Nariya poświęciła mi jedno spojrzenie.
Jedno. Żadnego słowa. A te musiały tam być, z pewnością były, jak również i je
z pewnością usłyszę, kiedy w końcu zostaniemy sami. Świadomość bycia przytrzaśniętym
pomiędzy jedną a drugą sprawiało, że robiłem się mniej głodny, mniej zmęczony,
a bardziej miałem ochotę kontynuować podróż natychmiast.
Przybliżanie się do celu zawsze było
moją siłą napędową. Teraz jednak? Cel był czymś, czego chciałbym uniknąć. Co
więcej, o uniknięciu którego myślałem więcej niż kiedykolwiek, jeśli chodziło o
sprzeciwianie się rozkazom.
Rozluźniłem się na krześle i
przymknąłem oczy, pozwalając tamtym dwóm rozmawiać bez mojego udziału,
zwłaszcza, że w tym temacie wolałem się nie wypowiadać. Może kiedyś, w innych okolicznościach,
Esja i Nariya mogłyby faktycznie zostać przyjaciółkami. Teraz jednak było to
idealną iluzją i koniecznym kłamstwem, które sprawiło, że w końcu coś zaczęło
iść po mojej myśli. Niech rudowłosa wierzy, ze to jest prawda. Niech żyje
spotkaniem z kapłanką następne długie tygodnie. Nigdy bowiem nie dowie się, co
nas łączy. Przechyliłem głowę na bok i z westchnieniem ulgi przyjąłem
pojawienie się obiadu w zachodnim salonie willi. Aromaty wypełniły całą komnatę,
a wino pochłonięte niemal natychmiast tylko podsyciło głód, kiedy zapachy
dotarły do moich nozdrzy.
Ktoś z służby podszedł, żeby uzupełnić
mój kielich, więc zachęciłem go machnięciem ręki, nawet nie poświęcając mu
jednego spojrzenia.
Gdyby nie to, że zbliżyliśmy się do
siebie z Esją, że złamaliśmy wszelkie ludzkie prawa – a podobno i boskie, choć
te często wrzucałem do jednego wora – to może byłby to początek przyjaźni.
Gdyby ten układ nie miał drugiego dna, być może uznałbym to tylko za uprzejmą,
nudną wymianę zdań. Ta tymczasem była podszyta nieczystymi motywami i
kłamstwem, którego Nariya nie mogła ani zauważyć, ani zrozumieć.
—
To wszystko jest takie urocze — mruknąłem, nawet nie sądząc, że kobiety
usłyszą te słowa, a później obróciłem się przez ramię, gdzie jak odkryłem stał
mężczyzna z glinianym dzbanem. — Więcej
wina — warknąłem, a te słowa wmieszały się w zamieszanie towarzyszące pojawiającym
się w komnacie posiłkach.
Dopiero kiedy w rozmowie padło moje imię
poruszyłem się, unosząc głowę i spojrzałem na rudowłosą, a później także na
blondynkę. Na każdą z nich dość przelotnie.
— W
drodze powrotnej nie planuję żadnych postojów — uciąłem krótko, nakładając
potrawy na swój talerz.
Wykorzystałem chwilę ciszy, żeby z
wyraźnym pośpiechem dokończyć swój posiłek. Jedzenie znikało z mojego talerza
niemal równie szybko, co wcześniej wino z kielicha. Przez kilka chwil jedynym
odgłosem był szczęk sztućców, być może pozostałe kobiety wymieniły ze sobą
jeszcze kilka zdań, trochę więcej uprzejmości, ale nie przyłożyłem wagi do
tego, żeby słuchać. Zamiast tego moja świadomość skupiła się na czymś zupełnie
innym. Planowanie tego dnia, w którym miałem oddać Esję w ręce brata i całej swojej
bezwzględnej rodziny zawsze zajmowało całą moją uwagę. A myślenie o wszystkim,
co ma nastąpić później… Było zbyt trudne. W końcu jednak odchrząknąłem i podniosłem
wzrok nad niemal zupełnie pustym talerzem. Zapominałem o głodzie, kiedy
pogrążałem się w myślach o powrocie do stolicy. Zapominałem o senności, kiedy
rozdrapywałem rany, a na te nawet spokojna atmosfera tego miejsca nie miała
żadnego lekarstwa.
Kiedyś sądziłem, że tutaj nie dosięgnie
mnie żadne cierpienie, a jednak przyjechało tutaj za mną, siedziało po mojej
lewej stronie, wwiercało się w świadomość. Zacisnąłem dłonie na kolanach pod
stołem.
— Zamierzam
zostać dłużej w stolicy, a później ruszać na front tak szybko, jak tylko będzie
mógł ponieść mnie wierzchowiec. Przykro mi — dodałem, czysto oficjalnie i
bez wspomnianego uczucia. — Jak już
mówiłem, wojna dopiero nabiera tempa, a moje miejsce jest przy moim oddziale i
na froncie. Zniszczenie świątyni nie było żadnym przypadkiem, a dopiero
zapowiedzią tego, co ma nadejść. To nie czas na odpoczynek.
Rudowłosa opuściła sztućce, a te dźwięcznie
uderzyły o porcelanowy talerz i ten dźwięk wypełnił całe pomieszczenie. Służba
stojąca przy drzwiach, odpowiedzialna za to, żeby na stole nikomu nigdy niczego
nie brakło podskoczyła, zaskoczona tym niespodziewanym hałasem. Nariya
westchnęła, przykładając dłoń do ust. Najwyraźniej już zdążyła się zaprzyjaźnić
z faktem, że rozmowa na temat tego świętokradzkiego ludobójstwa została
zamknięta i zapieczętowana. Może przeżywała wewnątrz siebie moralne
wyniesienie; oto jej, kobiecie urodzonej jako zwykła mieszczanka kapłanka
zaproponowała własną przyjaźń.
Esja dała jej tym gestem – chociaż fałszywym
– prawdopodobniej większą przyjemność, niż w ogóle podejrzewała.
— Czyli to prawda? — zapytała, a jej
głos w przeciwieństwie do tego, czego się spodziewałem, jej głos nawet nie
zadrżał. — To takie okropne... Nie do pomyślenia! Jak ludzie potrafią tak bestialsko
zbezcześcić wszystko, co święte, zgotować taki los… — pokręciła głową, a
później przeniosła spojrzenie na kapłankę.
Byłem pewny, że w jej oczach błyszczało
współczucie. Ostatnie, co mogłoby pomóc Esji w pozycji, w jakiej się znalazła. Czułem,
że ma ochotę wstać, podejść do niej, być może nawet odważyła się, żeby ją objąć
w wyrazie wsparcia. Zanim – i o ile - to się stało, odłożyłem wzięty przed
chwilą kielich wina na stół i podniosłem się z miejsca, ze zgrzytem odsuwając
go po kamiennej posadzce.
— Pozwólcie,
panie, że teraz się oddalę. Znakomita uczta — powiedziałem sztywno, prawdopodobnie
tylko dlatego, że od osoby na mojej pozycji tego się wymagało. Na moment
zawiesiłem spojrzenie na Esji. Miała to być tylko krótka chwila, na którą nie
powinienem był sobie przecież pozwolić, tak surowo odnosiłem się do wszelkich
błędów tego pokroju, ale patrząc na jej delikatną twarz moje usta ponownie
otworzyły się, tym razem bez namysłu. — Będę
iście zaszczycony, jeśli po skończeniu posiłku poświęcisz kilka chwil i
dołączysz do mnie w tylnych ogrodach. Wybieram się tam na spacer, a jest coś…
— zawiesiłem głos i ponownie przeniosłem spojrzenie na drugą z kobiet. — Coś, o czym muszę cię poinformować. Poufne informacje
— dodałem, jakby Nariya miała się sprzeciwić.
Ta jednak wcale nie wyglądała, jakby
miała ochotę to zrobić. Może nawet ucieszyła ją zmiana tonu, którym zwracałem
się do jej świętego gościa. Z wdzięcznością wymalowaną na twarzy skinęła do
mnie głową, tym samym pozwalając się oddalić i zostawić je obie w swoim
towarzystwie.
Obróciłem się, nie poświęcając niczemu
uwagi, przeszedłem przez drzwi balkonowe, a później przekroczyłem taras na skos
i po wąskich schodach zszedłem na trawę. Niczym nie przypominała twardych,
kamiennych ziem pustyni. Żyzna gleba uginała się pod moimi stopami kamuflując
wibracje każdego kroku. Podniosłem głowę, żeby popatrzeć na jasne niebo, a później
ruszyłem przed siebie trasą, którą mogłem pokonywać równie dobrze z zamkniętymi
oczami, tak dobrze ją znałem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz