać.
        Tak, patrząc na jej łzy czułem, że jest mi lżej.
        Że nie tylko ja muszę cierpieć. Że nie tylko ja nie mam tego, na czym mi zależy.
        I byłem świadom, że jestem potworem. Wykorzystywałem ją do zaspokojenia swoich egoistycznych potrzeb i nie czułem się z tym nawet źle. Wbiłem spojrzenie w jej spuszczoną twarz i dopiero wtedy poczułem, że jakby z oddali docierając do mnie impulsy wysyłane przez sumienie – albo cokolwiek, co było jego zamiennikiem w mojej świadomości.
          — Nie zniosłabym życia bez ciebie, Nevanie — wyznała w końcu, pociągając nosem, a dłonią przejechała po policzku, na którym przed chwilą pojawiła się łza. — Gdybyś miał o mnie zapomnieć… wolałabym być już martwa, niż opuszczona przez ciebie, wiesz o tym tak dobrze!
        To był ostateczny powód dla mnie, żeby w końcu się ruszyć, zrobić cokolwiek. Coś powiedzieć, coś, czego na pewno teraz ode mnie oczekiwała.
        Nie płacz, Nariyo — wyszeptałem i postawiłem krok do przodu. — Tak mało jest ciebie w tobie, kiedy mażesz się w ten sposób przede mną. Podnieś głowę — poleciłem miękko, ale zamiast czekać, aż to zrobi, złapałem ją za podbródek i zmusiłem do tego, żeby spojrzała mi w oczy. Jej tęczówki lśniły jasnym, żywym kolorem.
        Ale to nie były oczy Esji. I nigdy nimi nie będą.

        Po kąpieli, na którą nie przeznaczyłem wiele czasu zszedłem reprezentacyjną klatką schodową na dół. Uważnie i powoli stawiałem każdy krok, dłonią sunąc po gładkiej powierzchni drewnianej poręczy balustrady rozglądałem się dookoła, jakbym oczekiwał, że coś niezgodnego z moimi wspomnieniami, coś nowego i nie na miejscu zaraz rzuci mi się w oczy. Jednocześnie wiedziałem, że nic takiego się nie stanie, bo to miejsce po prostu nigdy się nie zmieniało. Nariya wiedziała, że gospodarz tej willi był przeciwny wszelkim, nawet najdrobniejszym nowościom wprowadzonym podczas jego nieobecności i pieczołowicie dbała, żeby nigdy nic takiego nie miało miejsca. Nietknięte zębem czasu meble i bogate elementy wystroju reprezentacyjnej przestrzeni willi choć stare, były zachowane w idealnym stanie. Łatwo było dostrzec, że są tu ludzie dbający o każdy, najdrobniejszy zakamarek każdego pomieszczenia.
        Przeszedłem przez ogromny salon, główne pomieszczanie przeznaczone do przyjmowania gości, a rzadko przeze mnie samego używane. Oficjalność wisiała tu w powietrzu. Naryia wiedziała, że w głównym salonie nie jadam obiadów. Wygładziłem swoje ubranie wyciągnięte z szafy – chociaż nieużywane przez wiele tygodni, pachniało czystością i nie było na nim ani jednej drobinki kurzu. Wszystko było dopięte na ostatni guzik.
        Jadalnia na tyłach budynku była pusta. Żadnej z kobiet, które miały zjeść ze mną posiłek nie było jeszcze w pomieszczeniu i przyjąłem to spostrzeżenie z ulgą. To dało mi chwilę, żeby nie tylko przemyśleć swoje położenie, ale przede wszystkim nacieszyć się spokojem, swobodą, wszystkimi tymi znajomymi uczuciami, które wzbudzała we mnie niezmiennie posiadłość i wszystkie ziemie rozciągające się dookoła niej. Przeszedłem przez otwarte drzwi tarasowe i znalazłem się w cieniu bluszczu spuszczonego po dwóch stronach zadaszenia. Ciepły wiatr musnął moje ciało i pozwoliłem sobie na głośny wdech. Podszedłem do balustrady i oparłem na niej dłonie, a na nich cały ciężar ciała.
        — Wszystko jest tutaj takie piękne — dobiegł mnie głos zza pleców.
        Głos tak dobrze znany, teraz już opanowany, może nawet pogodny. Nie poruszyłem się, czekając aż Nariya podejdzie do mnie i stanie obok, a może przytuli się do mojego boku. Nic takiego jednak nie nastąpiło, zamiast tego jej głos ponownie przeszył ciszę, jaka między nami zapadła. W ogrodzie nie było bowiem cicho. Natura żyła swoim życiem; ptaki śpiewały w wysokich koronach drzew oddalonych o kilkaset metrów, wiatr poruszał krzewy do życia, setki liści szumiały, a wszystkie te dźwięki tworzyły jedną, spójną kompozycję. Spędziliśmy długą chwilę, nasłuchując.
        — A jednak bez twojej obecności to miejsce obumiera, nawet w szczycie pory letniej — zawahała się na chwilę. Gdybym się obrócił, dostrzegłbym, że zagryza wargi. — Ja obumieram razem z nim.
        Nie pozwoliłem sobie ani na poczucie winy, ani na komentarz jej słów.
        Okazało się, że dobrze zrobiłem, bo niedługo po rudowłosej na dół zeszła także Esja, a kiedy usłyszałem jej głos, odepchnąłem się od balustrady i powoli obróciłem przez ramię. Nie powstrzymałem się od tego, żeby na dłużej zawiesić spojrzenie na jej twarzy, na jej sylwetce. Nie czułem się niczemu winny; Nariya również poświęciła jej ogrom swojej uwagi. Podniosła się z leżanki, na której musiała przed chwilą przysiąść i weszła do wnętrza, wprawiając długie zasłony w ruch. Między falującym, półprzezroczystym materiałem doskonale widziałem wzrok Esji, wystarczyło połączenie jej słów, żeby wyprowadzić mnie z równowagi, w którą wprawiło mnie otoczenie.
        Harmonia ducha poszła się jebać, przynajmniej na kilka krótkich chwil.
        Oparty biodrem o poręcz kutej balustrady, z ramionami założonymi na piersiach patrzyłem ze sporego dystansu w jej oczy. Doskonale wiedziałem, o czym mówi. Ciekawe, czy pomyślała o krwawej cenie, którą spłaciła niewinna osoba za chwile, o których teraz wspomina. Ciekawe, czy w ogóle o tym wiedziała.
        W końcu odepchnąłem się od poręczy i również przemierzyłem taras, wchodząc do wnętrza budynku, a kiedy minąłem falujące na wietrze kotary kącik moich ust uniósł się w uśmiechu.
        Faktycznie, łaźnie wojskowe w niczym nie przypominają tych, którymi gospodarujemy tutaj, w tym domu. Są wręcz nieporównywalnie żałosne w stosunku do mojego kompleksu wewnętrznego  zewnętrznego — dodałem, nie licząc się z tym, że rudowłosa prawdopodobnie nie oczekiwała żadnych słów komentarza z mojej strony. — Tyle tylko, że te obozowe są wyłącznie dla mężczyzn. Ciężko musiało być Jej Świętości dostać się do środka i być w dodatku niezauważoną. Że też nikogo nie spotkała! To już prawie zbrodnia.
        Wzruszyłem lekko ramionami, jakby zupełnie to była bagatela, a nie poważny zarzut. Nariya nabrała głośno powietrza w płuca, wyraźnie nie oczekując po mnie takiej bezpośredniości w stosunku do kogoś, kto tak bardzo przewyższa mnie statusem. Cóż, nigdy nie dane będzie jej poznać jaki naprawdę mam stosunek do religii. Jedyne, co ma i na zawsze będzie miała to drobne przesłanki, niewielkie poszlaki, ale nigdy niczego konkretnego.
        Nie podejrzewałem, żeby jej miłość do mnie była silniejsza niż powinność wobec świętości.
        — Pora na obiad! — Kobieta klasnęła w dłonie, po czym przywołała służbę i uprzejmie skinęła głową w stronę stołu. — Siadajcie, jesteście oboje wystarczająco zmęczeni. Zaraz pojawią się dania, proszę uwierzyć, sama pilnowałam, żeby były najwyższej jakości i rozmaitości. Nie podejrzewałam, że Nevan pojawi się w takim towarzystwie, ale zawsze na jego pojawienie się przygotowujemy specjalne posiłki.
        Rozłożyła dłonie podchodząc do stołu, najwyraźniej bardzo niepewnie czując się w obszarach rozmowy, do której dotarliśmy. Nie przeszkadzało mi to; właściwie nigdy nie przeszkadzał mi fakt, że posiadam więcej wiedzy na różne tematy niż inni. To dawało mi nad ludźmi rozmaitą przewagę. Ale nawet teraz miałem świadomość, że muszę być ostrożny, a sam fakt, że Esja zachowuje się w tej prowokacyjny sposób buchał iskrami irytacji.
        — Masz rację, w gruncie rzeczy umieram z głodu. Woda wyciągnęła ze mnie resztki sił — powiedziałem, zajmując miejsce u szczytu stołu właściwie bez zastanowienia. — Czy stajenni odpowiednio zajęli się naszymi wierzchowcami?
        — Oczywiście — odprawowała Nariya natychmiast, niemal urażona. — Wiesz, że mamy od tego najlepszych ludzi. — Po tych słowach przeniosła spojrzenie na Esję i skinieniem głowy ponownie zachęciła ją do zajęcia miejsca, chociaż sama nadal tego jeszcze nie zrobiła. — Zapraszam, o Święta, usiądź proszę. Musiałaś… Przejść przez wiele w ostatnich czasach — dodała jeszcze, zdecydowanie bardziej niepewnie, zakładając dłonie przed sobą i splatając ich palce.
        Oczywiście. Wszyscy słyszeli o świątyni, która spłonęła i została ograbiona.
        Cały kraj prawdopodobnie przez długie tygodnie nie mówił o niczym innym. Podniosłem sztućce i przeniosłem spojrzenie na kapłankę, a to nawet w połowie nie wyrażało ciekawości i oczekiwania na jej reakcję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/