Wiedziałam, że postępujemy źle, że nie powinniśmy sobie na to pozwalać, głos rozsądku dawał o sobie znać, ale uciszałam go niedojrzałą wymówką, która na pewno nie była na miejscu, wmawiając sobie, że to jego rolą zawsze było przypominanie o zasadach, to on był jak kubeł ziemnej wody, to on nie wyraził zgody na ucieczkę, więc i on powinien teraz postawić granicę. Skoro ta się jeszcze nie pojawiła, tłumaczyłam sobie, że najwyraźniej nie jest to takie złe, że możemy sobie pozwolić na tą odrobinę bliskości, chociaż doskonale wiedziałam, że oto przyszedł moment zatracenia dla Tealvasha, ta chwila w której to ja miałam być mądrzejsza. Wiedziałam doskonale i nigdy nie miałam nic z tą wiedzą zrobić.
Paliło mnie nieznane uczucie, rozpalające tak dosadnie każdy fragment ciała i pragnące, jak nigdy, aby Nevan był blisko, bliżej, jeszcze bliżej, nie tylko przylegając do mnie, ale pochłaniając mnie. Czy to było możliwe? Oby, bo perspektywa, w której to uczucie miałoby nie być zaspokojone było okrutne, niewyobrażalne.
Czułam jak dłońmi przesuwa po moim ciele, ale nie przywiązywałam większej wagi do tego, gdzie się nimi kieruje. Po prostu czerpałam garściami z jego bliskości, a każdy pocałunek był niewystarczający, stale pozostawiając mnie z uczuciem, że to jeszcze dalekie jest od nasycenia. Nie byłam najlepsza w temacie pożądania, ale bez wątpienia właśnie to mną teraz kierowało, takie to było ludzkie, a może nawet zwierzęce, bezwstydne, jak na kogoś o mojej pozycji, moim wychowaniu. Kobieta taka jak ja nie powinna tak pragnąć mężczyzny, żadnego, a już na pewno nie tego, któremu nie została przypisana. To łamało wszelkie zasady, ja teraz byłam bezwstydna, ciesząc się tak z tego, że mogę go całować, chłonąć jego zapach, smak, obecność. Wypuściłam porcję powietrza prosto w jego usta, brakowało mi tlenu, kręciło się w głowie, ale w przyjemny sposób. Nie docierało do mnie to, jak rozpiął guziczki mojej sukni, być może nawet gdyby cała jej górna część opadła, wcale bym nie zauważyła, nie teraz, gdy upajałam się jego bliskością.
Dopiero sposób w jaki uniósł moje udo nieco mnie otrzeźwił, ale tylko na sekundę, w której można zmarszczyć czoło w wyrazie paniki, utraty kontroli, tylko po to, by zaraz zrozumieć, że wcale nie chce się jej odzyskiwać, że chce się poddawać tej sile, którą stanowił znajdujący się przy mnie mężczyzna.
Kiedy się odsunął, zachłysnęłam się boleśnie powietrzem, przez co nieprzyjemny skurcz przeszedł wzdłuż moich pleców, docierając do mnie wraz z sensem jego słów. Zmarszczyłam czoło, chociaż w moich oczach odbiło się zagubienie, jakbym nie rozumiała do końca, dlaczego przerwał, może nawet wyrzut, że to zrobił. Nie może przerywać, nadal mi mało, chciałam więcej. Może miał racje, byłam zachłanna, bezwstydna... o tym drugim zdałam sobie sprawę dopiero przy jego kolejnej wypowiedzi i gdyby nie przysunął się natychmiast, zauważyłby jak oblewam się gorącym rumieńcem. Może nawet mimo bliskości był w stanie to dostrzec. Faktycznie, ta chwila daleka była od mego zwykłego kanonu zachowań. Nie chodziło o to, że wyzbyłam się wstydu... och nie. Raczej... była we mnie panika. Panika, że kiedyś, gdy jego nie będzie, będę nienawidziła siebie samą za każdą zmarnowaną chwilę, gdy był obok, a ja pozwoliłam by wstyd, czy wychowanie wzięły górę.
Wzięłam głębszy wdech, kiedy ścierał łzę z mojej twarzy. Potem kolejny, potem jeszcze kilka, kiedy widziałam, jak na mnie patrzy i miałam wrażenie, że każde miejsce na moim ciele, które omiótł spojrzeniem pali żywym ogniem. Czułam, że pierwsza fala, w której skupiałam się tylko na pocałunkach minęła i teraz nieco więcej z tego wszystkiego rozumiałam, unosząc nierówno klatkę piersiową w której z niezwykłą mocą biło moje serce.
Przełknęłam ślinę, nie będąc gotową na kolejny pocałunek, a mimo to oddałam go bez reszty. Mruknęłam cicho prosto w jego usta, nie wiedząc czy rozumiem sens jego wypowiedzi. Moje ciało natomiast zrozumieć musiało, bo te trzy słowa wywołały silny dreszcz, kumulujący się w okolicach podbrzusza. Kolejne słowa zaowocowały tym samym, wywołując przyjemność i torturę równocześnie.
Zestresowałam się na moment, gdy sięgnął po drugą z moich nóg, czułam, jak materiał sukni osuwa się bezwstydnie, ale bardziej byłam skupiona na tym, by go objąć. Zrobiłam to instynktownie, teraz przylegając do niego jeszcze ściślej. W tym wszystkim naprawdę nie chciałam myśleć o stolicy! Byłam wręcz zła, że teraz o tym wspomina, że mówi o jakimkolwiek przyspieszaniu. Nawet jeśli jego ton głosu był lżejszy, to moje oczy zmrużyły się niebezpiecznie, chociaż było to słabe w wydźwięku, szczególnie w połączeniu z czerwoną twarzyczką i załzawionymi oczami o nieprzytomnym wyrazie, z rozchylonymi usteczkami, które walczyły o oddech.
- Mów za siebie - mruknęłam, nie tak bezpośrednio jakbym chciała, mój oddech był zbyt nierówny, jak po niewysłowionym wysiłku fizycznym.
Przynajmniej jego kolejne słowa były już przyjemniejsze, wywołały uśmiech, kolejne dreszcze. Cała w zasadzie drżałam, kiedy był tak blisko, a jednocześnie daleko. Drugą stroną medalu było jednak to, że jego słowa przywołały mi na myśl Nariyę, która miała nie mieć tutaj przecież wstępu. W dodatku okoliczności porwały moją wyobraźnię w okrutne rejony. Nie chciałam myśleć o tym, że się z nią kochał, jak to robił, a już na pewno nie o tym, że przy niej nie musiał się powstrzymywać. Z nią było mu łatwiej, ale nie chciałam, aby to sprawiło, że wybierze rudowłosą.
Spojrzałam mu w oczy, korzystając z chwili, w której oboje zbieraliśmy siły. Oparłam czoło o jego własne, czując jak jego dłonie sunąc po moich plecach, jak mój biust napiera na jego tors. Miałam ochotę tak wiele mu powiedzieć. Pozwolić na wszystko, ale co z tego, skoro on tego nie przyjmie? Miał na uwadze moje bezpieczeństwo, podczas gdy ja chciałam kierować się pragnieniami. Wiedziałam, że to ona ma rację, ale nie mogłam się z tym pogodzić mimo to.
- Ja też... - zaczęłam, jednak takie tematy nawet w tym stanie uniesienia nie były dla mnie łatwe. Przeniosłam wzrok na bok, szukając wsparcia w kamiennych schodkach. Nie odnalazłam go ani tam, ani w posadce przy naszych nogach. Krew we mnie szalała. Zacisnęłam mocniej dłonie na jego włosach i spróbowałam spojrzeć mu w oczy. Udawałam, że speszenie, jakie miało mnie w swoich ramionach wcale nie jest tutaj obecne. Przynajmniej mogłam udawać. - Ja też jestem dojrzałą kobietą. Ja też ciebie pożądam. Chcę... - speszyłam się, jednak to było zbyt wiele. Musiałam się przysunąć, schować twarz w zagłębieniu w jego szyi. Przesunęłam po niej nosem, składając dwa maleńkie pocałunki. - Chcę, żebyś mnie dotykał. Tylko ty - przejechałam ustami nieco wyżej, szepcąc mu to teraz do ucha, które potem delikatnie musnęłam wargami, przypominając sobie teraz coś, co tak dawno widziałam. Bardzo dawno, jeszcze w głównym obozie, w namiocie Freyi. Wtedy było to tylko anegdotą między naszymi naukami tańca, taką, która wówczas wydawała mi się całkowicie bezwstydna i niegodna zapamiętania. Miała mnie zawstydzić, zrobiła to, ale teraz chciałam z niej skorzystać. Nawet jeśli gryzienie wydawało mi się czymś nieprzyjemnym i groźnym, to teraz ostrożnie rozchyliłam wargi, przejechałam niepewnie zębami po płatku jego ucha i ostrożnie, delikatnie je nadgryzłam, czując jak wali mi serce.
Odchyliłam się, spojrzałam mu w oczy. Bezwstydna i zawstydzona równocześnie, przeciągając chwilę milczenia.
- A co jeśli mój mąż będzie jakimś okrutnikiem, bądź człowiekiem tak nieufnym, że nie wypuści mnie nigdy z komnaty? Tacy też są, słyszałam o nich. Co jeśli ostatni raz się zobaczymy, gdy mnie tam zawieziesz, gdy mnie oddasz? - panika przedostała się do tych słów, chociaż bardzo nie chciałam na to pozwolić. Natychmiast przybliżyłam się i wpiłam w jego wargi, ale pocałunek, chociaż namiętny, nie był aż tak długi. - Na pewno... - nie odsunęłam się, stale składałam kolejne pocałunki, bo chciałam mieć go blisko, chciałam go kusić i równocześnie nie chciałam, by zobaczył, jak mi wstyd za te słowa. Nie wypadały one damie, a już na pewno nie kapłance. - Na pewno są sposoby... Ten człowiek... wystarczy mu twoje potwierdzenie, że byłam czysta... ludzie się ciebie boją, Nevanie... - drżałam, chyba sama nie wiedziałam o czym mówię, ale nie chciałam dać tego po sobie poznać. Bardzo chciałam pokazać, że jestem na to gotowa, że dla niego jestem gotowa na wszystko, nawet jeśli budziło to we mnie lęk, to byłam gotowa go zignorować. Byleby tylko zmienić los, byleby kiedyś, gdy nadejdzie czas nie oddać się w ręce obcego mężczyzny. Bo wówczas strach będzie o stokroć większy, niżby teraz.
Nadal go całowałam, raz po raz, jakby bojąc się dać mu dojść do głosu.
- Potem... potem już sobie poradzę. Splamię krwią prześcieradło... coś wymyślę, coś na pewno... - szeptałam nadal, prosto w jego usta, ale dopiero teraz dotarło do mnie, że zacisnęłam mocno powieki, bojąc się patrzeć mu w oczy. - Nie musisz się wszystkim martwić... - bo nawet jeśli mi się nie uda, nigdy cię nie wydam. Wezmę za to odpowiedzialność, przyjmę każdą karę z godnością, bo jaki ból na tym świecie miałby być większy, niż wizja życia bez ciebie?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz