niedziela, 20 stycznia 2019

CCLXVI


        I faktycznie. Zamknąłem oczy, pozwoliłem ramionom luźno wisieć po obu stronach ciała i szedłem przed siebie, z małą rozwagą stawiając kroki. Znałem to miejsce tak dobrze, że z łatwością opuszczałem gardę nie licząc się z żadnym niebezpieczeństwem. Bo tutaj… Tutaj żadne miało mnie nie dosięgnąć. Nie w tej oazie spokoju, we fragmencie życia i tygodnia, które często po powrocie do obozów wydawały się jedynie snem. Fatamorganą człowieka pragnącego spokoju. Ale ja taki nie byłem. Owszem, łaknienie ciszy i relaksu było moją częścią, ale znacznie mniejszą niż wszystkie inne. Niż prowadzenie wojny, walka, agresja i brutalność. Dlatego wracając do wojska zapominałem o wszystkim, co znałem tutaj, na tych ziemiach ogarniętych pokojem, na ziemiach, do których wojna nie dotarła. Jeszcze. W głębi siebie wiedziałem, że to tylko kwestia czasu. W końcu będziemy musieli sięgnąć głębiej, do zapasów żywności, lekarstw i miejsca, a pagórki pokryte łąkami i lasami, żyzne ziemie rodzące obfite plony były idealnym strategicznie miejscem do bazy zapasowej.
        Do nosa wdzierały się nowe zapachy kwitnących kwiatów i krzewów, uszy zalewał dźwięk rozbudzonej do życia w ten gorący dzień natury, a w tym wszystkim nie było innego człowieka. Stąpałem ostrożnie po trawie, wyczuwając wszelkie zmiany w nawierzchni. Specjalnie założyłem buty o miękkiej podeszwie. W niektórych miejscach trawa ustępowała niedużym, płaskim kamieniom ułożonym w ścieżki, a odstępy między ich płaszczyznami wypełniała zieleń. Gdy przeszedłem dalej, za rabaty kwiatowe, zapachy zmieniły się diametralnie i właśnie wtedy uchyliłem lekko oczy, zgadując, że znalazłem się wystarczająco daleko.
         W oazie spokoju bardzo łatwo było odnaleźć coś, co zupełnie do niej nie pasuje. Nadstawiłem uszy, ale Esję zdradziły nie szybkie kroki, ani nie nerwowe nabieranie powietrza w płuca. Dopiero jej krzyk naprawdę naprowadził mnie na miejsce, w którym się znajdowała i nadal miękko, bezszelestnie stawiając kroki poszedłem bez pudła w kierunku, gdzie się znajdowała. Na ułamek sekundy zatrzymałem się o kilka kroków za jej plecami, przyglądając nerwowym ruchom, mógłbym nawet przysiąc, że widzę wzburzenie w całym jej ciele, nie tylko na twarzy, której nie widziałem pod tym kątem. Pokonałem dzielący nas dystans i mniej więcej kiedy byłem już za nią, ona również się odwróciła, zapominając przy tym o odczepieniu jeszcze jednego kosmyka włosów wplątanego w starą, suchą gałązkę, która musiała umrzeć wiele zim wcześniej, wiszącą nisko przy ziemi.
        Kiedy spojrzałem na jej twarz, widziałem na niej prawie wszystko z tego, czego spodziewałem się zobaczyć. I może nawet trochę więcej.
        Nie mylisz się — odpowiedziałem krótko, ale nie groźnie. Nawet nie ze złością, na którą z pewnością było tutaj miejsce po tak otwartej uwadze. — Tym razem nie jest inaczej. Nie ma żadnych wiadomości, ale wolałem, żeby Nariya nie towarzyszyła nam w tym spacerze. Z pewnością szukała sposobu, żeby to zrobić — zapewniłem, kładąc dłoń na jej ramieniu. A później dodałem, głosem wyjątkowo informacyjnym, wypranym z emocji, bo nie szukałem kolejnego argumentu do kłótni: — Znam ją wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że szukała.
        Był to dotyk tak delikatny i tak niepodobny do wszystkiego, co mnie cechowało. Obróciłem ją wokół własnej osi, a później wyciągnąłem rękę tuż nad jej ramieniem i sięgnąłem dalej, do suchej gałązki, palcami sprawnie uwalniając z jej uścisku ostatni kosmyk blond włosów. Trwałem tak przez chwilę, wdychając nowy zapach. Zapach, który nie pasował do tego miejsca, który był tu zupełnie nowy i nieznany, chociaż jedynie metaforycznie. Przymknąłem oczy i pozwoliłem temu dziwnemu, ciepłemu uczuciu wypełnić moje ciało. Promienie słoneczne prześlizgiwały się pomiędzy liśćmi wprawianymi w ruch przez wiatr, tworząc na nas, na trawie i na całym otoczeniu poruszające się płynnie wzory światła i cienia. Nieustannie zmieniające się, dostrzegalne nawet na zamkniętych powiekach. A mimo tego wydawało mi się, że na moment czas zamarł, w chwili, w której pierwszy raz od dawna byliśmy po prostu tak blisko siebie, bez żadnego słowa. Bez wyrzutów. Bez problemów, które ciążyły na każdym kroku. Bez złości. Bez ukrywania się.
        Jak piękne byłoby takie życie, gdyby było nam dane.
        Odsunąłem się i zabrałem swoje dłonie z jej ciała, a później skinąłem na ścieżkę, która wspinała się na niewielki pagórek pomiędzy swobodnie rosnącą roślinnością.
        Pozwolisz? Mam ci coś do pokazania.
         Nie czekając, aż kapłanka zareaguje ruszyłem przed siebie, z nadal tak samo luźnym ciałem, z krokami, których dźwięki tłumiła trawa, z twarzą, która była równie spokojna, co głos. Równie opanowana. Dotarliśmy na szczyt niewielkiego wzniesienia i chociaż widok stąd rozciągał się na dolinę wyznaczoną wstęgą rzeki, w której teraz odbijały się promienie słoneczne, to nie poświęciłem mu nawet chwili. I tak znałem to wszystko na pamięć. Zamiast tego zatrzymałem się na kraju ścieżki, tuż przed skarpą prowadzącą stromo w dół, a później powoli odwróciłem przodem do Esji. Spojrzenie prześlizgnęło się po jej twarzy, a później w lewo, gdzie rozciągał się ogród, a nie tak daleko także sylweta budynku, jej najwyższe piętra, strzeliste okna i mur częściowo porośnięty bluszczem. Dom był wystarczająco daleko, żeby nikt nie mógł nas usłyszeć, a służba rzadko o tej porze przechadzała się po ogrodzie. Było zbyt ciepło, żeby ktokolwiek opuszczał dom. Poza mną.
        — Piękne miejsce — powiedziałem w końcu, kiedy wzrok znowu przeniosłem na twarz kapłanki, ale wcale się nie rozglądnąłem, żeby to powiedzieć. Cisza się przedłużyła, aż w końcu nabrałem powietrze w płuca, a ten jeden oddech zabarwił moje oczy nowymi emocjami. — Gdyby to tylko było możliwe, wszystko, co tu widzisz należałoby do ciebie.
        Nie pozwoliłem jej nic powiedzieć.
        Wbrew pozorom i wszystkiemu, czego się już o mnie dowiedziałaś, doskonale wiem, jak należy oddawać szacunek nie tylko bogom, ale i świętym, którzy chodzą po tej ziemi — zacząłem z niejakim roztargnieniem, które mi nie pasowało. Te słowa mi nie pasowały. Przywoływały wspomnienie lat spędzonych na naukach w czarnym, zimnym zamku. Przywoływały gesty, które miałem wpojone w ciało nawet silniej niż odruchy bitewne. — Ale nie mogę ci tego dać.
        Matka zawsze powtarzała, że jej dzieci muszą umieć poprawnie oddawać należny szacunek. Nawet jeśli to nie sprawiało, że kochała któreś z nas bardziej, to cała trójka nauczyła się tego zanim potrafiliśmy chociażby biegać po ostrych, postrzępionych skałach za północną galerią domu.
        Sięgnąłem do przodu bez słowa, ale z emocjonalnym zacięciem na twarzy, które po chwili zamieniło się w słaby uśmiech i odnalazłem jej dłoń, na której skupiłem swoją uwagę, a później ugiąłem kolana. Klęknąłem przed nią na jednym z nich, przeciwne do niego ramię schowałem zgięte pod kątem prostym za plecami z dłonią zaciśniętą w pięść, jak wypadało, pochyliłem głowę, a drugą dłoń z jej ręką podniosłem nieco wyżej.
        Esjo, masz mój umysł, moje ciało i moje serce. To wszystko należy do ciebie. I tylko do ciebie.
        Zrobiwszy to wszystko, złożyłem na jasnej skórze jej kłykciów pocałunek. Ledwie muśnięcie ustami, które sprawiło, że moje ciało opętała burza pulsującego gorąca.

        Nariya lubiła podziwiać ogrody, ale tylko z poziomu, z którego nie musiała faktycznie do nich schodzić i nie dajcie bogowie, narazić się na spotkanie z mnogą ilością owadów swobodnie latających w letnim powietrzu, czy pozwolić sobie na bliższy kontakt z włochatym gryzoniem, który mógłby akurat przebiegnąć koło jej stóp. To wszystko było ryzykiem, którego wolała nie podejmować, a że podziwiać ogrody mogła z daleka, często na to się właśnie decydowała. Być może była wychowana w niezbyt bogatym domu, w warunkach, których nikt nie nazwałby dobrymi, ale lata spędzone w luksusie spływającym ze szczodrości jej ukochanego nauczyły ją, w jakich sytuacjach może być wybredna, a w jakich musi zacisnąć wargi i dać sobą prowadzić.
       Z wyborem swojej komnaty jednak mieściła się w tej pierwszej opcji. Długo po przyjechaniu do tej willi przed niemal pięcioma laty krążyła do pokojach mając za zadanie wybrać ten, który będzie jej komnatą sypialną. Jej. Ich. Ich wspólnym miejscem. I wybrała tą, której zapierający dech w piersiach widok otwierał się wielkimi oknami umieszczonymi we wschodniej ścianie, tą, z której mogła obserwować niemal wszystkie zakamarki ogrodu. Tą, na balkonie której planowała kochać się późnymi, gorącymi z Nevanem, która miała być jej salą tronową, jej królestwem. Nigdy nie miała ambicji, żeby sięgać tak daleko. Spotkanie i uczucie, jakie połączyło ją z ciemnowłosym mężczyzną było już i tak darem, który zesłali jej bez wątpienia sami bogowie. Było czymś, czego nie oczekiwała w najśmielszych snach. Mogła stać się panią, które widziała mijane na ulicach większego miasta, w którym się wychowała, eleganckie, piękne, wystrojone. Tej środkowej cechy nigdy z resztą jej nie brakowało. Była najurodziwszą dziewczyną w sąsiedztwie, nawet z całej ósemki swojego rodzeństwa i doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że to nadal jest jej najniebezpieczniejszą bronią.
        Teraz, kiedy podeszła do jednego z okien i przysiadła przy niskim parapecie mogła cieszyć się ciepłymi promieniami słońca na jej jasnej, nieskazitelnej skórze.
        Jeszcze. Ale ile czasu będzie piękna i młoda? Ile czasu będzie potrafiła uwodzić Nevana, ile ten każe jej jeszcze czekać? Każde spotkanie było niczym nabranie tlenu, niczym łyk wody w nieznośnym upale. Ale ostatnio jego było mniej. Jej także. Czas, może jeszcze nie teraz, ale również dla niej pędził nieubłaganie.
        Oparła dłonie na wąskim parapecie palcami skierowanymi do siebie, a później płynne ułożyła na nim także łokcie i z gracją oparła się o ciepłą ścianę. Jej suknia rozlała się po podłodze, najdroższy aksamit przyjemnie łaskotał jej miękką skórę, a kiedy tak siedziała, odsłaniał zdecydowanie więcej, niż przyzwoitości należało. Spojrzała na horyzont, który mieszał się z rosnącymi pagórkami, a później niżej, na wstęgi rzek i jeszcze niżej…
        Jej serce zamarło w piersi. Wiedziała, na kogo patrzy. Na CO patrzy. Zamrugała szeroko otworzonymi powiekami i trwała tak chwilę w milczeniu, przyglądając się tej scenie niczym nieplanowany widz. Dopiero po chwili spomiędzy jej ust wyrwało się westchnienie ulgi, na ustach zawitał śmiech, który zabarwił jej policzki różem.
        — Nareszcie! — pisnęła, podnosząc energicznie dłonie. — Najwyższa pora, żeby okazać najświętszej zasłużony szacunek — dodała ciszej, sama do siebie, dysząc od emocji.
        To był znak, na który tak długo czekała.
        Nawet Nevan ugiął się przed bóstwem we własnej postaci. Nariya zawołała podniesionym głosem i nie musiała czekać nawet minuty, zanim jej oddana służąca pojawiła się z drzwiach z dłońmi na podołku i głową spuszczoną w lekkim ukłonie.
        — Zylo, przynieś mi natychmiast wrzątek w niewielkim dzbanuszku — poleciła, odwracając się od okna i podrywając z posadzki do pionu. — Natychmiast, dziewczyno! Nie ma czasu, żeby się ociągać!
        — Tak jest, pani.
        Zniknęła, zostawiając za uchylonymi drzwiami Nariyę pogrążoną w emocjach, myślach i marzeniach. W tych, które teraz w końcu miały doczekać się spełnienia. To był czas. Dopadła w kilku krokach do toaletki z okazałym lustrem i szarpnęła za półeczkę, niemal wyrywając ją z mebla. Rozgorączkowana, drżącymi dłońmi wyciągnęła ściśle sprasowaną niewielkich rozmiarów kostkę liści i obróciła ją w palcach, przyglądając się uważnie, krytycznie.
        Nariya nie mogła wiedzieć, czego właśnie była świadkiem. Przypisała widzianej przez siebie scenie najbardziej oczywiste znaczenie, a oddana emocjom zupełnie zapomniała, że może tą dwójkę nadal obserwować. Nerwowo krążyła po pokoju, co chwila wracając do toaletki, jakby jej mały magiczny zwitek liści miał zniknąć, gdyby na chwilę straciła go z oczu. Poświęcona własnym rozmyślaniom, nie spędziła nawet chwili na zastanowienie się nad tym, co rozegrało się przed jej oczami. Nie mogła wiedzieć, że patrzyła na wyznanie miłości, nie okazanie szacunku. Przejęta tym, że nawet Nevan potrafił ugiąć swój kark przed kapłanką przysiadła przy stoliku, wyciągnęła mały moździerz i z namaszczeniem roztłukła w nim zasuszoną kosteczkę.
        Podskoczyła, kiedy drzwi skrzypnęły i pojawiła się w nich służąca.
        — Pani? — szepnęła, podchodząc bliżej, a później przyklęknęła przy jej stopach i ostrożnie ułożyła mały dzbanuszek na stole.
        — To dzisiaj, Zylo. Dzisiaj — powtórzyła Nariya, z oczami rozbieganymi niczym w transie.
        Służąca musiała to zauważyć, bo po chwili wahania podniosła swoje kościste dłonie i zamknęła w nich ręce swojej pani. W oczach drobnej służącej odmalowało się niezrozumienie i zmartwienie. Uniosła brwi i spojrzała do moździerza. Od razu zauważyła, że to nie to samo lekarstwo, które jej pani przyjmowała, kiedy Nevan pojawiał się w swojej willi. Te liście nie były jasne, zbyt przesuszone, było ich zdecydowanie mniej.
        — Pani… To nie ten środek, który używasz dla zachowania swojej czystości — podjęła ostrożnie, przełykając ślinę.
        Wszyscy w służbie wiedzieli, że Nariya przyjmuje medykamenty, które mają powstrzymywać jej płodność na czas, kiedy pan Tealvash pojawiał się na swoich włościach, ale Zyla wiedziała o wiele więcej. I więcej niż wszyscy martwiła się o swoją panią. Przychodziła do niej nocami, którymi nie mogła spać i spędzała dnie, w których więdła, nie chciała wychodzić ani przyjmować posiłków. Znała ją lepiej, niż sam ten pieprzony szlachcic, który pojawiał się tutaj, kiedy mu tylko było wygodniej.
        Martwiła się, że jej pani podejmuje niewłaściwą decyzję, ale nie mogła jej zapobiec. Pozwoliła jej wyrwać dłonie z uścisku.
        — Zylo, to jedyny sposób, żeby dać mu potomka — powiedziała Nariya, ważąc słowa, a później ostrożnie zalała rozgniecione zioła wrzątkiem. Napar natychmiast buchnął słupem dymu, a później pomieszczenie wypełniło się na krótką sekundę zieloną poświatą. Tak krótką, że Zyla zastanawiała się, czy to nie był tylko wyimaginowany powidok. — To najnowszy specyfik, sprowadzony prosto ze stolicy. Panie wielkich rodów tak robią, Zylo. Przyjmują napary, które sprawiają, że ich płodność staje się niezawodna. Wszyscy tak robią. To dobre. Nie powinnaś się martwić — mówiła rozgorączkowana, szybko, nieskładnie. — W ten sposób Nevan w końcu zapomni o wojnie. Będzie musiał ją porzucić.
        Służąca nie wierzyła w te słowa. A chciała wierzyć.
        — Będzie miał syna, którym będzie musiał się zaopiekować. Wróci. Do nas, do mnie. Do domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/