sobota, 19 stycznia 2019

CCLXII


        W oczach Esji toczył się konflikt. Był tam od chwili, kiedy Nariya wzięła moje ramię, a może wcześniej, kiedy tylko dostrzegła ją na balkonie, kiedy widziała jej spojrzenie wbite we mnie. Teraz również był na jej twarzy… Nie, nie na twarzy. Tylko w tęczówkach. Tylko w spojrzeniu, które nie przykrywało wszystkiego tak dokładnie, jak powinno i szczęśliwym zbiegiem okoliczności było, że rudowłosa miała tak ogromny szacunek do religii i świętości, bo w przeciwnym razie mogłaby to zauważyć. Zacząć się zastanawiać. Nieostrożność kapłanki nie była tak dobrze ukryta, jak powinna być, a teraz, lustrując ją spojrzeniem, na które nie zwracała uwagi, widziałem ją w bardzo jaskrawych kolorach.
        Nie myślała wcale o świątyni, przynajmniej nie w momencie, kiedy Nariya zwróciła się do niej bezpośrednio.
        Wyraz mojej twarzy stężał na moment po tym, kiedy ta obserwacja osiadła na dnie mojej świadomości, przylepiła do jej kraju. Chwyciłem sztućce w obie dłonie, ale zorientowałem się, że jedzenia nie ma jeszcze przecież na stole. Na szczęście obie były zajęte czymś innym – rudowłosa przerażeniem, że uraziła wspomnienia Jej Świętości, a Esja, cóż, kto tak naprawdę to wiedział? Podejrzewałem, że rozmowa na ten temat mnie nie ominie, bo jeśli chciałbym jej unikać, musiałbym zacząć unikać samej kapłanki, ale to nie sprawiało, że perspektywa cichych wyrzutów, zakamuflowanych w jej zachowaniu i słowach była mi bardziej przyjemna.  Odłożyłem widelec z cichym szczękiem na drewniany blat, popękany i naznaczony w wielu miejscach grubymi bruzdami. Wziąłem kielich z winem i nie czekając na nikogo innego wypiłem prawie całą jego zawartość.
        Niestety, alkohol nie ukoił moich nerwów.
        Obróciłem nóż w palcach, bawiąc się nim niczym odrobinę za ostrą zabawką, raz, a później także kolejny. Moje spojrzenie utkwione w polerowanym srebrze musiało dawać znać każdemu, kto pojawiłby się teraz w pokoju, że ta rozmowa ani mnie nie dotyczy, ani nie interesuje.
        Religia nigdy nie leżała w kręgu moich zainteresowań i nawet sama Nariya dobrze o tym wiedziała, wyraźnie nie oczekując, że w jakikolwiek sposób odniosę się do rozmowy. Żadna obraza na tym tle i tak nie była w stanie sprowokować mnie do reakcji innej, niż wąski, kpiący półuśmiech. Przez wiele lat wypracowałem zadziwiający system obronny, który miał chronić moje poglądy. Moje życie. Wszystko, na czym mi jeszcze zależało na tym padole. Dlatego też kiedy rudowłosa ciągnęła rozmowę, rozciągnąłem się leniwie na krześle, nie odwracając spojrzenia od noża obracanego w dłoni z morderczą wprawą. Gdybym chciał… Wszystko mogło stać się narzędziem zbrodni.
        Do mojego nosa docierał zapach z odlegle położonej kuchni, a to mogło znaczyć jedynie tyle, że posiłek jest w drodze. Cóż za dogodna pora, żeby skończyć to idiotyczne babskie pierdolenie o świętości.
        Nie, nasze nie mają takich ograniczeń — odpowiedziałem, prostując się na krześle. Odłożyłem z impetem nóż na stół. Nie było to bynajmniej manifestacją żadnych uczuć, chociaż mógłbym się założyć, że tak nagły i głośny gest nie spodobał się Nariyi. — Ona sama często z nich korzysta. Przykro byłoby tu mieszkać przez cały rok i nie móc nawet nacieszyć się wspaniałością tej willi, prawda?
        Zerknąłem w bok, na rudowłosą, ale nie było to bynajmniej pytanie dyktowane grzecznością.
        Więc niestety, ale wasza wysokość specjalnego traktowania tutaj nie uświadczy — dokończyłem, pochylając się nad stołem lekko i w końcu również spojrzałem na Esję, ale było to spojrzenie chłodne i przelotne, tak różne od wszystkiego, do czego przywykliśmy. Na szczęście chociaż ja jeden potrafiłem zgrywać odpowiednie pozory. Dbać o to, żeby wszystko, co nas łączy było nadal tylko i wyłącznie naszą tajemnicą. — Przynajmniej nie w zakresie kąpieli. Pod tym kątem obóz jest znacznie ciekawszym miejscem. Tutaj możesz liczyć na pełną dyskrecję, sam przypilnuję, żeby nikt nie naruszał twojego spokoju… Najświętsza.
        To słowo, jak zawsze, w moich ustach brzmiało niemal jak najgorsza obraza.
        Nariya mało co się nie zapowietrzyła, słysząc wszystkie te słowa, najwidoczniej doświadczyła szoku zbyt nagłego, żeby wejść mi w słowo i jakoś załagodzić wszystko, co powiedziałem. Nawet, jeżli wcale nie chciałem, żeby te słowa brzmiały łagodnie. Specjalnie przecież dobrałem je tak, a nie inaczej. Rzucone ponad stołem, w oczekiwaniu na obiad, lśniły w ostrym kontraście w stosunku do tego całego bogobojnego szacunku, który Naryia okazywała Esji odkąd tylko dowiedziała się, że jest kapłanką.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/