I faktycznie. Zamknąłem oczy,
pozwoliłem ramionom luźno wisieć po obu stronach ciała i szedłem przed siebie,
z małą rozwagą stawiając kroki. Znałem to miejsce tak dobrze, że z łatwością
opuszczałem gardę nie licząc się z żadnym niebezpieczeństwem. Bo tutaj… Tutaj
żadne miało mnie nie dosięgnąć. Nie w tej oazie spokoju, we fragmencie życia i
tygodnia, które często po powrocie do obozów wydawały się jedynie snem.
Fatamorganą człowieka pragnącego spokoju. Ale ja taki nie byłem. Owszem,
łaknienie ciszy i relaksu było moją częścią, ale znacznie mniejszą niż
wszystkie inne. Niż prowadzenie wojny, walka, agresja i brutalność. Dlatego
wracając do wojska zapominałem o wszystkim, co znałem tutaj, na tych ziemiach
ogarniętych pokojem, na ziemiach, do których wojna nie dotarła. Jeszcze. W
głębi siebie wiedziałem, że to tylko kwestia czasu. W końcu będziemy musieli
sięgnąć głębiej, do zapasów żywności, lekarstw i miejsca, a pagórki pokryte
łąkami i lasami, żyzne ziemie rodzące obfite plony były idealnym strategicznie
miejscem do bazy zapasowej.
Do nosa wdzierały się nowe zapachy
kwitnących kwiatów i krzewów, uszy zalewał dźwięk rozbudzonej do życia w ten
gorący dzień natury, a w tym wszystkim nie było innego człowieka. Stąpałem
ostrożnie po trawie, wyczuwając wszelkie zmiany w nawierzchni. Specjalnie założyłem
buty o miękkiej podeszwie. W niektórych miejscach trawa ustępowała niedużym,
płaskim kamieniom ułożonym w ścieżki, a odstępy między ich płaszczyznami
wypełniała zieleń. Gdy przeszedłem dalej, za rabaty kwiatowe, zapachy zmieniły
się diametralnie i właśnie wtedy uchyliłem lekko oczy, zgadując, że znalazłem
się wystarczająco daleko.
W oazie spokoju bardzo łatwo było
odnaleźć coś, co zupełnie do niej nie pasuje. Nadstawiłem uszy, ale Esję
zdradziły nie szybkie kroki, ani nie nerwowe nabieranie powietrza w płuca.
Dopiero jej krzyk naprawdę naprowadził mnie na miejsce, w którym się znajdowała
i nadal miękko, bezszelestnie stawiając kroki poszedłem bez pudła w kierunku,
gdzie się znajdowała. Na ułamek sekundy zatrzymałem się o kilka kroków za jej
plecami, przyglądając nerwowym ruchom, mógłbym nawet przysiąc, że widzę
wzburzenie w całym jej ciele, nie tylko na twarzy, której nie widziałem pod tym
kątem. Pokonałem dzielący nas dystans i mniej więcej kiedy byłem już za nią,
ona również się odwróciła, zapominając przy tym o odczepieniu jeszcze jednego
kosmyka włosów wplątanego w starą, suchą gałązkę, która musiała umrzeć wiele
zim wcześniej, wiszącą nisko przy ziemi.
Kiedy spojrzałem na jej twarz,
widziałem na niej prawie wszystko z tego, czego spodziewałem się zobaczyć. I
może nawet trochę więcej.
— Nie
mylisz się — odpowiedziałem krótko, ale nie groźnie. Nawet nie ze złością,
na którą z pewnością było tutaj miejsce po tak otwartej uwadze. — Tym razem nie jest inaczej. Nie ma żadnych
wiadomości, ale wolałem, żeby Nariya nie towarzyszyła nam w tym spacerze. Z
pewnością szukała sposobu, żeby to zrobić — zapewniłem, kładąc dłoń na jej
ramieniu. A później dodałem, głosem wyjątkowo informacyjnym, wypranym z emocji,
bo nie szukałem kolejnego argumentu do kłótni: — Znam ją wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że szukała.
Był to dotyk tak delikatny i tak
niepodobny do wszystkiego, co mnie cechowało. Obróciłem ją wokół własnej osi, a
później wyciągnąłem rękę tuż nad jej ramieniem i sięgnąłem dalej, do suchej
gałązki, palcami sprawnie uwalniając z jej uścisku ostatni kosmyk blond włosów.
Trwałem tak przez chwilę, wdychając nowy zapach. Zapach, który nie pasował do
tego miejsca, który był tu zupełnie nowy i nieznany, chociaż jedynie
metaforycznie. Przymknąłem oczy i pozwoliłem temu dziwnemu, ciepłemu uczuciu
wypełnić moje ciało. Promienie słoneczne prześlizgiwały się pomiędzy liśćmi
wprawianymi w ruch przez wiatr, tworząc na nas, na trawie i na całym otoczeniu
poruszające się płynnie wzory światła i cienia. Nieustannie zmieniające się,
dostrzegalne nawet na zamkniętych powiekach. A mimo tego wydawało mi się, że na
moment czas zamarł, w chwili, w której pierwszy raz od dawna byliśmy po prostu
tak blisko siebie, bez żadnego słowa. Bez wyrzutów. Bez problemów, które
ciążyły na każdym kroku. Bez złości. Bez ukrywania się.
Jak piękne byłoby takie życie, gdyby
było nam dane.
Odsunąłem się i zabrałem swoje dłonie z
jej ciała, a później skinąłem na ścieżkę, która wspinała się na niewielki
pagórek pomiędzy swobodnie rosnącą roślinnością.
— Pozwolisz?
Mam ci coś do pokazania.
Nie czekając, aż kapłanka zareaguje
ruszyłem przed siebie, z nadal tak samo luźnym ciałem, z krokami, których
dźwięki tłumiła trawa, z twarzą, która była równie spokojna, co głos. Równie
opanowana. Dotarliśmy na szczyt niewielkiego wzniesienia i chociaż widok stąd
rozciągał się na dolinę wyznaczoną wstęgą rzeki, w której teraz odbijały się
promienie słoneczne, to nie poświęciłem mu nawet chwili. I tak znałem to
wszystko na pamięć. Zamiast tego zatrzymałem się na kraju ścieżki, tuż przed
skarpą prowadzącą stromo w dół, a później powoli odwróciłem przodem do Esji.
Spojrzenie prześlizgnęło się po jej twarzy, a później w lewo, gdzie rozciągał
się ogród, a nie tak daleko także sylweta budynku, jej najwyższe piętra,
strzeliste okna i mur częściowo porośnięty bluszczem. Dom był wystarczająco
daleko, żeby nikt nie mógł nas usłyszeć, a służba rzadko o tej porze
przechadzała się po ogrodzie. Było zbyt ciepło, żeby ktokolwiek opuszczał dom.
Poza mną.
—
Piękne miejsce — powiedziałem w końcu, kiedy wzrok znowu przeniosłem na
twarz kapłanki, ale wcale się nie rozglądnąłem, żeby to powiedzieć. Cisza się
przedłużyła, aż w końcu nabrałem powietrze w płuca, a ten jeden oddech zabarwił
moje oczy nowymi emocjami. — Gdyby to
tylko było możliwe, wszystko, co tu widzisz należałoby do ciebie.
Nie pozwoliłem jej nic powiedzieć.
— Wbrew
pozorom i wszystkiemu, czego się już o mnie dowiedziałaś, doskonale wiem, jak
należy oddawać szacunek nie tylko bogom, ale i świętym, którzy chodzą po tej
ziemi — zacząłem z niejakim roztargnieniem, które mi nie pasowało. Te słowa
mi nie pasowały. Przywoływały wspomnienie lat spędzonych na naukach w czarnym,
zimnym zamku. Przywoływały gesty, które miałem wpojone w ciało nawet silniej
niż odruchy bitewne. — Ale nie mogę ci
tego dać.
Matka zawsze powtarzała, że jej dzieci
muszą umieć poprawnie oddawać należny szacunek. Nawet jeśli to nie sprawiało,
że kochała któreś z nas bardziej, to cała trójka nauczyła się tego zanim
potrafiliśmy chociażby biegać po ostrych, postrzępionych skałach za północną
galerią domu.
Sięgnąłem do przodu bez słowa, ale z
emocjonalnym zacięciem na twarzy, które po chwili zamieniło się w słaby uśmiech
i odnalazłem jej dłoń, na której skupiłem swoją uwagę, a później ugiąłem
kolana. Klęknąłem przed nią na jednym z nich, przeciwne do niego ramię
schowałem zgięte pod kątem prostym za plecami z dłonią zaciśniętą w pięść, jak
wypadało, pochyliłem głowę, a drugą dłoń z jej ręką podniosłem nieco wyżej.
— Esjo,
masz mój umysł, moje ciało i moje serce. To wszystko należy do ciebie. I tylko
do ciebie.
Zrobiwszy to wszystko, złożyłem na
jasnej skórze jej kłykciów pocałunek. Ledwie muśnięcie ustami, które sprawiło,
że moje ciało opętała burza pulsującego gorąca.
Nariya lubiła podziwiać ogrody, ale
tylko z poziomu, z którego nie musiała faktycznie do nich schodzić i nie dajcie
bogowie, narazić się na spotkanie z mnogą ilością owadów swobodnie latających w
letnim powietrzu, czy pozwolić sobie na bliższy kontakt z włochatym gryzoniem,
który mógłby akurat przebiegnąć koło jej stóp. To wszystko było ryzykiem,
którego wolała nie podejmować, a że podziwiać ogrody mogła z daleka, często na
to się właśnie decydowała. Być może była wychowana w niezbyt bogatym domu, w
warunkach, których nikt nie nazwałby dobrymi, ale lata spędzone w luksusie
spływającym ze szczodrości jej ukochanego nauczyły ją, w jakich sytuacjach może
być wybredna, a w jakich musi zacisnąć wargi i dać sobą prowadzić.
Z wyborem swojej komnaty jednak mieściła
się w tej pierwszej opcji. Długo po przyjechaniu do tej willi przed niemal
pięcioma laty krążyła do pokojach mając za zadanie wybrać ten, który będzie jej
komnatą sypialną. Jej. Ich. Ich wspólnym miejscem. I wybrała tą, której
zapierający dech w piersiach widok otwierał się wielkimi oknami umieszczonymi
we wschodniej ścianie, tą, z której mogła obserwować niemal wszystkie zakamarki
ogrodu. Tą, na balkonie której planowała kochać się późnymi, gorącymi z Nevanem,
która miała być jej salą tronową, jej królestwem. Nigdy nie miała ambicji, żeby
sięgać tak daleko. Spotkanie i uczucie, jakie połączyło ją z ciemnowłosym
mężczyzną było już i tak darem, który zesłali jej bez wątpienia sami bogowie.
Było czymś, czego nie oczekiwała w najśmielszych snach. Mogła stać się panią,
które widziała mijane na ulicach większego miasta, w którym się wychowała,
eleganckie, piękne, wystrojone. Tej środkowej cechy nigdy z resztą jej nie
brakowało. Była najurodziwszą dziewczyną w sąsiedztwie, nawet z całej ósemki
swojego rodzeństwa i doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że to nadal jest
jej najniebezpieczniejszą bronią.
Teraz, kiedy podeszła do jednego z
okien i przysiadła przy niskim parapecie mogła cieszyć się ciepłymi promieniami
słońca na jej jasnej, nieskazitelnej skórze.
Jeszcze. Ale ile czasu będzie piękna i
młoda? Ile czasu będzie potrafiła uwodzić Nevana, ile ten każe jej jeszcze
czekać? Każde spotkanie było niczym nabranie tlenu, niczym łyk wody w nieznośnym
upale. Ale ostatnio jego było mniej. Jej także. Czas, może jeszcze nie teraz,
ale również dla niej pędził nieubłaganie.
Oparła dłonie na wąskim parapecie
palcami skierowanymi do siebie, a później płynne ułożyła na nim także łokcie i
z gracją oparła się o ciepłą ścianę. Jej suknia rozlała się po podłodze,
najdroższy aksamit przyjemnie łaskotał jej miękką skórę, a kiedy tak siedziała,
odsłaniał zdecydowanie więcej, niż przyzwoitości należało. Spojrzała na
horyzont, który mieszał się z rosnącymi pagórkami, a później niżej, na wstęgi
rzek i jeszcze niżej…
Jej serce zamarło w piersi. Wiedziała,
na kogo patrzy. Na CO patrzy. Zamrugała szeroko otworzonymi powiekami i trwała
tak chwilę w milczeniu, przyglądając się tej scenie niczym nieplanowany widz.
Dopiero po chwili spomiędzy jej ust wyrwało się westchnienie ulgi, na ustach
zawitał śmiech, który zabarwił jej policzki różem.
— Nareszcie! — pisnęła, podnosząc
energicznie dłonie. — Najwyższa pora, żeby okazać najświętszej zasłużony szacunek
— dodała ciszej, sama do siebie, dysząc od emocji.
To był znak, na który tak długo
czekała.
Nawet Nevan ugiął się przed bóstwem we
własnej postaci. Nariya zawołała podniesionym głosem i nie musiała czekać nawet
minuty, zanim jej oddana służąca pojawiła się z drzwiach z dłońmi na podołku i
głową spuszczoną w lekkim ukłonie.
— Zylo, przynieś mi natychmiast wrzątek
w niewielkim dzbanuszku — poleciła, odwracając się od okna i podrywając z
posadzki do pionu. — Natychmiast, dziewczyno! Nie ma czasu, żeby się ociągać!
— Tak jest, pani.
Zniknęła, zostawiając za uchylonymi
drzwiami Nariyę pogrążoną w emocjach, myślach i marzeniach. W tych, które teraz
w końcu miały doczekać się spełnienia. To był czas. Dopadła w kilku krokach do toaletki
z okazałym lustrem i szarpnęła za półeczkę, niemal wyrywając ją z mebla.
Rozgorączkowana, drżącymi dłońmi wyciągnęła ściśle sprasowaną niewielkich
rozmiarów kostkę liści i obróciła ją w palcach, przyglądając się uważnie,
krytycznie.
Nariya nie mogła wiedzieć, czego
właśnie była świadkiem. Przypisała widzianej przez siebie scenie najbardziej
oczywiste znaczenie, a oddana emocjom zupełnie zapomniała, że może tą dwójkę nadal
obserwować. Nerwowo krążyła po pokoju, co chwila wracając do toaletki, jakby
jej mały magiczny zwitek liści miał zniknąć, gdyby na chwilę straciła go z
oczu. Poświęcona własnym rozmyślaniom, nie spędziła nawet chwili na
zastanowienie się nad tym, co rozegrało się przed jej oczami. Nie mogła
wiedzieć, że patrzyła na wyznanie miłości, nie okazanie szacunku. Przejęta tym,
że nawet Nevan potrafił ugiąć swój kark przed kapłanką przysiadła przy stoliku,
wyciągnęła mały moździerz i z namaszczeniem roztłukła w nim zasuszoną kosteczkę.
Podskoczyła, kiedy drzwi skrzypnęły i
pojawiła się w nich służąca.
— Pani? — szepnęła, podchodząc bliżej,
a później przyklęknęła przy jej stopach i ostrożnie ułożyła mały dzbanuszek na
stole.
— To dzisiaj, Zylo. Dzisiaj —
powtórzyła Nariya, z oczami rozbieganymi niczym w transie.
Służąca musiała to zauważyć, bo po
chwili wahania podniosła swoje kościste dłonie i zamknęła w nich ręce swojej
pani. W oczach drobnej służącej odmalowało się niezrozumienie i zmartwienie.
Uniosła brwi i spojrzała do moździerza. Od razu zauważyła, że to nie to samo
lekarstwo, które jej pani przyjmowała, kiedy Nevan pojawiał się w swojej willi.
Te liście nie były jasne, zbyt przesuszone, było ich zdecydowanie mniej.
— Pani… To nie ten środek, który
używasz dla zachowania swojej czystości — podjęła ostrożnie, przełykając ślinę.
Wszyscy w służbie wiedzieli, że Nariya
przyjmuje medykamenty, które mają powstrzymywać jej płodność na czas, kiedy pan
Tealvash pojawiał się na swoich włościach, ale Zyla wiedziała o wiele więcej. I
więcej niż wszyscy martwiła się o swoją panią. Przychodziła do niej nocami,
którymi nie mogła spać i spędzała dnie, w których więdła, nie chciała wychodzić
ani przyjmować posiłków. Znała ją lepiej, niż sam ten pieprzony szlachcic,
który pojawiał się tutaj, kiedy mu tylko było wygodniej.
Martwiła się, że jej pani podejmuje
niewłaściwą decyzję, ale nie mogła jej zapobiec. Pozwoliła jej wyrwać dłonie z
uścisku.
— Zylo, to jedyny sposób, żeby dać mu
potomka — powiedziała Nariya, ważąc słowa, a później ostrożnie zalała
rozgniecione zioła wrzątkiem. Napar natychmiast buchnął słupem dymu, a później
pomieszczenie wypełniło się na krótką sekundę zieloną poświatą. Tak krótką, że
Zyla zastanawiała się, czy to nie był tylko wyimaginowany powidok. — To
najnowszy specyfik, sprowadzony prosto ze stolicy. Panie wielkich rodów tak
robią, Zylo. Przyjmują napary, które sprawiają, że ich płodność staje się
niezawodna. Wszyscy tak robią. To dobre. Nie powinnaś się martwić — mówiła
rozgorączkowana, szybko, nieskładnie. — W ten sposób Nevan w końcu zapomni o
wojnie. Będzie musiał ją porzucić.
Służąca nie wierzyła w te słowa. A
chciała wierzyć.
— Będzie miał syna, którym będzie
musiał się zaopiekować. Wróci. Do nas, do mnie. Do domu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz