W oczach Esji toczył się konflikt. Był
tam od chwili, kiedy Nariya wzięła moje ramię, a może wcześniej, kiedy tylko
dostrzegła ją na balkonie, kiedy widziała jej spojrzenie wbite we mnie. Teraz
również był na jej twarzy… Nie, nie na twarzy. Tylko w tęczówkach. Tylko w
spojrzeniu, które nie przykrywało wszystkiego tak dokładnie, jak powinno i
szczęśliwym zbiegiem okoliczności było, że rudowłosa miała tak ogromny szacunek
do religii i świętości, bo w przeciwnym razie mogłaby to zauważyć. Zacząć się
zastanawiać. Nieostrożność kapłanki nie była tak dobrze ukryta, jak powinna
być, a teraz, lustrując ją spojrzeniem, na które nie zwracała uwagi, widziałem
ją w bardzo jaskrawych kolorach.
Nie myślała wcale o świątyni,
przynajmniej nie w momencie, kiedy Nariya zwróciła się do niej bezpośrednio.
Wyraz mojej twarzy stężał na moment po
tym, kiedy ta obserwacja osiadła na dnie mojej świadomości, przylepiła do jej
kraju. Chwyciłem sztućce w obie dłonie, ale zorientowałem się, że jedzenia nie
ma jeszcze przecież na stole. Na szczęście obie były zajęte czymś innym –
rudowłosa przerażeniem, że uraziła wspomnienia Jej Świętości, a Esja, cóż, kto
tak naprawdę to wiedział? Podejrzewałem, że rozmowa na ten temat mnie nie
ominie, bo jeśli chciałbym jej unikać, musiałbym zacząć unikać samej kapłanki,
ale to nie sprawiało, że perspektywa cichych wyrzutów, zakamuflowanych w jej
zachowaniu i słowach była mi bardziej przyjemna. Odłożyłem widelec z cichym szczękiem na
drewniany blat, popękany i naznaczony w wielu miejscach grubymi bruzdami. Wziąłem
kielich z winem i nie czekając na nikogo innego wypiłem prawie całą jego
zawartość.
Niestety, alkohol nie ukoił moich
nerwów.
Obróciłem nóż w palcach, bawiąc się nim
niczym odrobinę za ostrą zabawką, raz, a później także kolejny. Moje spojrzenie
utkwione w polerowanym srebrze musiało dawać znać każdemu, kto pojawiłby się
teraz w pokoju, że ta rozmowa ani mnie nie dotyczy, ani nie interesuje.
Religia nigdy nie leżała w kręgu moich
zainteresowań i nawet sama Nariya dobrze o tym wiedziała, wyraźnie nie
oczekując, że w jakikolwiek sposób odniosę się do rozmowy. Żadna obraza na tym
tle i tak nie była w stanie sprowokować mnie do reakcji innej, niż wąski,
kpiący półuśmiech. Przez wiele lat wypracowałem zadziwiający system obronny,
który miał chronić moje poglądy. Moje życie. Wszystko, na czym mi jeszcze
zależało na tym padole. Dlatego też kiedy rudowłosa ciągnęła rozmowę,
rozciągnąłem się leniwie na krześle, nie odwracając spojrzenia od noża obracanego
w dłoni z morderczą wprawą. Gdybym chciał… Wszystko mogło stać się narzędziem
zbrodni.
Do mojego nosa docierał zapach z
odlegle położonej kuchni, a to mogło znaczyć jedynie tyle, że posiłek jest w
drodze. Cóż za dogodna pora, żeby skończyć to idiotyczne babskie pierdolenie o
świętości.
— Nie,
nasze nie mają takich ograniczeń — odpowiedziałem, prostując się na
krześle. Odłożyłem z impetem nóż na stół. Nie było to bynajmniej manifestacją
żadnych uczuć, chociaż mógłbym się założyć, że tak nagły i głośny gest nie
spodobał się Nariyi. — Ona sama często z
nich korzysta. Przykro byłoby tu mieszkać przez cały rok i nie móc nawet
nacieszyć się wspaniałością tej willi, prawda?
Zerknąłem w bok, na rudowłosą, ale nie
było to bynajmniej pytanie dyktowane grzecznością.
— Więc
niestety, ale wasza wysokość specjalnego traktowania tutaj nie uświadczy —
dokończyłem, pochylając się nad stołem lekko i w końcu również spojrzałem na
Esję, ale było to spojrzenie chłodne i przelotne, tak różne od wszystkiego, do
czego przywykliśmy. Na szczęście chociaż ja jeden potrafiłem zgrywać
odpowiednie pozory. Dbać o to, żeby wszystko, co nas łączy było nadal tylko i
wyłącznie naszą tajemnicą. — Przynajmniej
nie w zakresie kąpieli. Pod tym kątem obóz jest znacznie ciekawszym miejscem.
Tutaj możesz liczyć na pełną dyskrecję, sam przypilnuję, żeby nikt nie naruszał
twojego spokoju… Najświętsza.
To słowo, jak zawsze, w moich ustach
brzmiało niemal jak najgorsza obraza.
Nariya mało co się nie zapowietrzyła,
słysząc wszystkie te słowa, najwidoczniej doświadczyła szoku zbyt nagłego, żeby
wejść mi w słowo i jakoś załagodzić wszystko, co powiedziałem. Nawet, jeżli
wcale nie chciałem, żeby te słowa brzmiały łagodnie. Specjalnie przecież
dobrałem je tak, a nie inaczej. Rzucone ponad stołem, w oczekiwaniu na obiad, lśniły
w ostrym kontraście w stosunku do tego całego bogobojnego szacunku, który Naryia
okazywała Esji odkąd tylko dowiedziała się, że jest kapłanką.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz