sobota, 19 stycznia 2019

CCLXV



       Czekałam na jego słowa, jak na wyrok, więc kiedy te padły, analizowałam je bardzo dokładnie, nie pozwalając sobie na żaden wyraz radości, chociaż ta niewątpliwie we mnie zakiełkowała. Więc tu nie wróci. Do niej. Nie zostawi mnie po to, aby szukać pocieszenia w jej ramionach. Nawet nie wiedział, jak mi ulżyło, nie mógł wiedzieć, nie tylko on z resztą. Przede wszystkim Nariya nie mogła wiedzieć, więc na rękę mi było, że ta najpewniej uważa, że w tej kwestii ma we mnie kogoś w rodzaju sojusznika. Jak dalekie było to od prawdy, tego nigdy miała się nie dowiedzieć. 
       Zajęta posiłkiem przysłuchiwałam się jego słowom w fałszywym spokoju. Dłużej w stolicy... serce zabiło mi nieco mocniej, ale nie pozwoliłam sobie zbyt pochopnie na to, aby stwierdzić, że to z uwagi na mnie podjął taką decyzję. Nauczyłam się już, że w przypadku Nevana, mimo, że darzyliśmy siebie miłością, mądrzej jest nie wyobrażać sobie za wiele. Z drugiej strony nadzieja już została nakarmiona. 
       Sama próbowałam zbyt często nie wybiegać myślami do tego, jak to będzie, gdy już dotrzemy na miejsce. Raczej karmiłam siebie wizjami, w których udaje mi się tego uniknąć. Czy to przez ucieczkę, samotną, bądź we dwoje, czy też śmierć, bo i to było lepsze od scenariusza, w którym cudze łapska zaciskają się na mnie, na moim ciele, a raczej na ciele, które powinno należeć tylko do Tealvasha. Nikomu innemu nie chciałam go oddać, tylko jemu i czułam, że nawet z jego pozwoleniem będę się siebie brzydzić do końca życia. Jeśli ktoś położy na mnie swoje dłonie. Jeśli...
       Rudowłosa żywiej niż ja zareagowała na słowa Nevana. Oczywiście, w końcu ona mogła sobie na to pozwolić, a jej reakcja wywarła wrażenie na każdym, kto znajdował się w pomieszczeniu. 
       Rozchyliłam delikatnie usta, kiedy tak na mnie patrzyła i tym razem nie było w tym żadnej gry, żadnego przemyślanego zabiegu. Nie chciałam już do tego wracać, a jej spojrzenie tym bardziej popychało mnie do tamtych chwil, gdy sądziłam, że nie ma już dla mnie nadziei. Pamiętałam doskonale ten smród, ból, wycieńczenie, pamiętałam głos Eliaha, jego wzrok, szorstkie ramiona, którymi mnie uniósł. Pamiętałam, jak nie chciałam patrzeć na to, co znajduje się dookoła. A potem, jak trafiłam przed oblicze Tealvasha, bojąc się go i nie czując się przy nim dobrze. Pamiętałam, jak nim wówczas gardziłam, jak przypisywałam najgorsze możliwe cechy. Jak porównywałam do potwora, obwiniałam za wszystko. Kiedy zmusił mnie do tych okropnych badań, kiedy traktował przedmiotowo, jak kolejne zadanie i nic więcej. Och, to były złe czasy, bardzo złe i Neriya nie mogła wiedzieć, że jej spojrzenie, niezależnie od tego, jak wiele współczucia w nie włoży, nigdy mi tego nie zrekompensuje. Nic na tym świecie tego nie było w stanie zrobić, z jednym wyjątkiem. Paradoksalnie wyjątek ten znajdował się po mojej prawej i chociaż z początku sądziłam, że jest jedynie kontynuacją zła, jakie miało mnie spotkać, teraz rozumiałam, jak bardzo się wówczas myliłam. Przecież wiele razy wyrządził mi nieprzyjemności, potrafiłam je wskazać, a mimo to... jedno jego miłe słowo potrafiło mi to zrekompensować. Bo w jego oczach nie byłam już zadaniem, nie byłam przedmiotem. W jego oczach zyskiwałam na znaczeniu znacznie większym, niż wszystkie tytuły tego świata mogły ze sobą nieść. 
       Zaskoczona jego propozycją nie odpowiedziałam od razu. Nie spodziewałam się tego, a przy tym musiałam się pilnować, by nie pokazać po sobie, jak bardzo się cieszę, że mi to zaproponował. 
       - Rozumiem oficerze - powiedziałam zdawkowo i powróciłam spojrzeniem do talerza, walcząc ze sobą, aby nie odprowadzić go wzrokiem. Poza tym miałam mu za złe, że na mnie nie poczekał, że zostawił mnie samą z Nariyą. Ani to przyjemne, ani łatwe dla mnie. Musiał zdawać sobie z tego sprawę. Jeśli jednak sądziłam, że zastanie nas martwa cisza, to chyba nie brałam pod uwagę usposobienia kobiety. W końcu nie znałam jej wcale. 
       - Wojna to jego największa miłość - westchnęła po niedługiej chwili milczenia, a ja nie musiałam akurat odpowiadać, bo usta miałam pełne. Nie spieszyłam się z przełykaniem, zastanawiając nad odpowiednią reakcją. Czy to są słynne kobiece plotki? Czułam się niezręcznie mówiąc z nią o Nevanie, tym bardziej, że było to dla mnie nieprzyjemne, a nie mogłam tego dać po sobie poznać. 
       - To prawy i honorowy człowiek - skwitowałam bezpłuciowo, czując, że to ją zniechęci do tego tematu. Inna sprawa była też taka, że chciałam zaprzeczyć jej poglądom, powiedzieć, że nie zna go wcale, bo jest coś, ktoś, kogo bardziej kocha. Abstrahując od tego, że nie wolno mi było, skąd u mnie taka pycha? 
       - Łaskawie go oceniasz, pani. Cieszy mnie to, bo zwykł budzić lęk w ludziach - uśmiechnęła się promiennie, a mi zrobiło się nieco głupio. Dlaczego stale obdarowywała mnie tym uśmiechem? Nie zasługiwałam na niego. 
       - Zawdzięczam mu i jego ludziom życie. Opiekował się mną, może nie jest łatwy w obyciu, jednak darzę go przyjaźnią i wierzę, że mimo wszystko i on patrzy na mnie, jak na przyjaciółkę. Podobnie, jak jego ludzie. Cudowne osoby spotkałam w jego oddziale - powiedziałam niepewnie, szybko zaznaczając, że te słowa nie są kierowane tylko odnośnie Nevana. Jeśli natomiast sądziłam, że były one błędem, to uśmiech Nariyi uzmysłowił mi, że obawy te były niepotrzebne. Zaśmiała się cicho i dźwięcznie. 
       - Potrzeba mu przyjaciół tak znamienitych, jak ty. Może dobrze to na niego wpłynie - zażartowała, a ja poddałam się wydźwiękowi tych słów, chociaż nie podobało mi się to do czego to zmierza. Nie widziała we mnie zagrożenia, prawda? Oczywiście, że nie. To było na naszą korzyść. Na moją. Powinnam się zatem cieszyć, ale wcale się nie cieszyłam. Wypadałoby tutaj zmienić temat. Wiedziałam, że tak, a jednak wcale tego nie zrobiłam. 
       - Bardzo o niego dbasz... - wymsknęło mi się i widziałam, jak jej mięśnie napinają się, a sylwetka zastyga bez ruchu. Odwróciła spojrzenie na bok, speszona. 
       - Aż tak to widać? - mogła sobie darować te słowa. Obie wiedziałyśmy, że były rzucone niepotrzebnie, ale ze względu na przyjazny wydźwięk tej rozmowy musiałam uśmiechnąć się łaskawie. - Kocham go. Mimo wad, bo te znam dobrze, mimo tego jakim jest człowiekiem, bo przyznasz sama, że niezbyt wylewnym. Och wybacz, może jestem zbyt bezpośrednia? - zapytała podnosząc na mnie spojrzenie. 
       Zrobiło mi się niedobrze. Słabo. Miałam ochotę albo uciec, albo rozrzucić wszystko, co stało przede mną, albo i jedno i drugie. Naprawdę w mojej głowie zapanował chaos, a wszystko przez jej wyznanie. Kochała go. Spodziewałam się tego, to tylko kolejne fakty, które się potwierdziły, ale na litość dlaczego musiała mi o tym powiedzieć tak bezpośrednio? Nigdy nie powinnam zostawać z nią sama, nigdy nie powinnam proponować jej przyjaźni i dawać znać, że możemy sobie rozmawiać o takich tematach. 
       - Nie, ależ skąd. To co mówisz jest bardzo miłe, wybacz mi moje wycofane, w wojsku nie miałam styczności z takimi rozmowami - powiedziałam gładko. Głos mi nie zadrżał. 
       - Póki tu jesteś, możemy częściej urządzać sobie takie pogawędki - klasnęła w dłonie, promieniejąc. Ostatnie czego chcę, to urządzać sobie z tobą takie pogawędki! 
       - Naturalnie - kolejny uśmiech. 
       - Mi również brakuje tu tak znakomitego towarzystwa do damskich plotek. Może będę ci mogła jakoś pomóc, Esjo? - pochyliła się nieco nad stołem, ściszyła głos. - Nie bój się pytać o cokolwiek - dodała znacząco, a kiedy dotarło do mnie co może mieć na myśli, poczułam się nieswojo, a moje opanowanie uciekło daleko, wywołując na mojej twarzy rumieniec. - Och, wybacz. Nie chciałam ciebie zakłopotać. 
       - Nie, nie, nic złego nie uczyniłaś. Dziękuję za twoją propozycję, chętnie z niej skorzystam, gdy zajdzie potrzeba - złożyłam sztućce, widząc, że i ona zrobiła to chwilę temu, a następnie uniosłam się, przez co Nariya poszła w moje ślady. - Teraz jednak wolałabym nie kazać oficerowi za długo na siebie czekać. Wyjaśnisz, gdzie winnam się kierować? - tym akcentem dałam jej do zrozumienia, że tu nasza rozmowa się kończy. Oczywiście wszystko mi wyjaśniła, ale słuchałam jednym uchem, w głowie na nowo przeżywając tą niepokojącą wymianę zdań. Musiałam po prostu się od niej odciąć. Jak najszybciej, chociaż na moment pozbyć się z głowy widoku jej uśmiechu. 
       - W takim razie do zobaczenia, najświętsza Esjo - dygnęła mi grzecznie. - Gdybym była potrzebna, będę w swojej komnacie - dodała, a ja przełknęłam ślinę. Swojej. Nie przyzwyczaję się do tego. 
       Opuściłam pomieszczenie w ten sam sposób, co wcześniej Nevan, a jak tylko zniknęłam za zakrętem, mój chód z wyniosłego, sunącego i pełnego powabu zamienił się w szybszy i niespokojny. Kroki stawiane mocno, z ramionami bujającymi się po boku. Oddychałam niespokojnie, czując, że od natłoku informacji kręci mi się w głowie. W pewnej chwili dotarło do mnie, że nie wiem wcale gdzie jestem. Chyba dobrze szłam, prawda? Przytoczyłam sobie wskazówki rudowłosej, że też musiałam na niej polegać. Dłonie mi drżały, nic nie pomyliłam. 
       Pełna frustracji wyszłam za rząd krzewów, a kiedy moje włosy wplątały się w jedną z gałązek sapnęłam pod nosem i odruchowo się cofnęłam. 
       - Nawet to musi być przeciwko mnie?! - warknęłam, skupiając się na roślince, w której odczepiłam pechowy kosmyk i z impetem odwróciłam się, by podjąć przerwaną wędrówkę, o mało co nie wpadając na Nevana. Dobrze, że w odruchu najpierw przyłożyłam ręce do ust, a dopiero potem krzyknęłam. 
       Serce zabiło mi mocniej. Pozwoliłam ciszy zapanować między nami. Na kilka sekund, w których nie wiedziałam, jak się zachować, co zrobić. Tak się cieszyłam, że znów jesteśmy sami, że byłam gotowa otworzyć przed nim ramiona, wtulić się w jego ciało.. jakbym zapomniała o tym, że gdzieś w tych budynkach znajduje się kobieta, która go kocha. A on mi nigdy o niej nie wspomniał. To sprawiło, że pozwoliłam sobie na wyraz obojętności, mocno naciąganej, bo cała moja gra aktorska poszła na spotkanie z rudowłosą, a kiedy byliśmy sam na sam z Tealvashem udawanie nie szło mi tak dobrze, jakbym sobie tego życzyła.
       - Jestem, oficerze - rzuciłam głupio, jakby nie zauważył, ale nie wiedziałam, jak zacząć. - Cóż to za poufne informacje? Doprawdy jestem ich ciekawa, w końcu zwykle wszelkie fakty wolisz zachowywać dla siebie - tak, był to przytyk. Niezbyt wyszukana aluzja. Na lepszą nie było mnie stać. Spojrzałam na bok, unikałam spojrzenia jego czerwonych oczu, bo wiedziałam, jak te na mnie działają, a przecież nie mogłam teraz się poddać ich mocy. Po prostu. Dla zasady. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/