niedziela, 20 stycznia 2019

CCLXVIII


        Gorąco i pragnienie, któremu musiałem się przecież przeciwstawić. Ponownie. Wybudować tą barykadę, która nie pozwoli mi się zapędzić zanim nie będzie za późno na odwrót. Esja miała należeć w całości do swojego męża. O ile nikt nie sprawdzi tego, co kryje się w jej sercu, to istniały metody, żeby przekonać się co do stanu czystości jej ciała. Ale jeszcze chwila. Jeszcze trochę tego ciepła wywołanego subtelnym dotykiem, intymną bliskością, choć tak przecież oficjalną i powściągliwą. Jeszcze jeden moment. Jeszcze mogę to przeciągnąć… Jeszcze nad sobą zapanuję…
          Jej głos złamał się tak szybko, jak wydostał się z jej ust. To był pierwszy impuls, odsunąłem nieco głowę do tyłu i w końcu moje usta przestały dotykać skóry jej dłoni. Drugim było polecenie. Nie od razu posłuchałem jej słów, ale kiedy podniosłem głowę, na mojej twarzy nadal błąkał się ten smutny uśmiech. Jej policzki mokre od łez i błyszczące nimi oczy były tak bardzo wymowne, że po prostu pozwoliłem jej się prowadzić i naraz nasze role się zamieniły. Mieliśmy zniknąć z pola widzenia i lepiej, niech tak będzie, bo żar zrodzony w tej atmosferze zamieniał się w parę wodną, która wypierała całą logiczną świadomość. Wszystko zostało daleko za nami; i willa i piękny ogród, a także ścieżka, która rozwidlała się na lewo na schody wbudowane w kamienną ścianę i na prawo, gdzie płynnie prowadziła w dół zbocza do dalszych części ogrodu, już nie ściśle przylegającego do domostwa. Tutaj nikt się nie zapuszczał. Nawet ja nie schodziłem na niewielki tarasik przyozdobiony rzeźbą, ten zawsze wydawał się tak mało atrakcyjny, bo to z góry rozciągał się najpiękniejszy widok, a nie stąd.
        Teraz jednak ten kawałek skały był czymś bardziej pożądanym i bezpiecznym niż każde inne miejsce na całym tym padole. Tutaj byliśmy ukryci przed niepowołanymi spojrzeniami i również tutaj mogliśmy być sobą, dla siebie.
        Słowa Esji były słodkie, ale miały swój gorzki posmak. Nie były kłamstwem, ale przecież nie były też całą prawdą – kapłanka nigdy nie będzie tak naprawdę moja. Nikt nie zaakceptuje tego, że należy do mnie, bo w świetle ludzkiego prawa należała do mojego brata. Ale odepchnąłem od siebie tą myśl, strzepnąłem jak coś paskudnego ze swoich ramion. Esja znalazła się w moich objęciach, tak bardzo blisko, wypierając wątpliwości. Jej gorące usta odnalazły moje, a ciało zareagowało bez ułamka wahania. Zrobiłem krok naprzód, przyciskając ją do siebie, nawet nie zwracając uwagi na to, że ściana rośnie w perspektywie za jej plecami, że zaraz znajdzie się zamknięta pomiędzy mną a kamieniem. Moje usta odpowiadały na każdy jej pocałunek, a gorący język splatał się z tym należącym do niej. Tutaj i teraz logika ani myśli nie miały miejsca. Działał pierwotny instynkt i fakt, że czekałem na nią już tak długo. Że tak długo już chciałem ją mieć.
        Nawet nie zauważyłem, że wyraz mojej twarzy stężał, a brwi ściągnęły się znacznie, moje dłonie bowiem zajęte były szukaniem rozpięcia jej sukni, rozgorączkowane, zniecierpliwione do tych obrazów i uczuć, które podpowiadała wyobraźnia i które chciałem wprowadzić w życie. Kiedy znalazłem guziczek na samym szczycie, palce natychmiast go rozpięły, a za nim jeszcze jeden kolejny. Równie bez zastanowienia. Złapałem jej udo i podciągnąłem wyżej, energicznie. Kilka szwów w jej sukni zerwało się z głośnym trzaskiem, ale  w tej chwili do żadnego z nas nie dotarło to, co się stało.
        Dziewczyna nadal wyczuwalnie drżała pod moimi dłońmi, płakała, a jej usta miały słony posmak łez, które przecież sam w niej wywołałem. Może gdybym wiedział, że tak się to skończy, nie zrobiłbym niczego, nie powiedział nawet słowa. Może…
        Czas na powstrzymywanie i powściągliwość przy niej minął już dawno, jeszcze w bazie wojskowej, do której ją sprowadzono.
        W tym zbliżeniu był ogień, który nie mógł znaleźć ujścia.
        Esja należała do Ylvarena.
        Ta myśl dopiero poraziła mnie niczym wysoko naładowane elektrycznością powietrze. Iskry przeskakiwały między nami, w zdyszanych oddechach mieszających się w gorącym powietrzu. Dopiero wtedy podniosłem powieki, a moja twarz wygładziła się nieco, chociaż nie zniknął z niej trud podjęty, żeby opanować swoje zapędy.
        Uważaj, księżniczko, bo robisz się coraz bardziej zachłanna — zacząłem, nie zastanawiając się długo nad tymi słowami. Były pierwszym, co przyszło mi na myśl. Na moich ustach równocześnie zamajaczył dwuznaczny uśmiech pasujący do tych słów. — I to nie tylko w słowach ta zachłanność zaczyna się przejawiać… Niemal cię nie poznaję — dodałem tym razem szeptem, pochylając się nad nią ponownie.
        Choć w tych słowach brzmiało rozbawienie, to sytuacja do której zeszliśmy z pełną premedytacją nie była wcale zabawna. Na moją twarz wróciła powaga i uniosłem dłoń, żeby zetrzeć ścieżki łez znaczące jeden z jej policzków, a jednocześnie jeszcze odrobinę wyżej pociągnąłem jej nogę, napierając całym ciężarem ciała na nią. Moje spojrzenie intensyfikowało się, kiedy patrzyłem w jej oczy, na szczupły nos, usta, złotą obrożę na szyi, fragment dekoltu, którego nie zasłaniała spódnica, a w moich oczach płonął ogień pragnień. Nie musiałem ich nazywać, żeby wiedziała, co mam na myśli, ale jednak to zrobiłem.
        Chcę cię mieć — wyszeptałem w jej usta, ponownie zatracając się w pocałunkach, nie pozwalając jej nabrać powietrza, usytuowany pomiędzy jej nogami. — Chcę, żebyś była moja, tutaj i teraz.
        Ale nie mogę.
        Wbrew głosowi rozsądku pochyliłem się lekko i sięgnąłem po jej drugą nogę, jej suknia podciągnęła się w sposób, któremu zdecydowanie nie wypada, ale dzięki sile mięśni moich ramion szarpnąłem ją wyżej tak, żeby nogami mogła opleść moje biodra i znaleźć w nich oparcie. Teraz jej twarz znajdowała się nieco wyżej i musiałem zadrzeć głowę, żeby ponownie na nią spojrzeć.
        — I coraz trudniej mi się opanować — wyznałem szczerze, nabierając łapczywie oddech. Krew krążyła we mnie z takim impetem, szumiała w ustach, a ciepło spływało do podbrzusza, gdzie tak przyjemnie się kumulowało. Westchnąłem cicho, jakby to miało pomóc mi opanować swój zachrypnięty od pożądania głos. Chwile spędzone z Nariyą i wszystko, co kiedyś mnie z nią łączyło teraz wydawało się całkowicie pozbawione znaczenia, zupełnie wyblakłe. Myśl, że będzie tam na mnie czekała, w swojej komnacie, że będzie liczyła na noc, którą zawsze spędzaliśmy razem była mi zupełnie obca. — Może powinniśmy przyspieszyć naszą podróż do stolicy. Zanim kiedyś naprawdę się nie powstrzymam, zanim zrobię coś, czego oboje będziemy musieli żałować.
        Przechyliłem głowę lekko w bok, a ton mojego głosu był lekki, lżejszy niż faktycznie w tej sytuacji wypadało. Ale prawda była taka, że miałem tylko ochotę przedłużyć tą chwilę, całować ją, błądzić dłońmi po jej ciele, zapamiętywać każdy fragment tatuażu, który zdobił jej plecy, każdą równość i najmniejszą skazę.
        Ale jak na razie myślę, że nikt się nie poskarży, jeśli spędzimy tutaj trochę więcej czasu, niż wypada — powiedziałem, znowu mocniej przyciskając ją do ściany. Pod materiałem swojego ubrania czułem na sobie doskonale jej piersi, płaski brzuch, smukłe uda, chłodne dłonie na moim karku, tuż na granicy włosów. Chłodny zazwyczaj kamień był ciepły od wygrzewania się w prażącym od tej strony cały dzień słońcu, a woda szumiała przyjemnie, ochlapując nas chłodnymi drobinkami, ale nawet to nie ostudziło mojego entuzjazmu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/