sobota, 19 stycznia 2019

CCLXIV


        Nariya poświęciła mi jedno spojrzenie. Jedno. Żadnego słowa. A te musiały tam być, z pewnością były, jak również i je z pewnością usłyszę, kiedy w końcu zostaniemy sami. Świadomość bycia przytrzaśniętym pomiędzy jedną a drugą sprawiało, że robiłem się mniej głodny, mniej zmęczony, a bardziej miałem ochotę kontynuować podróż natychmiast.
        Przybliżanie się do celu zawsze było moją siłą napędową. Teraz jednak? Cel był czymś, czego chciałbym uniknąć. Co więcej, o uniknięciu którego myślałem więcej niż kiedykolwiek, jeśli chodziło o sprzeciwianie się rozkazom.
        Rozluźniłem się na krześle i przymknąłem oczy, pozwalając tamtym dwóm rozmawiać bez mojego udziału, zwłaszcza, że w tym temacie wolałem się nie wypowiadać. Może kiedyś, w innych okolicznościach, Esja i Nariya mogłyby faktycznie zostać przyjaciółkami. Teraz jednak było to idealną iluzją i koniecznym kłamstwem, które sprawiło, że w końcu coś zaczęło iść po mojej myśli. Niech rudowłosa wierzy, ze to jest prawda. Niech żyje spotkaniem z kapłanką następne długie tygodnie. Nigdy bowiem nie dowie się, co nas łączy. Przechyliłem głowę na bok i z westchnieniem ulgi przyjąłem pojawienie się obiadu w zachodnim salonie willi. Aromaty wypełniły całą komnatę, a wino pochłonięte niemal natychmiast tylko podsyciło głód, kiedy zapachy dotarły do moich nozdrzy.
        Ktoś z służby podszedł, żeby uzupełnić mój kielich, więc zachęciłem go machnięciem ręki, nawet nie poświęcając mu jednego spojrzenia.
        Gdyby nie to, że zbliżyliśmy się do siebie z Esją, że złamaliśmy wszelkie ludzkie prawa – a podobno i boskie, choć te często wrzucałem do jednego wora – to może byłby to początek przyjaźni. Gdyby ten układ nie miał drugiego dna, być może uznałbym to tylko za uprzejmą, nudną wymianę zdań. Ta tymczasem była podszyta nieczystymi motywami i kłamstwem, którego Nariya nie mogła ani zauważyć, ani zrozumieć.
        — To wszystko jest takie urocze — mruknąłem, nawet nie sądząc, że kobiety usłyszą te słowa, a później obróciłem się przez ramię, gdzie jak odkryłem stał mężczyzna z glinianym dzbanem. — Więcej wina — warknąłem, a te słowa wmieszały się w zamieszanie towarzyszące pojawiającym się w komnacie posiłkach.
        Dopiero kiedy w rozmowie padło moje imię poruszyłem się, unosząc głowę i spojrzałem na rudowłosą, a później także na blondynkę. Na każdą z nich dość przelotnie.
        W drodze powrotnej nie planuję żadnych postojów — uciąłem krótko, nakładając potrawy na swój talerz.
        Wykorzystałem chwilę ciszy, żeby z wyraźnym pośpiechem dokończyć swój posiłek. Jedzenie znikało z mojego talerza niemal równie szybko, co wcześniej wino z kielicha. Przez kilka chwil jedynym odgłosem był szczęk sztućców, być może pozostałe kobiety wymieniły ze sobą jeszcze kilka zdań, trochę więcej uprzejmości, ale nie przyłożyłem wagi do tego, żeby słuchać. Zamiast tego moja świadomość skupiła się na czymś zupełnie innym. Planowanie tego dnia, w którym miałem oddać Esję w ręce brata i całej swojej bezwzględnej rodziny zawsze zajmowało całą moją uwagę. A myślenie o wszystkim, co ma nastąpić później… Było zbyt trudne. W końcu jednak odchrząknąłem i podniosłem wzrok nad niemal zupełnie pustym talerzem. Zapominałem o głodzie, kiedy pogrążałem się w myślach o powrocie do stolicy. Zapominałem o senności, kiedy rozdrapywałem rany, a na te nawet spokojna atmosfera tego miejsca nie miała żadnego lekarstwa.
        Kiedyś sądziłem, że tutaj nie dosięgnie mnie żadne cierpienie, a jednak przyjechało tutaj za mną, siedziało po mojej lewej stronie, wwiercało się w świadomość. Zacisnąłem dłonie na kolanach pod stołem.
        Zamierzam zostać dłużej w stolicy, a później ruszać na front tak szybko, jak tylko będzie mógł ponieść mnie wierzchowiec. Przykro mi — dodałem, czysto oficjalnie i bez wspomnianego uczucia. — Jak już mówiłem, wojna dopiero nabiera tempa, a moje miejsce jest przy moim oddziale i na froncie. Zniszczenie świątyni nie było żadnym przypadkiem, a dopiero zapowiedzią tego, co ma nadejść. To nie czas na odpoczynek.
        Rudowłosa opuściła sztućce, a te dźwięcznie uderzyły o porcelanowy talerz i ten dźwięk wypełnił całe pomieszczenie. Służba stojąca przy drzwiach, odpowiedzialna za to, żeby na stole nikomu nigdy niczego nie brakło podskoczyła, zaskoczona tym niespodziewanym hałasem. Nariya westchnęła, przykładając dłoń do ust. Najwyraźniej już zdążyła się zaprzyjaźnić z faktem, że rozmowa na temat tego świętokradzkiego ludobójstwa została zamknięta i zapieczętowana. Może przeżywała wewnątrz siebie moralne wyniesienie; oto jej, kobiecie urodzonej jako zwykła mieszczanka kapłanka zaproponowała własną przyjaźń.
        Esja dała jej tym gestem – chociaż fałszywym – prawdopodobniej większą przyjemność, niż w ogóle podejrzewała.
        — Czyli to prawda? — zapytała, a jej głos w przeciwieństwie do tego, czego się spodziewałem, jej głos nawet nie zadrżał. — To takie okropne... Nie do pomyślenia! Jak ludzie potrafią tak bestialsko zbezcześcić wszystko, co święte, zgotować taki los… — pokręciła głową, a później przeniosła spojrzenie na kapłankę.
        Byłem pewny, że w jej oczach błyszczało współczucie. Ostatnie, co mogłoby pomóc Esji w pozycji, w jakiej się znalazła. Czułem, że ma ochotę wstać, podejść do niej, być może nawet odważyła się, żeby ją objąć w wyrazie wsparcia. Zanim – i o ile - to się stało, odłożyłem wzięty przed chwilą kielich wina na stół i podniosłem się z miejsca, ze zgrzytem odsuwając go po kamiennej posadzce.
        Pozwólcie, panie, że teraz się oddalę. Znakomita uczta — powiedziałem sztywno, prawdopodobnie tylko dlatego, że od osoby na mojej pozycji tego się wymagało. Na moment zawiesiłem spojrzenie na Esji. Miała to być tylko krótka chwila, na którą nie powinienem był sobie przecież pozwolić, tak surowo odnosiłem się do wszelkich błędów tego pokroju, ale patrząc na jej delikatną twarz moje usta ponownie otworzyły się, tym razem bez namysłu. — Będę iście zaszczycony, jeśli po skończeniu posiłku poświęcisz kilka chwil i dołączysz do mnie w tylnych ogrodach. Wybieram się tam na spacer, a jest coś… — zawiesiłem głos i ponownie przeniosłem spojrzenie na drugą z kobiet. — Coś, o czym muszę cię poinformować. Poufne informacje — dodałem, jakby Nariya miała się sprzeciwić.
        Ta jednak wcale nie wyglądała, jakby miała ochotę to zrobić. Może nawet ucieszyła ją zmiana tonu, którym zwracałem się do jej świętego gościa. Z wdzięcznością wymalowaną na twarzy skinęła do mnie głową, tym samym pozwalając się oddalić i zostawić je obie w swoim towarzystwie.
        Obróciłem się, nie poświęcając niczemu uwagi, przeszedłem przez drzwi balkonowe, a później przekroczyłem taras na skos i po wąskich schodach zszedłem na trawę. Niczym nie przypominała twardych, kamiennych ziem pustyni. Żyzna gleba uginała się pod moimi stopami kamuflując wibracje każdego kroku. Podniosłem głowę, żeby popatrzeć na jasne niebo, a później ruszyłem przed siebie trasą, którą mogłem pokonywać równie dobrze z zamkniętymi oczami, tak dobrze ją znałem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/