Więc nie było żadnych wiadomości? Powinnam poczuć z tego powodu ukłucie zawodu? Być może tak, ale bardziej skupiłam się na tym, jak imię tej kobiety brzmiało w jego ustach, a może raczej na tym, że chciałam usłyszeć swoje własne, wypowiadane przez niego. Ani drgnęłam, kiedy dotknął mojego ramienia. Miałam ochotę powiedzieć, że nie musi mówić, widzę przecież, że to żadna przelotna znajomość. Ugryzłam się jednak w język, w ciszy pozwalając mu zająć się moimi włosami. Nawet nie patrzyłam na jego ręce, tylko gdzieś w okolice mostka, panując nad oddechem, tak jakbym mogła go oszukać, że jestem spokojna. To było niemożliwe. Doskonale wiedziałam, a mimo to nie zniechęcało mnie to do podejmowania dalszych prób.
Ocknęłam się, jak z jakiegoś transu wraz z chwilą, w której zabrał swoje dłonie. Zamrugałam dwa razy i ruszyłam z miejsca, chcąc go jak najszybciej dogonić, bo zostałam nieco w tyle. Zrównaliśmy się już po chwili, a ja nie wiedziałam na co patrzeć, na przyrodę, która zachwycała, czy na niego, bo i on wiele uczuć we mnie budził. Miałam mu zrobić awanturę, sądziłam, że tą zrobię od razu, jak tylko znajdziemy się we dwoje. Tym czasem nic podobnego nie miało miejsca. Stale powtarzałam sobie, że to może poczekać, że nie chcę psuć tej sielskiej atmosfery.
W końcu się odezwał, a ja kierowana jego oceną, sama rozejrzałam się uważniej. Miał miejsce. Było tutaj pięknie, zauważyłam to od pierwszej chwili, w której się tutaj znalazłam. Wszystko zdawało się urzekać swoją urodą, jakby te ziemie nigdy nie miały zaznać cierpienia, jakby sami bogowie dbali o atmosferę, jaka tutaj panowała. Nic nie zdawało się być kwestią przypadku, niczego nie było za wiele i za mało, zapachy tworzyły idealną mieszankę, a cień i miejsca w pełnym słońcu przeplatały się ze sobą. Słowem czułam, że jeśli ktoś miałby za zadanie namalować harmonię, to winien tu przybyć i malować każdy, losowy element krajobrazu. Każdy bowiem po równo nadawał się na reprezentanta tego słowa.
Nie wiem w którym momencie krajobraz poruszył mnie na tyle, by wymusić na mojej twarzy uśmiech, ale czułam, że właśnie ten wyraz zszedł z niej, gdy dotarły do mnie słowa... a raczej wyznanie Nevana. Miałam unikać jego spojrzenia, ale nie byłam w stanie. Natychmiast odnalazłam jego oczy. Czerwone, znajome, ale słowa... och te słowa do znajomych nie należały. Krew zaczęła szumieć mi w głowie, w dziwnym, tak nagłym wyrazie wzruszenia. Gdy przymknęłam powieki, pod nimi widziałam wszystko co nas otacza, dokładnie. Widziałam, jak budzę się i zasypiam w tym miejscu. Przy nim. Jak te piękne krainy stanowią mój mały świat. Nasz świat. Świat, w którym moglibyśmy być sami sobie panami własnego losu.
Mówił dalej, a ja ponownie otworzyłam oczy, nie wiedząc jeszcze jakie emocje we mnie zostaną, gdy już zamilknie. Zdawał się być inny, niż zwykle, bardziej roztargniony, targany czymś sprzecznym, a może niezrozumiałym. W tej chwili, och pierwszy raz wydawał mi się wręcz młodzieńczy. Było to takie nowe i przejmujące, przyjemne i niepokojące, bo nie wiedziałam jeszcze do czego to prowadzi.
Miał racje, nie mógł mi tego dać. Po prostu nie mógł. Skrzywiłam się delikatnie, coś we mnie się szarpnęło, ale to on wykonał ruch pierwszy. Poczułam jego palce na swoich, zaskoczona sapnęłam bezgłośnie, a potem kolejny raz, już wydychając powietrze ze świstem, gdy przede mną klęknął, a serce mocniej zerwało się w piersi.
Patrzyłam na niego z góry, na dobre zapominając o awanturze dotyczącej Nariyi. Tej która miała nadejść i być może nigdy już nie nadejdzie. teraz byłam tylko ja i o i nic więcej na tym boskim świecie. Nic więcej. Tylko my. Tylko on.
Wcześniej chciałam mu przerywać, teraz pozostawałam w milczeniu. Patrzyłam na niego, za sobą, nieco po skosie mając jego willę. Nie myślałam o niej w tej chwili, wiele do mnie nie docierało, jak i myśl, że w oczach wzbierają mi łzy wzruszenia, że to przez nie obraz klęczącego mężczyzny się rozmywa. O ich obecności zdałam sobie dopiero w chwili, w której zaczęły spływać po polikach. Nie starłam ich.
- To nic - odezwałam się w końcu, sądząc, że zapanuję nad głosem, że te słowa będą odnosiły się do tych łez i do niczego innego. Pomyliłam się w obu tych kwestiach. - To nic, że nie możesz mi tego dać... - dodałam i wzruszenie nieco mocniej ścisnęło mnie za gardło. Miałam ochotę paść na kolana przy nim. Wtulić się w niego i nie puszczać, ale byliśmy przecież na widoku. Spanikowałam nieco, rozejrzałam się dookoła. Byliśmy sami, a ostrożność miała być jego gestią. Tym razem czułam jednak, że muszę wziąć się w garść, muszę go chronić, muszę stać się bardziej odpowiedzialna, ale nade wszystko, nie mogę w niego wątpić. Nigdy. Nagle poczułam wstręt do siebie, że podobne myśli towarzyszyły mi jeszcze nie tak dawno.
- Wstań... wstań szybko - pociągnęłam go nieco gorączkowo. Nie znałam przecież tego otoczenia, nie wiedziałam co gdzie się znajduje, ale to się nie liczyło. Musiał się podnieść, musiał natychmiast i pójść za mną, ciągnęłam go, zerwałam się, jak tylko za rzędem krzewów dostrzegłam kamienne schodki w dół. Strome. Zbyt strome by pokonywać je w pędzie, ale na szczęście nic złego się nie stało. Więc ciągnęłam go za sobą, by dotrzeć do jednego z półokrągłych tarasików. Małego. Zaledwie starczało tu miejsca na rzeźbę po środku i nieco przestrzeni dookoła niej, pod kamienną poręczą na całej długości również w kształcie okręgu znajdowała się kamienna ława, a przy murze, który piętrzył się w górę, aż do poziomu na którym znajdowaliśmy się jeszcze niedawno było małe źródełko skalne, Zatrzymałam się więc obok, odwróciłam z impetem. Po prawej kamienna ściana, po lewej te cudowne ziemie, na których moglibyśmy żyć dostatnie i szczęśliwie. Przede mną mężczyzna, którego kocham. Za nim schody do świata, gdzie nie wolno nam nic. Teraz jednak byliśmy tutaj i jedynym świadkiem tej bliskości, tego grzechu była kamienna postać, zastygła w bezruchu. I drzewa padające na nas baldachimem, więc nawet w góry niełatwo byłoby nas dostrzec. Bo nie znałam tego miejsca wcale, a jednak zrozumiałam, że oto nie może dać mi tych ziem, nie może dać mi tego wszystkiego, ale ten mały balkonik, ten mały może zapomniany przez strome schody balkonik miał być tylko mój. Dla nas.
- Dziękuję - odezwałam się, czując, że wilgoć jedynie wzbiera na sile, że łzy nieprzyjemnie ciekną po szyi. Ignorowałam je, tym razem będąc tą, która odnalazła jego dłonie pierwsza. Zadarłam głowę wysoko, aby patrzeć w jego oczy. - Tak długo, jak mam ciebie, tak długo mam wszystko, czego mi trzeba. Mam więcej, niż kiedykolwiek pragnęłam, więcej, niż wypada chcieć - wyrzuciłam z siebie marszcząc brwi. - Na bogów, kocham cię ponad wszystko, ponad wszystko Nevanie - broda mi zadrżała, podobnie, jak całe ciało. - Ty także mnie masz, będę twoja, będę tylko twoja. Obiecuję, obiecuję, że na tym świecie nie ma siły, która wydrze ci mnie z twoich rąk, więc i ty bądź mój. Tylko mój - dodałam i nie czekając dłużej, stanęłam na samych czubkach palców, niemalże czując w nich ból, po czym wpiłam się w jego usta, namiętnie, bez cienia zawahania, jakie zwykło mi towarzyszyć w takich chwila. - Tylko mój... - powtórzyłam między jednym pocałunkiem, a drugim, przywierając do niego ciałem.
Było mi mało, naprawdę mało pierwszy raz czułam taką potrzebę bliskości, aż taką, przejmującą i niepohamowaną. Mruknęłam, czując jak po moim ciele rozlewa się dziwna fala gorąca, najpierw jednak, potem druga. Oplotłam dłonie dookoła jego głowy, palce wplątując w miękkie, czarne włosy, nogi drżały z bólu, więc spróbowałam zmusić go do tego, aby się do mnie przybliżył, aby się pochylił.
Zaczerpnęłam powietrza, odruchowo ciągnąc go nieco na bok, znajdując równowagę na murze, który znajdował się za mną, nie dbając o to, jak nieodpowiednio się teraz zachowywałam. Wypite w pośpiechu wino, gorące powietrze, ale przede wszystkim jego wyznanie sprawiło, że nie chciałam ten jeden raz odsuwać się od niego przedwcześnie, jakbym miała się naładować jego bliskością. Nadal płacząc, cały czas, bez przerwy, pozwalając bym drżała w jego ramionach, mieszała nasze oddechy, splatała języki, masowała dłońmi jego kark i potylicę.
- Karm mnie tymi słowami - szepnęłam, jak w jakimś transie, schodząc ustami na linię jego szczeki, obdarowując każdy jej fragment drobnymi pocałunkami. Czułam się, jak spragniony człowiek, który w końcu uzyskał dostęp do wody. Jak więc miałam czerpać ze źródła z umiarem, kiedy każdy milimetr mojej świadomości krzyczał o więcej? - Że to do mnie należysz. Że mnie pragniesz, że kochasz, że tylko mnie... - jęknęłam mu do ucha, nie zauważając chwili, w której jedno z moich ud uniosło się nieco, przejechało po zewnętrznej stronie jego własnego, jakbym chciała go nim objąć, przylgnąć do niego jeszcze mocniej, jeszcze silniej.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz